-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Mi wystarczy kontrola tylko w jednej kwestii — odbił piłeczkę, uśmiechając się iście diabelsko. Nie miał nic przeciwko kobiecie na wysokim stanowisku, ba, Cherry na stanowisku pani prezes podobała mu się jeszcze bardziej - wiedziała, czego chciała i do tego dążyła, dzięki posiadaniu władzy była cholernie pewna siebie, mogła kontrolować wszystkich i w pracy jako współpracownik był jej posłuszny. Jednak w domu, czy w łóżku role powinny się odwrócić. — Masz jeszcze wino — zasugerował z rozbawieniem na jej uwagę, że uschnie, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś nieco cieplejszego. Była urocza, kiedy się tak złościła. Nie zmienił zdania, gdy za chwilę z nieznacznym wyrzutem zadała mu pytanie. — Działam? - złapał ją za słowo, również unosząc wyżej brew, wyraźnie zadowolony z tego obrotu spraw. Czyżby oficjalnie przyznawała się do słabości?
Dłoń, którą kobieta położyła na jego ramieniu, sprawiła, że zatrzymał spojrzenie najpierw na niej, by po kilku sekundach przenieść je na oczy Cherry. W brązowych tęczówkach odbijało się coś, czego nie dostrzegał w nich wcześniej. Coś, co wypełniło go przyjemnym ciepłem, na co w odpowiedzi uniósł nieznacznie kąciki ust ku górze.
— Też mam taką nadzieję - wyznał cicho. Ten z pozoru prosty, niewinny gest znaczył dla niego więcej, niż potrafił to przyznać. Dawno nie rozmawiał z nikim o swoim zmarłym bracie tak szczerze, dlatego był wdzięczny jej za to zrozumienie. Zdecydowanie nie zamierzał wykorzystywać tego tematu, by coś ugrać, ale sposób, w jaki przejęła się nim, jakoś przedziwnie go ujmował. Z każdą chwilą przy niej coraz bardziej zaczynał zdawać sobie sprawę, że potrzebował w swoim życiu kogoś, kto byłby dla niego wsparciem. Cherry miała do tego świetne predyspozycje.
Oczywiście, że chciał jej. Tylko dzięki niej nadal tkwił w Northland Power, przykładając się do swojej pracy najlepiej, jak potrafił mimo, że w zasadzie nie interesowało go zajmowanie się finansami w tak dużej korpo. Miała rację, myśląc, że ciągnęło go do całkiem innych rzeczy, ale niestety nie miało to nic wspólnego z wolnością. O zgrozo, to przez jego brata znajdował się w takim, a nie innym położeniu.
Jej tok dedukcji wywołał w nim parsknięcie śmiechem. Pokręcił głową w rozbawieniu. — Akurat samochód, jakim chciałbym się przejechać, raczej nie jest w Twoim budżecie. O ile pani prezes chciałaby docenić mnie za zasługi - zażartował, bez cienia wątpliwości postanawiając brnąć w ten temat. — Lubisz Formułę 1? — zapytał, wyraźnie zaintrygowany odpowiedzią. Uwielbiał szybkość. Nie bez powodu miał w posiadaniu Ferrari. Kiedyś zdarzyło mu się uczestniczyć w wyścigach w Monako. Jego marzeniem było przejechać się bolidem.
Nie to jednak było tematem ich rozmowy, po którym błądzili bez konkretnej odpowiedzi. Zauważył, jak sugestia odnośnie tej właściwej kobiety zmieniła postawę Cherry. Jej nagła utrata pewności wydała mu się intrygująca. Podobnie, jak jej słowa, w które wkradła się nuta melancholii. — To prawda - przytaknął poważnie. — Tak samo, jak Ty - spojrzał na nią intensywnie. Ona również miała prawo do szczęścia. — Ale prawda jest taka, że właśnie patrzę na idealną na to miejsce kandydatkę — przyznał w końcu z pełną szczerością, miękko, jakby nic innego dla niego się nie liczyło. Co więcej, była jedyną kobietą, z którą widział taką przyszłość. Jego rodziców z pewnością ucieszyłoby podejście ich syna, ale w zasadzie w tym momencie dla Ethana naprawdę nie liczyło się ich zdanie. On s a m tego c h c i a ł.
— Jeśli chcesz, istnieje bardzo łatwy sposób, by to naprawić - uśmiechnął się nieco zawadiacko, zanim wziął ją pod ramię, by ruszyć na spacer. Właściwie nie jeden sposób, o którym Cherry zdążyła się już przekonać - wystarczyło albo się pochylić w jej stronę, albo unieść i pozwolić jej się opleść nogami na wysokości swoich bioder, by w jedną chwilę zniwelować dzielącą wysokość do ich ust. Oczywiście, że w tym momencie się z nią droczył. I sam nie wiedział, ile jeszcze był w stanie wytrzymać.
