-
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Reece znajdował się w takim momencie życia, w którym musiał podejmować decyzje mające wpływ na przyszłość, choć psychicznie wciąż nie czuł się na nie gotowy. Nie miał jednak wyboru! Wokół narastały sprawy, jakie po prostu wymagały jego inicjatywy i zaangażowania.
Tej inicjatywy potrzebowała również jego relacja z Bronte, a przynajmniej tak sobie wmówił. Byli już po trzech randkach. Na pierwszą zabrał ją do kina samochodowego, drugą spędzili w wesołym miasteczku poza Toronto, a trzecia okazała się najbardziej intensywna, bo odbyła się w jego rodzinnym domu pod nieobecność Marii. Tego wieczoru zaserwował Bronte naleśniki z farszem bolońskim. Niestety... w tamtym czasie był jeszcze dosyć marnym kucharzem.
Dziś czekał na dziewczynę pod uczelnią, aby odprowadzić ją do domu. Był późny wieczór. Bronte wciąż miała jakieś dodatkowe zajęcia, pomimo tego że na co dzień kończyli o tej samej porze i wracali razem. Padał okrutny deszcz, który rozmywał okolice i przemoczył wszystko dookoła. Kampus opustoszał. Widocznie większość ludzi schroniła się przed ulewą, a Reece po prostu stał pod zadaszeniem przy wejściu nonszalancko oparty o filar.
Kiedy Bronte wyszła z budynku, natychmiast się uśmiechnął. Wyrzucił niedopałek papierosa i zsunął z ramion skórzaną kurtkę. Następnie uniósł ubranie nad głowę, zostawiając pod nią dość miejsca dla nich obojga.
— Idziemy? — zapytał, przy czym wymownie skinął głowa. — Ochronię cię — zażartował.
W rzeczywistości nie ochronił ani Bronte, ani siebie. Deszcz siekł nieubłaganie, co chwilę zmieniając kierunek i smagając ich z każdej strony. Pomimo teo biegli przed siebie. Najpierw alejkami kampusu, potem przez parking, aż w końcu ulicami Toronto. W ciągu zaledwie kilku minut byli przemoczeni do suchej nitki.
Bronte Rosenthal-Murray
-
karierowiczka z przypadku, która wybiła się na nazwisku faceta, który jej mężem był dosłownie przez kilka sekund; zapowiada pogodę i rozprawia na banalne tematy w lokalnej telewizji śniadaniowej
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdyby nie to, że sama wciąż znajdowała się na uczelni, z której czym prędzej chciała się ulotnić, prawdopodobnie nie wyszłaby na zewnątrz. Nie robiłaby tego również w takim pośpiechu, gdyby nie fakt, że miała n a d z i e j ę, iż jednak go tam zastanie. Przystanęła pod zadaszonym wyjściem z budynku, a później czym prędzej przemknęła spojrzeniem po najbliższej okolicy.
Kiedy jej wzrok spoczął na sylwetce Reece’a, na jej ustach momentalnie wymalował się uśmiech. Był niesamowicie przystojny, a w dodatku prawie był j e j.
Zacisnęła zęby na dolnej wardze i z zadowoleniem pomaszerowała w jego stronę. Grymas, który już wcześniej wymalował się na jej twarzy, teraz wyłącznie się poszerzył. — Nie miałam pojęcia, że mogę liczyć na prywatnego ochroniarza — stwierdziła zaczepnie, nadal nie pozbywając się wesołego grymasu. A choć ucieszyła się na widok Murray’a, nie widziała powodów, dla których mieliby dalej marnować czas na stanie w miejscu. Choć zaczynało coraz bardziej padać, nie miała zamiaru zostać tu na zawsze.
Czas spędzany w jego towarzystwie był jednak na tyle przyjemny, iż nie przeszkadzało jej nawet to, że w pierwszej kolejności musieli skupić się na dotarciu do miejsca docelowego. Czuła, jak całe jej ubranie przemokło, a włosy przyklejały jej się do twarzy, ale nie zareagowała na to. Pozwalała sobie wyłącznie na pełne rozbawienia komentarze oraz śmiech, który wyrywał się z jej ust, kiedy kilkakrotnie dodatkowo ochlapał ich przejeżdżający samochód.
