ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
182 cm
złodziej kradnie co popadnie
Awatar użytkownika
ze Złotego Chłopca do rynsztoka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
wulgaryzmy, narkotyki
004
Większość ludzi myśli, że jak się mieszka na ulicy, to trzeba jebać na kilometr szczynami i potem. Bzdura. Stellan robił wszystko, żeby tak nie skończyć. W miarę możliwości zaliczał miejskie szalety albo darmowe łaźnie dla bezdomnych, mył się, jak tylko mógł, i prał ciuchy w rzece albo publicznych pralniach za parę groszy, które udało mu się wyżebrać lub ukraść. Chciał zachować chociaż resztki godności. Poza tym czysty bezdomny wzbudza mniejsze podejrzenia, kiedy kręci się blisko ludzi. Łatwiej wtopić się w tłum. A kiedyś wtapiać się nie musiał. Miał mieć wszystko: prywatne studia, świetną pracę, luksusowe życie, ale w wieku dwudziestu trzech lat stwierdził, że ma dość złotej klatki i zapragnął samodzielności. Chciał pokazać rodzicom, że bez ich portfela też sobie poradzi. No i pokazał. Wystarczyło, że raz noga mu się powinęła. Stracił pierwszą robotę, nie miał na czynsz, a zamiast zacisnąć zęby, zaczął szukać drogi na skróty. Towarzystwo, imprezy, trawa, potem coś mocniejszego na pobudzenie, aż w końcu obudził się z igłą w ręce. Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wylądował w rynsztoku. Dosłownie i w przenośni. Mógłby teraz wrócić do domu. Wiedział, że matka pewnie zapłakałaby się ze szczęścia, a stary wyłożyłby kasę na najlepszy odwyk, ale wstyd był silniejszy. Prędzej zdechnie z głodu, niż spojrzy im w oczy i powie, że mieli rację.
Właśnie wracał od swojego dilera. Jax to bezwzględny chuj, u którego nie ma zmiłuj ani brania na krechę, ale dzisiaj miał farta. Dwie godziny wcześniej pod galerią podszedł do jakiegoś zamyślonego kolesia w gajerze. Gość gadał przez telefon, a z tylnej kieszeni spodni wystawał mu portfel. Szybki ruch, i trzymał portfel w rękach, po czym zniknął w tłumie, zanim facet w ogóle zorientował się, co się stało. W środku było trzysta dolców. Od razu poleciał do Jaxa i teraz trzymał woreczek głęboko w kieszeni, kurczowo zaciskając na nim palce. Czuł, jak pot spływa mu po plecach, a serce bije jak oszalałe. Kiedy jesteś na głodzie, nie myślisz o niczym innym. Świat staje się czarno-biały, a jedynym celem jest dotarcie do bazy, gdzie nikt ci nie przeszkodzi. Jego bazą była ślepa uliczka za SIstering, które jak na ironię zajmowało się bezdomnymi, ale babkami. Dla niego to idealne miejsce, bo było dalekie od policyjnych patroli i innych ćpunów, którzy chętnie zrobiliby komuś krzywdę za te kilka gramów towaru. Szedł szybko, bo liczyło się tylko to, co miał w kieszeni. Czuł już ten moment, kiedy hera wejdzie w krew, a cały stres, wstyd i ból po prostu znikną, zastąpione przez ciepłą obojętność.
Kiedy jednak wyłonił się zza rogu budynku, zamarł. Kilkanaście metrów przed Stellanem, dokładnie na starych kartonach, trzech kolesi właśnie kopało jakiegoś chłopaka. Normalnie w takiej sytuacji odwróciłby się na pięcie i spieprzał, gdzie pieprz rośnie. Ulica szybko uczy najważniejszej zasady: nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, jeśli chcesz pożyć trochę dłużej. Jakieś porachunki, długi za ćpanie, kradzieże – tutaj każdy walczył o swoje i wchodzenie komuś w drogę zazwyczaj kończyło się tragicznie. A on miał przecież priorytet - czekający w kieszeni towar. Cofnął się o krok i schował w cieniu kontenera na śmieci. Chciał po prostu przeczekać, aż skończą go okładać i pójdą w pizdu, zostawiając wolną przestrzeń. Patrzył na to jednak przez dłuższą chwilę i coś zaczęło się w nim łamać. Faceci byli wyjątkowo brutalni. Tamten chłopak nawet się nie bronił. Leżał zwinięty w kłębek, trzymając ręce na głowie, próbując tylko chronić twarz przed kolejnymi uderzeniami butów. W świetle migającej latarni zobaczył jego twarz. Był młody. Na oko miał może z osiemnaście lat. Wyglądał na całkowicie bezbronnego dzieciaka z dobrego domu, który pewnie przez przypadek zapuścił się w te rejony albo podpadł niewłaściwym ludziom i poczuł skurcz w żołądku. To był ludzki odruch, który myślał, że już dawno w sobie zabił. Zrobiło mu się go cholernie żal. Zobaczył w nim siebie sprzed lat – kogoś, kto mógł popełnić błąd, ale na pewno nie zasłużył na to, żeby zostać zatłuczonym na śmierć w jakimś zasyfionym zaułku. Z jednej strony miał w kieszeni bilet do raju, na który ciężko pracował, ryzykując wpadkę. Chciał tylko usiąść, wbić igłę i zapomnieć o całym syfie. Z drugiej strony wiedział, że jeśli teraz stąd odejdzie albo będzie biernie patrzył, ten chłopak umrze, a jego śmierć pójdzie na jego sumienie. Wstyd, który nosił zmieszał się z poczuciem winy, które dopiero miało nadejść. Nie mógł na to pozwolić. Nie dzisiaj.