Pokiwał z uwagą głową na jej odpowiedź w kwestii zdjęć. Miało to sens. Dzięki niektórym osobom zapominało się o całym świecie. Chciało się zapamiętać daną chwilę przede wszystkim w sercu, często zapominając o uwiecznieniu tego w nieco bardziej namacalny sposób. W obecnej chwili pragnął zapamiętać wszystko to, co widział - błysk w jej brązowym spojrzeniu, czerwień jej ust, głębszy oddech, tuż zanim przymknęła oczy, postanawiając mu zaufać.
Przypatrywał się jej z pewną fascynacją, gdy opowiadała o każdym zasłyszanym szczególe, starając się wyłapać każde najdrobniejsze drgnięcie na jej twarzy. Była taka piękna, a jednocześnie, z dala od zmartwień i zobowiązań wyglądała tak niewinnie. Delikatna, jak kwiat wiśni. Który niespodziewanie wpadł w jego ramiona, spłoszony nieoczywistym dźwiękiem.
Bez namysłu puścił buty na ziemię i przytulił ją mocno do siebie, jakby chciał ochronić ją przed tym, co ją wystraszyło. Właściwie mógłby to zrobić przed całym światem, gdyby tylko chciała. Zwłaszcza, kiedy pogłębiła uścisk, wtulając się w jego tors. Słyszał wszystko, o czym mówiła, ale dla niego liczyło się tylko to, co widział. I co czuł. A czuł, że w końcu miał ją przy sobie. I wiedział już, że nie będzie w stanie jej tak łatwo puścić. Kiedy delikatnie odchyliła głowę, by podnieść na niego spojrzenie, przepadł.
— Podobało Ci się to, co słyszałaś? — mruknął, nie potrafiąc oprzeć się przed tym, by raz po raz przesuwać wzrokiem od jej brązowych tęczówek do jej ust, po czym bezwiednie się przybliżył, by ostatecznie złączyć się wargami w pocałunku. Delikatnym, pełnym uczuć, które przyjemnie rozlały się po jego ciele, kiedy zasmakował słodyczy, na którą tak wytrwale czekał. Instynktownie przesunął dłonią po jej plecach, aż znalazła się na karku kobiety po to, by pogłębić pocałunek.
— Mamy teraz dwa wyjścia — oderwał się od jej ust na kilka centymetrów, bo czuł, czym mogło się skończyć to, co zaczynało przesłaniać jego umysł. Cherry wciąż miała wybór. — Albo możemy zejść na plażę, skorzystać z zachodu słońca i pójść do jednej z knajp na nabrzeżu, by poznać siebie lepiej. Albo wrócić na jacht i zgłębić tajemną wiedzę, którą skrywa Twoja czerwona sukienka — wyszeptał, spoglądając na nią z oczekiwaniem. Palcami dłoni, którą trzymał na jej lędźwiach, niespiesznie muskał skórę, wciąż ukrytą za materiałem, który miał przemożną ochotę z niej ściągnąć. Drażnił ją z pełną premedytacją, chcąc przekonać się, jak bardzo była w stanie jeszcze się przed nim opierać.
ma cherie
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Krótki gest. Dłoń na ramieniu kosztował ją więcej, niż można by przypuszczać. Charity nigdy nie należała do wylewnych osób, a przynajmniej do momentu w którym zaczynała już komuś ufać. Jej serce biło szybciej na samą wzmiankę o Hartley'u. Jednak to jeszcze nie był ten moment. Teraz była przy nim. Uśmiechała się delikatnie, a najbardziej chciała znów zobaczyć uśmiech na jego twarzy. Ten zawadiacki, ale też ten pełen szczęścia.
Dużo łatwiej było rozwiać poważną atmosferę, niż sama by się tego po sobie spodziewała. Opowieść o jego bracie wprowadziła nutę nostalgii. Zobaczyła innego mężczyznę przed sobą, ale byli na randce... to na niej buduje się przyszłość.
— Twierdzisz, że coś nie jest w moim budżecie? — spytała, unosząc obie brwi z krótkim parsknięciem śmiechu — odważnie — nie było takiej rzeczy, na którą nie mogła sobie pozwolić. Co prawda nie należała do zakupoholiczek, ale uwielbiała luksus. Wyprawa do supermarketu z Galenem przyprawiła ją o ból głowy. Tyle kiedyś wysłuchiwała od nauczycieli, rodziców o chorobach. To był chyba jeden z jej największych lęków. Jak w trakcie lekcji biologii usłyszała o wszach odzieżowych to nie była w stanie tego zapomnieć. One istniały i znajdowały się w sieciówkach! Dlatego niezbyt chętnie przyjmowała wszystko, co wykraczało poza definicję luksusu — może być, a ty? — kiedyś ojciec kazał jej zafascynować się jednym, konkretnym sportem. Żadnego nie pokochała, a na większość była ciągnięta z przymusu. Pamiętała jedynie sztuczne uśmiechy. Uwielbiała szybkość, warkot silnika, ale nigdy nikt nie był w stanie jej w pełni zafascynować.