Kiedy w końcu dobiegli do jej klatki schodowej, Bronte czym prędzej wbiegła pod zadaszenie. Nie wbiła jednak kodu na domofonie, w pierwszej kolejności opierając się plecami o ścianę. Potrzebowała chwili na to, aby złapać oddech. — Uknułeś to, Murray? — odezwała się po chwili, lustrując jego twarz uważnym spojrzeniem. — Bieg w deszczu zamiast taksówki, żebym musiała zaprosić cię do środka? — dopytała, jednocześnie pozwalając na to, aby na jej usta wkradło się jeszcze większe rozbawienie.
Droczyła się z nim. Przecież to wcale nie tak, że nie miała ochoty wpuścić go do środka.
Reece Murray
-
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Widział, jak na ładnej twarzy Bronte rozkwitł uśmiech; uśmiech, który go zniewalał i sprawiał, że chwilami odczuwał tremę przed każdą interakcją z tą dziewczyną. To było dziwne, bo przecież ego Reece’a miało wręcz niebotyczne rozmiary. Zawsze chętnie rozmawiał i jeszcze chętniej flirtował, jednak było coś w spojrzeniu tej blondynki, co budziło w nim obawę, że w końcu się zbłaźni.
— Teraz już wiesz — odparł zaczepnie, rozbawiony jej stwierdzeniem.
W tamtym czasie ich relacja była jeszcze na etapie, gdy Ree naprawdę, naprawdę się starał. Mógł zostać dla niej kimkolwiek by zechciała. Od prywatnego ochroniarza, przez szofera, kucharza, do najlepszego kochankiem. Czuł tak potężny wyrzut endorfin, że takie zachowanie przychodziło zupełnie naturalnie. Zależało mu. Tak cholernie mocno zależało mu na tym, aby Bronte u jego boku odnalazła szczęście.
Kiedy po kilkuminutowej przebieżce w deszczu dotarli pod drzwi klatki schodowej, Reece natychmiast zsunął kurtkę, która stanowiła ich parasol i strzepał z niej krople wody. Potem stanął przed Bronte, pozostawiając im raptem minimalną przestrzeń.
Woda spływała po jego włosach i twarzy; woda spływała z jego ubrań i odsłoniętych ramion, ale jedyne o czym myślał, to błękit oczu Bronte pośród tego burzliwego wieczoru.
— To nie zamierzałaś zaprosić mnie do środka? — zapytał żartobliwie. Nie, niczego nie uknuł. Nie miał przecież wpływu na pogodę. Po prostu chciał zachować się tak, jak przystało na dżentelmena (którym nie był) i bezpiecznie odprowadzić ją do domu. Nie miałby jednak nic przeciwko, aby zostać jeszcze chwilę i wpaść na... hmm... herbatę? Mimo wszystko dostrzegł przecież ten łobuzerski błysk w źrenicach Bronte i postanowił podjąć tę grę.
Nachylił się więc niżej i opierając dłoń tuż obok głowy dziewczyny, celowo całkowicie przesłonił jej swoją twarzą resztę okolicy. Jednocześnie naprawde bardzo uważnie, a zarazem opieszale wodził spojrzeniem między jej oczami a ustami. Miał szczerą ochotę je pocałować, ale z uporem się powstrzymywał.
— Hej. — Tu ułożył drugą dłoń na biodrze Bronte. Powoli przesunął po nim kciukiem, odginając materiał przy linii jej spodni. — Mam już sobie iść? Powinienem znaleźć inną niebieskooką blondynkę, którą będę chronił przed deszczem? — zażartował. Nie zamierzał tego robić.
Jego księżniczka
-
karierowiczka z przypadku, która wybiła się na nazwisku faceta, który jej mężem był dosłownie przez kilka sekund; zapowiada pogodę i rozprawia na banalne tematy w lokalnej telewizji śniadaniowej
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet teraz, kiedy w tłumie spojrzeniem zaczęła wodzić za jego sylwetką, z ust koleżanek słyszała tylko, że Murray w końcu złamie jej serce.
Nie wierzyła w to jednak. Kiedy dostrzegała to, jak na nią spoglądał, wszelkie potknięcia wydawały jej się wręcz nierealne. Nie mogła przecież być ślepą na to, jak bardzo się nią zainteresował. Może było to wyłącznie odbicie jej własnego spojrzenia, a jednak mogłaby przysiąc, że kiedy spoglądała w jego oczy, widziała, że poza nią nie dostrzegał już świata.