- Ej, zostawcie go, chuje! Pały już jadą, właśnie po nich zadzwoniłem! - wrzasnął, wychodząc z cienia prosto w ich stronę, a faceci natychmiast przestali kopać chłopaka i odwrócili się w jego kierunku. Zobaczył w ich oczach zaskoczenie, a chwilę później wściekłość.
Coś ty powiedział, szmaciarzu? Chcesz być następny?
- Słyszałeś, kurwa! - nie ustępował, choć serce waliło mu młotem. Wyciągnął z kieszeni rękę, udając, że trzyma w niej telefon. Wiedział, że ryzykuje jeśli zorientują się, że blefuje, ale ulica nauczyła go jednego: musisz być pewny siebie, nawet jak masz pełne gacie. Goście wymienili szybkie spojrzenia, bo dobiegł z oddali dźwięk syreny policyjnej. Ruszyli szybko w stronę alejki, znikając za rogiem, po drodze śląc jeszcze groźby pod jego adresem. Dopiero kiedy usłyszał, że ich kroki całkowicie ucichły, wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał na leżącego na ziemi chłopaka, zwiniętego w kłębek, a towar w kieszeni palił żywym ogniem, jednak wiedział, że teraz nie może go tu zostawić.
- Żyjesz czy nie? - zapytał, starając się mówić spokojniej, żeby go nie straszyć. - Wezwać pomoc? Karetkę, cokolwiek? Mów, kurwa, bo nie wiem, co robić.

młody podopieczny gówniak
pączek
nie lubię przejmowania kontroli nad moją postacią i braku dynamiki oraz rozwoju wątków, w każdej innej kwestii się dogadamy
20 y/o
For good luck!
170 cm
szuka szczęścia bezrobotny
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kolejne dni mijały, a misja, której się podjął zdawała się być coraz bardziej trudniejsza. Oscar zaczynał wierzyć, że przyjazd do Toronto był jednak błędem. Jasne, dawno porzucił marzenia, że uda mu się odnaleźć brata pod kolejnym adresem, który udało mu się zdobyć, niemniej czuł, że z każdą kolejną chwilą oddala się od niego coraz bardziej. Skąd w ogóle pewność, że jeszcze tu było? Kanada była sporej wielkości, więc informacja właśnie o tym mieście mogła być zwyczajnie nieaktualna. Co, jeśli się wyprowadziła? Jak niby miał się dowiedzieć gdzie, skoro nawet nie znał jego imienia. Na litość wszystkiego, gdyby tylko szukanie w mediach społecznościowych było łatwiejsze lub gdyby opanował umiejętności hakerskie. A tak musiał sobie radzić prowizorycznie, licząc na jakiś cud. Zupełnie, jakby nagle Bóg miał się nad nim zlitować i zesłać mu karteczkę z potrzebnymi danymi. Jak chociażby numer ubezpieczenia społecznego, bo po nim to już łatwa droga do osobnika, na którego nazwisko był.
Westchnął. Nie mógł się teraz poddać. Nie po to przebył kilkaset kilometrów, na dodatek wsiadając do samochodów obcych ludzi, z których każdy mógłby okazać się mordercą (tak, Oscar miał nad wyraz wysoce rozwiniętą umiejętność balansowania na granicy, igrając z bezpieczeństwem), by nagle poddać się nieprzychylnym myślom. On tu musiał być! Koniec kropka. Nie powinien nawet zakładać innej możliwości wierząc we własną intuicję. Gównianą, to prawda, ale momentami bardzo pomocną.