Otworzyła szerzej oczy. Naprawdę zasługiwała? Mogła rzucać wrednymi komentarzami bez końca, uwielbiała rządzić, a przekonanie jej do własnej racji praktycznie nie wchodziło w jakąkolwiek grę. Cherry była prosta. Być, lub nie być. W świecie mężczyzn nauczyła się przepychać łokciami byle móc dostać się do tego, czego pragnęła najbardziej. Bezwzględność była obowiązkowa, a Ethan tak po prostu mówił jej, że zasługuje na kogoś dobrego? Ze wszystkimi wadami, które posiadała wydawało się to wręcz niemożliwe.
Idealna kandydatka, tak? Naprawdę? Nie mogła w to uwierzyć. Jednocześnie serce zabiło jej szybciej, a w środku coś ją ściskało. O co tu chodziło? Przegryzła dolną wargę, nie mogąc znieść jednego. Ethan też był idealnym kandydatem. Innym, ale równie uzależniającym.
Ale randka musiała trwać dalej... Dlatego jedynie krótko pokręciła głową na propozycję. Dotyk gorącego ciepła omiótłby ją z jakiejkolwiek racjonalności. Wystarczyło to krótkie ujęcie za ramię. Samo miejsce było romantyczne. Woda delikatnie stukała o jachty, wiatr szumiał, a plaża wydawała się opustoszała. To jeszcze nie była pełnia sezonu. Duża część ludzi znajdowała się wewnątrz szklanych budowli w Toronto. Miastowi w większości nie przepadali za naturą, a dla niej i dla Ethana właśnie przepadała Charity.
Rozmowa trwała w najlepsze. Zdjęcia były dla odzwierciedleniem rzeczywistości, czymś, co chciała móc pamiętać, nieważne co działoby się później. Krótki uśmiech, promienie słońca przebijające się przez chmury, a czasem nawet dźwięki. Tańczących wyspiarzy, dźwięki gitary. Dla wielu wydawać by się to mogło abstrakcyjne, ale Cherry pamiętała z fotografii nawet śmiech rodzeństwa.
Ryba. Wszystko przez zwykłą płotkę. Albo właściwie to dzięki niej... W ramionach Ethana każdy z jej mięśni zaczynał się powoli rozluźniać, a dla samej Charity to co działo się dookoła niej, przestawało się liczyć. Naprawdę. Ciepło ciała, zapach perfum, stukot serca Hartleya. Tylko to dla niej istniało. Nerwowo uniosła podbródek, by zajrzeć w jego zielone tęczówki. Podobno zielony był kolorem spokoju. Może właśnie odnalazła własny?
— Tak — wyszeptała, bojąc się, że jeden dźwięk byłby w stanie popsuć atmosferę między nimi. W jednej sekundzie naparła na niego jeszcze mocniej ciałem, a w kolejnej ich usta już były złączone. Brakowało jej jego smaku. Był uzależniający. Jednak ten pocałunek różnił się od ich poprzednich. Więcej było uczucia, zrozumienia, spokoju, niż gorącego prądu namiętności prowadzącego wprost do sypialni. Nie mogła oderwać od niego ust. Z niezadowoleniem na twarzy odsunęła się na milimetry.
Dwa wyjścia. Teraz kazał jej wybierać? Dał jej kontrolować sytuację? Aż zaśmiała się gorzko. Tortura. Dla niej też były dwa wybory. Mogła wybrać się albo własne przekonania i warunki, albo dać ponieść się własnej potrzebie. Prawdziwa pułapka. Nabrała powietrza do płuc. Raz, drugi, trzeci... Okej, chyba postanowiła.
— Wiesz... — uniosła delikatnie dłoń, by pogłaskać go po policzku — moja sukienka nie zajdzie, za to zachód słońca tak — decyzja zapadła. Chyba znienawidzi samą siebie za przedłużanie nieuniknionego, ale szczerze? To nie ucieknie. Stanęła na palcach, by wyszeptać Ethanowi jeszcze kilka słów — uznajmy, że to już gra wstępna — po czym odwróciła się na pięcie, ruszając w stronę plaży. Prawdziwa namiętność zaczynała prawdziwie płonąć w trakcie oczekiwania na nią.