W tym przeświadczeniu mogła natomiast zatonąć. Łechtało ono jej ego na tyle przyjemnie, iż nie sposób było przed tym uciekać. Mało tego, całe to przeświadczenie sprawiło, że ona sama jeszcze skuteczniej traciła dla niego głowę. Chciała go i nie umiała sobie tego odmówić.
Przyglądała mu się z tej niewielkiej odległości i niczego nie była w stanie poradzić na to, że im bliżej się znajdował, tym usilniej na jej usta próbował wkraść się uśmiech. Nie byłoby to stwierdzenie na wyrost, gdyby napisać, że przy nim w ostatnim czasie naprawdę czuła się s z c z ę ś l i w a.
— Ani przez chwilę — odpowiedziała, co nie było zgodne z prawdą. Myślała o tym już od dłuższego czasu, jednak ostatkiem sił próbowała się powstrzymywać. Chciała chyba udowodnić samej sobie, że nie w każdy związek musiała rzucać się na głęboką wodę. Z drugiej jednak strony… tych kilka spotkań, które zaliczyli w bardzo niedługim czasie, budziło w niej uczucia, których do tej pory nie znała.
Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że już całkowicie straciła dla niego głowę.
— Ej! — oburzyła się i lekko zmarszczyła nos. Uśmiech wciąż pozostał przyklejony do jej twarzy, co mogło oznaczać mniej więcej tyle, że wcale nie zamierzała się na niego gniewać. Nie przypuszczała też chyba, że realnie byłby do tego zdolny. Zmrużyła lekko powieki, posyłając mu jedno z tych spojrzeń, które miały sugerować, że był b a r d z o blisko tego, aby trochę jej podpaść. — U żadnej innej nie znalazłbyś takiej dobrej kawy. Ani herbaty. Ani nawet wody, jeśli to akurat na nią miałbyś teraz ochotę — zadeklarowała, przy czym zaczepnie poruszyła brwiami.
Gdyby jednak to nie przekonało go jeszcze dostatecznie, Bronte pozwoliła sobie jedną z dłoni ulokować na wysokości jego piersi, po której zresztą też kilka razy przesunęła palcami. Dopiero po chwili wróciła spojrzeniem do jego oczu. — Andy chyba wyszła już do pracy, więc… Moglibyśmy porozmawiać w spokoju — stwierdziła, mimowolnie też uciekając spojrzeniem w stronę jego ust.
Żałowała, że jeszcze jej nie pocałował, ale nie zamierzała też tak od razu wywiesić białej flagi.
Reece Murray
-
Bez popełnionych błędów i tych ran, to nie byłbym ja.
Zrobiłbym wszystko jeszcze raz.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poza, jak się okazało, Bronte.
Ona wydawała się inna. Wyraźniejsza, bardziej kontrastowa, jakby żywsza od wszystkich pozostałych, jednocześnie ciekawsza, zabawniejsza i piękniejsza. Kiedy przechodziła uczelnianym korytarzem, mimowolnie odwracał za nią wzrok. Gdy szukała książek w bibliotece, bezwiednie krążył pomiędzy regałami, zawsze gdzieś w jej pobliżu, a kiedy patrzyła mu prosto w oczy, naprawdę przestawał dostrzegać świat poza nią.
— Oooo... — przeciągnął, przy czym potaknął głową. Trudno było nie zauważyć figlarnego błysku w oczach dziewczyny i sposobu, w jaki usiłowała podpuścić Reecea. Uśmiechnął się się na to pod nosem, po czym z premedytacją wcisnął palec między jej żebra, odpłacając się w ten sposób za to słodko-gorzkie kłamstewko, którym właśnie próbowała go poczęstować.
— Co? — rzucił niewinnie, udając zaskoczonego, jakby naprawdę nie wiedział, o co jej chodziło. Czując unoszący się między nimi filuterny nastrój, ani trochę nie obawiał się, że mógłby przesadzić. Z jednej strony wciąż starał się zachować odrobinę taktu. Z drugiej natomiaist... usta Bronte wydawały się wyjątkowo kuszące. Zwłaszcza wtedy, gdy patrzyła na niego zapalczywie i tak zabawnie igrała mimiką brwi. — W to nie wątpie.