Szkoda, że dzisiaj postanowiła zrobić sobie wolne. Wybrała tak zajebisty moment, że Oscar już marzył, żeby jej podziękować, kiedy nadarzy się okazja. Źle skręcił, powinien to wyczuć. Przez kilka dni nauczył się, które rejony są lepsza, a które gorsze. Dobra orientacja w terenie mu się przydawała, zawsze był dobry w odnajdywaniu drogi. A jednak to właśnie dzisiaj coś poszło ostro nie tak i zamyślony niemal wpakował się w łapska trzech dryblasów, z który każdy kolejny zionął większą głupotą. Szare komórki poszły się jebać przykryte testosteronem pompowanym w mięśnie. Wspaniale, takiego towarzystwa potrzebował. Kumple będą z nich niecodzienni!
Zanim się spostrzegł, leżał na ziemi. Racjonalnie biorąc, nie miał z nimi najmniejszych szans. Nawet jeden położyłby go na łopatki, a trzy było zwyczajną przesadą. Był chudy, młodszy i nie miał nawet jednej piątej takiej siły, jaką mieli oni. Gdzie równe szanse? Gdzie jakikolwiek honor? Jak miał się bronić, skoro miał świadomość, że i tak nie wygra? Może kiedy nie będzie reagował, znudzą się nim, niczym pies nową zabawką, która była fajna tylko przez chwilę? Szansa istniała, chociaż ryzykował, że w ten sposób zatłuczą go na śmierć znacznie szybciej.
Czuł ból, który ogarniał jego ciało z każdy kolejnym ciosem. Czym sobie zasłużył? Nie jego wina, że jeden z nich uznał, że w y g l ą d a na geja. Cóż za spostrzeżenie! Nie przypominał sobie, by miał to wypisane na twarzy, a jednak coś skłoniło ich do takiego stwierdzenia. Delikatna buźka, którą odziedziczył po matce? A może kruche ciało, tak dalekie od prawdziwego mężczyzny? Może niegroźnie wyglądający wzrok, który nie wykrzykiwał niemych obelg w stronę każdego, na kogo spojrzał? Jeśli posiadał cokolwiek z tego, nie było to w żadnym razie podstawą, żeby się na nim wyżywać. Nie zaczepił ich, nie powiedział nawet słowa, a mimo tego stał się workiem treningowym, który należało okładać, zdobywając punkty.
Skrzywił się, osłaniając głowę. Tego zawsze go uczono - jak dostajesz wpierdol, leż i chroń łeb. Nie chciał stracić przytomności, chociaż mogłaby okazać się zbawieniem, dając ulgę przeciążonym komórkom, które nie wyrabiały w dostarczaniu do mózgu informacji o bólu. Jeszcze trochę, a zwariuje! Czy to był ten dzień, w którym miał umrzeć, nie poznawszy nawet swojego starszego brata, dla którego tu przyjechał? Wspaniała śmierć - w zapyziałym zaułku miasta, które powinno być nowym życiem.
Czyjś głos na chwilę przyniósł odpoczynek. Buty przestały trafiać w jego posiniaczone ciało, dając mu chwilę na złapanie oddechu. Ile żeber złamał? Czy wątroba była cała? splunął krwią, która nagromadziła się w jego ustach i otworzył oczy, nie pamiętając by je w ogóle zamykał. Dostrzegł jakiegoś młodego mężczyznę, zaledwie kilka kroków dalej. Czy on zwariował? Nie miał szans. Ratunek ratunkiem, Malone był mu wdzięczny, ale to było samobójstwem.
Nie miał siły by mu to wykrzyczeć. ledwo miał ją na kolejny oddech czując, jak kłuje go w płucach, a każdy ruch dostarcza kolejną porcję bólu. No zajebiście.
Interwencja pomogła. Jakimś magicznym sposobem nieznajomemu udało się przepędzić trzech rosłych osiłków, którzy spieprzyli, przeklinając pod nosem. Co to były za czary? przymknął ponownie oczy, przekręcając się na plecy i nieruchomieją. Bolało go dosłownie wszystko, włącznie z godnością, kiedy łzy popłynęły z oczu. Tak mimowolnie, nieplanowane.
-Nie mam… nie mam ubezpieczenia - wyrzucił z siebie. Jak niby miałby zapłacić za pobyt w szpitalu? Do wesela się zagoi, prawda? - Żyję… chyba. Powiedziałbym, żebyś mnie uszczypnął, ale to już będzie masochizm - westchnął, krzywiąc się zaraz. Nie zasłużył na takie traktowanie. - Dzięki za pomoc. To… było głupie - przechylił lekko głowę, by pozbyć się kolejnej porcji krwi z ust. Zakaszlał przy tym, a ciałem wstrząsnęły konwulsje.

Stellan Thompson
ODPOWIEDZ

Wróć do „Sistering”