Ethan Hartley
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Pamiętaj, że mam dostęp do wielu danych — przypomniał jej ze śmiechem. — I z tego, co widziałem, nie ma szans na spełnienie mojej fanaberii. No chyba, że czymś jednak zaskarbiłem sobie przychylność szefowej — uniósł wyżej brew w wymownym geście, a przez jego twarz przemknął łobuzerski uśmiech, który poszerzył się wraz z następnymi słowami. — Zresztą jest inny sposób, w jaki mogłabyś odwdzięczyć się za moje oddanie względem… — urwał na chwilę, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowo — …firmy — dokończył z przebiegłym spojrzeniem. Oczywiście, że w kwestii wynagrodzenia za działalność w firmie sobie żartował, ale co do konkretnego sposobu nagrody za jego oddanie rzeczywiście miał na myśli coś, co mogłoby się spełnić. A przynajmniej w jego fantazjach, które rozbudzała czerwień jej ust. One tego wieczoru nad wyraz często rozszerzały się pod wpływem uśmiechu. Mógł to uznać za własny sukces. — Uwielbiam. Za szybkość, precyzję, wolę walki. I za to, że w jednej chwili z szansy na podium można wylądować w żwirze, kończąc grę na ostatniej pozycji — kto by pomyślał, że wyścigi czegoś uczyły? Przede wszystkim pokory, której przez długi czas nie potrafił zdobyć. Ale to emocje i elitarność takich wyścigów, kiedy dostawało się do strefy VIP, były czymś, co kręciło go w formule najbardziej. W takich chwilach wychodziło na to, że Ethan też lubił udogodnienia, jakie dawały mu pieniądze i pozycja w społeczeństwie. Gdyby nie bankructwo jego firmy, nie musiałby sięgać po pieniądze rodziców, przynajmniej na początku kariery w firmie Cherry. W tym momencie jego zarobki były całkiem porządne i trochę uniezależniały go od najstarszych Hartleyów. Mimo to polegali na nim. Miał zastąpić Sullivana, a to już takie proste nie było.
Widział to niedowierzanie w jej oczach. Owszem, według niego również zasługiwała na szczęście, na kogoś, kto stałby przy niej i trzymał ją za rękę, kiedy ona będzie spełniać się w roli prezeski. Bez walki o rządy, kto będzie jej bezgranicznym wsparciem. Jakakolwiek wredna i bezwzględna nie była, dostrzegał w tym coś więcej — kruchą, ciepłą, skrzywdzoną życiem kobietę, która zasługiwała na to, by oddychać pełną piersią na własnych zasadach. Poza firmą była całkiem inna… Ludzka. Coraz bardziej zaczynał rozumieć zasady, jakie panowały wokół niej i do jakich się dostosowywała, a poznając kolejne warstwy Charity, zaczynał ją doceniać. I dostrzegać, wraz ze wszystkimi wadami i zaletami. Była idealną kandydatką, bo była nieidealnie idealna. Jemu w zupełności to wystarczyło.
Ryba była zaiste świetną wymówką do tego, by znów poczuć ją w swoich ramionach. Oraz poczuć smak jej ust, za którym tęsknił, jakby były pokarmem, dzięki któremu żył. Potrzebował jej do szczęścia. A cała podróż do Scarborough i to głupie wyzwanie, żeby się do niej nie zbliżać, było męką, która teraz wydawała się wynagradzana. No, właśnie. Wydawała się.
Oddychał głęboko w oczekiwaniu na jej odpowiedź, starając się nasycić jej bliskością. Doskonale zdawał sobie sprawę z przewrotności Cherry i faktu, że zawsze wybierała nieoczywiste drogi. Dawał jej wybór i czuł, że cokolwiek wybierze, i tak będzie wygrany. Sposób, w jaki oddała mu pocałunek, nakazywał sądzić, że należała do niego. A wszystko pozostałe było tylko grą, w której oboje zdobędą to, co zajmowało ich myśli praktycznie od początku tego wieczoru.
Dlatego kiedy poczuł jej dłoń na swojej twarzy, a następnie szept i ciepły oddech łaskoczący jego ucho, odetchnął cicho. Gra wstępna… bezwiednie oblizał wargi, przez kilka sekund bez ruchu obserwując jej ciało w ruchu, kiedy tak śmiało kroczyła przez molo w stronę plaży. Doskonale wiedziała, że podąży za nią.
— Lepiej zacznij uciekać, bo jak Cię złapię to już Cię nie puszczę — ostrzegł ją, uśmiechając się łobuzersko pod nosem, bo zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo go zwodziła. I musiał przyznać, że podobało mu się, jak igrała sobie z ogniem. Jego ogniem.
Pochylił się, żeby pospiesznie złapać ich buty, które chwilę temu wypadły mu z rąk, po czym ruszył za nią. Dał jej już wystarczająco dużo forów, by zwiększyć między nimi dystans, ale wiedział, że prędzej czy później ją dogoni. A wtedy będzie już jego.