Na moment opuścił spojrzenie na dłoń dziewczyny. Tym razem spróbował zachować niewzruszoną minę, jednak przez ruch jej palców na swojej piersi, kącik ust Reecea znów drgnął w uśmiechu. Kiedy ich spojrzenia ponownie się spotkały, mimowolnie znowu zjechał wzrokiem na jej wargi.
— Porozmawiać? — powtórzył, jakby zahipnotyzowany. Powoli przesunął palcem od jej biodra wzdłuż linii spodni po odsłoniętej skórze i zatrzymał go tuż pod pępkiem. Delikatnie wsunął opuszek pod materiał, po czym niespodziewanie chwycił za guzik jeansów i przyciągnął ją bliżej siebie.
Momentalnie ich twarze znalazły się jeszcze blizej, ale Reece nie od razu postanowił to wykorzystać. Przez krótką chwilę tylko patrzył. Uważnie i zachłannie, ale w końcu przymknął powieki, i z naturalną dla siebie gwałtownością, złożył na wargach Bronte pocałunek. Drugą dłoń ułożył na plecach blondynki, po czym przesunął ją wyżej i zatrzymał między łopatkami. Zaraz przyciągnął u k o c h a n ą jeszcze odrobinę, aby nie miała łatwej szansy wyswobodzić się z tego uścisku.
Bronte Rosenthal-Murray
-
karierowiczka z przypadku, która wybiła się na nazwisku faceta, który jej mężem był dosłownie przez kilka sekund; zapowiada pogodę i rozprawia na banalne tematy w lokalnej telewizji śniadaniowej
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie dlatego, że jego opinia pośród jej koleżanek pozostawiała wiele do życzenia. Również nie przez to, że wydawał się zbyt pewny siebie i przystojny, aby na dłuższy czas skupić swoje zainteresowanie na jednej osobie. Powinna obawiać się przede wszystkim dlatego, że sama w zadziwiającym tempie straciła dla niego głowę i podświadomie czuła chyba, że nie będzie umiała się przed tym wzbraniać.
Widać to było zresztą w sposobie, w który na niego patrzyła. Nie potrafiła ukryć tego, że była nim szczerze o c z a r o w a n a. Łaknęła jego zainteresowania i miała szczerą nadzieję, że ten jeden raz uda jej się nie rozczarować.
Kiedy spoglądała mu w oczy, łudziła się, że to nie było możliwe.
Nie przestała stroić tej groźnej miny, gdy on udawał, że nie miał pojęcia, do czego piła. Ich relacja była wciąż czymś świeżym, a jednak w oczach Bronte bardzo szybko stała się czymś na wyłączność. Postrzegała Reece’a jako s w o j e g o, przez co nie chciała, aby swoją uwagę dzielił między nią a kogoś innego. Co więcej, skłonna była wydrapać oczy każdej pannie, która spróbowałaby udowodnić, że jest inaczej.
Gdy przyciągnął ją bliżej siebie, wówczas już całkowicie przepadła.
— Mhm — zamruczała tylko w ramach potwierdzenia, aczkolwiek już wtedy oczywistym było, że wyłącznie z nim igrała. Jej prawdziwe pragnienia wymalowane były w jej oczach, a te krzyczały wręcz, iż w tym momencie chciała, aby nie przestawał. Pragnęła, żeby własne dłonie przemieścił dalej i w końcu też zamknął jej usta w pocałunku, za sprawą którego ugięłyby się pod nią kolana.
Na to, na szczęście, nie kazał jej długo czekać. Wystarczyła zaledwie chwila, a w końcu znalazła się w jego ramionach. Przylgnęła do niego mocno, zachłannie odpowiedziała na pocałunek, a jedną dłonią powiodła prosto do jego karku, po którym już chwilę później w zaczepny sposób przesunęła paznokciami.
Jeszcze przez chwilę pozwoliła sobie się tym delektować, a kiedy w końcu wycofała się, zrobiła to wyłącznie po to, aby trącić jego nos własnym. — To wejdziesz? — zapytała, teraz przesuwając dłoń na jego ramię, nieco przemoczone od deszczu, który mimo prowizorycznej o c h r o n y i tak ich nie oszczędził. — Pożyczę ci ręcznik. I może prysznic — dodała, wyginając usta w zaczepnym uśmiechu.
Chciała dziś nacieszyć się tym, że miała go obok.
Reece Murray