Bieg w piasku bez odpowiedniego obuwia był ciężki, ale i tak nie przestawał jej ścigać. Szum fal odbijających się o brzeg, odgłosy latających nad wodą mew i złota łuna opadającego za horyzont słońca tworzyły magiczną scenę. Dla niego jednak nie liczyło się nic więcej, oprócz łopoczącej w ruchu czerwonej sukienki i pisku wydobywającego się z ust Cherry, kiedy próbowała utrzymać między nimi dystans. Była niepokorna i uparta, ale właśnie to w niej uwielbiał. I szybko zyskał nad nią przewagę.
Gdy ją dopadł, oplótł ramionami jej talię i ze śmiechem uniósł ją w powietrzu, zataczając kółko. — Mam Cię — mruknął ze szczerym rozbawieniem wprost do jej ucha, gdy jej stopy znów znalazły grunt. Przygarnął ją całym ciałem do siebie, ciężkim oddechem raz po raz drażniąc jej szyję. To przypominało mu trochę ich pierwsze spotkanie. — I jak, zachód słońca spełnia Twoje oczekiwania? — szepnął do jej ucha, odwracając ją w stronę pomarańczowego słońca, które mieniło się w wodzie. Magiczna chwila pozwalała im złapać chwilę oddechu. Zacisnął palce na jej talii, wtulając się w nią z nadzieją, że spełnił jej oczekiwania względem tego wieczoru. Ale nie zamierzał na tym poprzestawać. Przeniósł dłoń wzdłuż jej biodra i przesunął po czerwonym materiale, aż dotarł do jego krawędzi, zaznaczając ją palcami. — A mi? Jak idzie? — musnął nosem płatek jej ucha, jednocześnie niespiesznie wsuwając palce pod sukienkę, żeby znaleźć się na jej udach. W tym samym czasie druga dłoń odnalazła jej pierś, zaciskając się na niej. Z oddali wyglądali całkiem niewinnie, jakby stojąc w objęciach oglądali zachód słońca. Tylko oni czuli, jak atmosfera między nimi gęstniała od ciepłych dłoni śmiało wędrujących po jej ciele.
ma cherie
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Szefowej... — powtórzyła, prychając krótko i kręcąc krótko głową. Ethan mam wielki tupet Hartley był prawdopodobnie jedną z niewielu osób, która była w stanie dotrzymać jej kroku. Sam fakt, że nie potrafili zamknąć sobie nawzajem ust... chyba że innym sposobem — wiesz, nie chodzi o twoje zasługi, ani czy zasługujesz na taką nagrodę — westchnęła finalnie Charity... Całkiem szczerze byłaby mu w stanie sprawić bolid. Może jedno zero ubyłoby z jej konta, nie chodziło o wyjątkowość Hartleya... — a o sam budżet — dwuznaczności na każdym kroku sprawiały, że zaczynało się jej robić słabo. Wystarczyło jedno uniesienie brwi, ukradkowe spojrzenia, czy zadziorne uśmiechy, by serce zabiło szybciej — pensje masz... Potrzebujesz czegoś więcej? Albo może kogoś więcej? — oddanie się firmie... Uśmiechnęła się przesłodko i zaraz dodała — jakaś asystentka? — randkowanie z Cherry? Zdawała sobie sprawę, o co dokładnie mu chodziło. Ciekawiło ją, do czego będzie w stanie posunąć się Hartley. Jak bardzo rozbudzi jej wyobraźnię? Praca, pensja, zasługi... wszystko zaczynało się powoli zacierać, a w jej głowie pozostawał tylko on.
— Cóż, to obyś nie skończył wyścigu w żwirze — na pewno mówiła o torze? A może o nich? Sama nie była pewna — tylko oglądasz, czy też jeździsz? — i po sekundzie dodała — tak, wiem, masz ferrari — pierwsza część ich podróży została zapamiętana. Warkot silnika, dżentelmen obok niej — pytanie, czy z niego korzystasz — aż korciło ją, by dodać, oprócz wożenia kobiet. Tylko nie chciała już słyszeć o nikim innym.
Ryba nie była wymówką.
Była tanim chwytem, prawie jak z horroru. Cisza, po której nastąpił głośny huk. Tyle wystarczyło, by ogłupić Charity. W tym krótkim momencie nie liczyło się nic. Tylko bezpieczeństwo. Pech, lub szczęście, chciał, że odnalazła je w ramionach i wargach Ethana. Nie była w stanie się nimi nasycić. Oddałaby każdą sekundę, by móc raz jeszcze je kosztować. W takich chwilach nic nie było w stanie jej zatrzymać. Może dlatego uciekła? Obejrzała się jedynie raz za siebie, by mieć pewność, że... biegnie za nią.
Biegła, ile miała sił w nogach, a czerwona sukienka tańczyła na wietrze. Nie mogła dać się złapać, a jednak... złapał ją. Od razu uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Głośno pisnęła, kiedy uniósł ją w powietrzu. Mogła latać samolotami, spadać ze spadochronem, przebywać w najwyższych wieżowcach, ale uniesienie na dziesięć centymetrów sprawiało jej więcej radości. Zwłaszcza kiedy znowu ich oczy spotykały się ze sobą.
— Musiałeś mnie łapać? — z jej tonu wybrzmiewał delikatny wyrzut, ale już przymykała oczy. W rzeczywistości kolana się jej uginały przez samą bliskość — spełnia, ale... — i jak ona miała mówić? Wieczór idealny. Randka marzeń. Tylko co jej tak właściwie wadziło? — wiesz, dlaczego zachody są magiczne? — nabrała mocno powietrza do płuc. Błądzące dłonie Hartleya niczego nie ułatwiały. Raz, dwa, trzy... powtarzała sobie w głowie, by uporządkować myśli — słońce najczęściej widzimy w dwóch opcjach. Na niebie, lub schowane... Tylko wschody i zachody są na pograniczu... — a oni coraz bardziej przekraczali tę niepisaną granicę. W głowie Charity często funkcjonowała zasada: wszystko, albo nic. Jezu, czy ona sama przypominała własnego byłego? Czy dla niej istniało coś pomiędzy zakochałam się w Tobie?
— Cudownie... — wymruczała, biorąc kolejny głęboki oddech. Kurwa, czy mogliby znaleźć się jednak na jachcie? Czarował ją. Nawet nie wiedziała, w jaki sposób ją tak robił. Minutę temu chciała stawiać mu granicę, a teraz? Pragnęła, by zdjął z niej ubrania — ale wiesz, że to tortura? — zagadnęła, obracając głową tak, by spojrzeć mu w oczy. Idealny moment. W tym wszystkim przeszkadzała jej sukienka, choć i ona dla Ethana nie była problemem.
— Nie myślę już o zachodzie... — mruknęła, obracając głową tak, by sięgnąć jego ust. Myślała o nim. O nich na tle zachodzącego słońca. I choć chciała skosztować go bardziej, to pozycja nie pozwalała na mocniejsze pogłębienie pocałunku. Jego dłonie musiały zostać tam, gdzie były.
Ethan Hartley
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Potrzebujesz czegoś więcej? Albo może kogoś więcej? Był bezpośredni, kilka razy zdążył już jej wyjawić, czego szukał i kto mógłby wypełnić tę lukę. W odpowiedzi na te pytania już zaczerpnął głębszy oddech, gdy Cherry uśmiechnęła się podstępnie i jakby nigdy nic rzuciła uwagę o asystentce. Parsknął nieznacznie śmiechem. Dobrze wiedziała, jak go sprowokować, ale nie miał najmniejszego zamiaru jej się dać. Bez trudu rozpoznał podstęp.
— Asystentka? Proponujesz to, jakbyś miała z chęcią na nią przystać. A oboje dobrze wiemy, że to nie podlega żadnym negocjacjom — uśmiechnął się do niej łobuzersko. Wystarczyło, że ostatnio po spotkaniu z córką inwestora ciemnowłosa urządziła mu awanturę, jakby uważała, że on już należał do niej. Prośba o asystentkę jedynie dolałaby oliwy do ognia. — Z resztą, nie zamierzam obniżać swoich standardów nawet, jeśli niewiele osób potrafi im sprostać. Zawsze mierzyłem wysoko — odparł nonszalanckim tonem. A ona plasowała się nad wyraz wysoko. — Wystarczysz mi Ty. I, zanim zaprzeczysz, przypomnę, że zdążyłem się przekonać, o czym mówię — zauważył z nieco diabelskim błyskiem w oku. Może staż ich znajomości nie trwał jakoś szczególnie długo, ale zdążył już poznać jej temperament, kilka wad, zalet, atutów i słabości. Wiedział, na co się pisał i zamierzał się tego podjąć. Musiał tylko zachować jeszcze trochę cierpliwości.
— Takiego zakończenia nawet nie biorę pod uwagę — był pewny siebie i wiedział, do czego zmierzał, myślenie o porażce jedynie generowało strach. Negatywne myślenie przywoływało negatywne zdarzenia, więc musiał unikać tego za wszelką cenę. — Czasem wyjeżdżam poza Toronto. Lubię szybkość i zastrzyk adrenaliny, jaką daje mi taka jazda. Właściwie lubię wszystko, co wywołuje dodatkowe emocje — przyznał bez cienia wahania. Swego czasu uprawiał wiele sportów ekstremalnych, co ostatnio trochę się wyciszyło. Był zajęty. Nią.
Ruszenie za nią w pogoń i w nim obudziło dawkę endorfin. Przez chwilę nie liczyło się nic innego, jak tylko to, by ją złapać. Nie praca, nie rodzina, nie podróże, nawet nie Arnie, a właśnie o n a. Chwila beztroski. To właśnie chciał tego wieczoru osiągnąć, by usłyszeć jej śmiech rozbijający się o fale. By zobaczyć na jej twarzy ukontentowany uśmiech. I tą udawaną niechęć, gdy ostatecznie znalazła się ponownie w jego ramionach.
— Musiałem. I zawsze będę — zapewnił z szerokim uśmiechem. Obietnica, którą z rozkoszą zamierzał spełniać. Bez względu na to, jak często by uciekała, przed nim czy czymkolwiek innym, zamierzał ją łapać. I nie wypuszczać ze swoich ramion tak, jak teraz, wtulając ją mocno w siebie. A skoro znajdowała się już tak blisko, wreszcie miał szansę wyzwolić w nich to, co czuli podskórnie, odkąd pojawiła się w drzwiach swojego apartamentowca.
— Hm? — mruknął, dłońmi niespiesznie badając jej ciało. Starał się przy tym zachować przytomność, by zrozumieć, co mówiła o zachodzie. A było to wyjątkowo trudnym zadaniem, gdyż będąc całkowicie na nim oparta, dawała mu idealny dostęp do jej szyi, którą drażnił swoim oddechem. — Tak, jak nie wszystko jest czarne i białe. Pomiędzy występują różne skale szarości — odparł resztkami świadomości, zanim przesunął nosem po jej odsłoniętej skórze, by ostatecznie musnąć ją swoimi wargami. Raz, drugi, trzeci, w międzyczasie nie przestając badać jej ciała dłońmi.
— Wcale nie musi nią być — wymruczał, podnosząc nieco głowę, żeby spojrzeć w jej oczy. W jego własnych płonęły iskry pożądania, które tylko ona mogła ugasić. Kusił ją zarówno słowami, jak i dotykiem jego dłoni, która wędrując pomiędzy jej udami coraz bardziej zbliżała się do celu. Wtedy jej usta odnalazły jego, łącząc się w czułym pocałunku. Czując ponownie smak jej wiśniowych warg, aż żałował, że ich pozycja jednak nie pozwalała na więcej. Więcej jej ust.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
ma cherie
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Czasami aż na jej usta narzucało się jedno pytanie: dlaczego na wszystko musisz odpowiadać tak idealnie? Wykrzyczałaby to na całe gardło. Krótko pokręciła głową. Jeszcze tak bezczelnie przed nią samą obracał konia na opak. Pozwoliłaby. Choć zacisnęła mocniej dłonie. Czy naprawdę zdążył już ją na tyle poznać? Zajrzeć do jej serca, by zobaczyć najistotniejsze kwestie? Albo ktoś może dał mu instrukcję działania Charity Marshall?
— Wystarczę... — powtórzyła za nim, a na jej usta wkradł się delikatny, zawadiacki uśmiech — pytanie, czy będziesz w stanie ze mną wytrzymać — anielski wyraz twarzy, chociaż brakowało delikatnych, diabelskich rogów, które dopełniłyby cały obraz. Cherry miała w sobie coś z diabła. Może dorzuciłaby mu odrobinę więcej pracy? Kolejny kontrahent? Albo irytujący, młodszy stażysta? Aż mocno przegryzła dolną wargę. Sama zaczęła mu współczuć.
Pewność siebie bijąca od Hartleya była dla niej uzależniająca. Nawet nie była w stanie tego jednoznacznie wytłumaczyć. Wpatrywała się w niego wielkimi oczyma i zastanawiała się, co dokładnie chodziło mu po głowie. Wyścig dalej nim był? A może chodziło o nią? Albo o pracę w Northland Power? Przebywanie z Ethanem przypominało metodę naukową i ciągłe zadanie pytań, na które nie da się znaleźć jakichkolwiek odpowiedzi.
Szybkość. Niebezpieczeństwo. Adrenalina. Aż zaśmiała się krótko pod nosem i puściła oko w stronę Ethana. Więcej nie musiał jej mówić. Ciekawiło ją tylko... które z nich było szybsze? Sama Cherry uwielbiała szybką jazdę oraz to uzależniające uczucie wciskanie maksymalnie gazu do dechy. Więcej nie potrzebowała. Kierowanie autem przypominało adrenalinę w trakcie najostrzejszych negocjacji z kontrahentem. Tyle że usta nie były im tak potrzebne jak nogi... Biegli oświetlani przez pomarańczowe promienie słońca, rozświetlające horyzont. Fale mieniły się wraz ze zachodem. Tyle wystarczyło.
Zawsze ją złapie. Uderzyło w nią to ze zdwojoną siłą. Naprawdę? Odpychała go, obrzydzała własną osobę, a on tak czy siak, w końcu znajdywał się przy niej. Mogła stawiać granicę, rozgłaszać głośne zasady, ale finalnie nie miały one żadnego znaczenia. Aż musiała nabrać głęboko powietrza do płuc. Trudno było jej zrozumieć to, co właśnie działo się w jej sercu. Uwielbiała Ethana pod każdym względem i chyba właśnie teraz zdała sobie sprawę, że jej miejsce znajdowało się w jego ramionach.
— Zachód — powtórzyła, próbując dodać samej sobie wiarygodności. Jakby kula chowająca się za horyzontem miała jakiekolwiek znaczenie. Nie miała. Za to elektryzujący dotyk dłoń Ethana powodujący, że włos na dłoniach sam się jeżył był jedynym, co się liczyło. Znów próbowała grać we własną grę, ale czy miała to jakiekolwiek znaczenie? Jakiekolwiek przebicie? Chyba nie... Pierwszy, drugi, trzeci raz... traciła dla niego świadomość. Szarość? No tak, trochę przypominała zachód słońca, ale była niczym przy wznoszącym się słońcu. Patrzysz na nie i nie możesz oderwać oczu. Cherry oczy były już przymknięte, ale cała świadomość była dla błądzącej dłoni, dla gorących pocałunków składanych dla jej szyi...
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Do odważnych świat należy — uśmiechnął się kącikiem ust w nonszalanckim geście. Cherry stanowiła dla niego wieczne wyzwanie, ale powoli uczył się ją ujarzmiać. Wbrew pozorom zdążył już wytrzymać trochę jej humorów i wiedział, co na nią działało. Poza tym był niezmiernie pewny siebie, a to samo w sobie świadczyło o tym, że nie przyjmował porażki za opcję. — Pozostaje jedynie kwestia tego, czy to Ty zniesiesz mnie? — Uniósł wyżej brew z wyraźnym wyzwaniem w oczach. Cała jego postawa mówiła: sprawdź mnie, przekonaj się, czy podołasz. Przy tym doskonale zdawał sobie sprawę, że kobieta nie poddawała się tak łatwo.
Ethan bawił się słowem i niedopowiedzeniami, podczas gdy każde zachowanie Cherry należało dogłębnie przeanalizować, by poznać, co się za nim kryło naprawdę. A jedyne, na co miał ochotę mężczyzna, a co jeszcze przez chwilę pozostawało nieosiągalne to analiza jej pięknego, idealnego ciała. Wystarczająco długo się już naczekał, zachowując pełen profesjonalizm na ich pierwszej randce, próbując powściągnąć swoje pragnienia i cierpliwie czekając… do czasu, aż nie wtuliła się w niego na molo. Potem wszystko potoczyło się w zastraszającym tempie. Pocałunek, szalony pościg, złapanie jej w swoje ramiona. Zachód słońca, który mimo całej swojej magicznej aury z każdą sekundą przestawał mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
ma cherie
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Do odważnych świat należy. Piękne, wielkie stwierdzenie, pod którym tradycyjnie sama Charity podpisałaby się rękoma i nogami. Tylko teraz przypominało obietnicę zdobycia jej serca. Może dlatego brwi powędrowały jej wysoko? Nie była w stanie zrozumieć tego, co działo się w myślach. Jej własnych. Z jednej strony chciała móc odsunąć się na kilka metrów od Ethana, a z drugiej strony lgnęła do niego jak ćma do światła.
Był przystojny, pełny siebie i miał ten błysk w oku, z którym nie była w stanie rywalizować pod żadnym względem. Czy byłaby w stanie wytrzymać ciągle mieszanie w głowie? Tyle że... sama zdawała sobie sprawę z jednego. Ethan dość jasno wyrażał zamiary względem jej osoby. Mógł bawić się wraz z nią dwuznacznościami, ale to do niej pozostawała finalna decyzja. Czy byłaby w stanie z nim wytrzymać? Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej jej ciało krzyczało tak. Niezależnie od tego, czy biegli po plaży, czy na nowo trzymał ją w silnych, bezpiecznych objęciach. To była ich pierwsza, oficjalna randka. Na niej ludzie poznawali się, dowiadywali się o sobie czegoś nowego, a Cherry cały czas musiała chwycić po coś więcej.
Dopiero to zatrzymanie się. To zachodzące słońce skrywane za widnokręgiem. Mogła próbować zachowywać się oschle, próbować się wyrwać, ale miała dosyć ukrywania przed samą sobą, jak piekielnie go pragnęła. Ich ciała niemalże idealnie do siebie pasowały. Nie chodziło o intensywny zapach perfum, ciepło ciała, a o zwykłe bezpieczeństwo. Przy nim mięśnie zaczynały się jej rozluźniać. Magiczna aura jedynie dopełniała obraz. Znajdowała się tam, gdzie jej miejsce.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor