Mieszkanie tonęło w półmroku. Przez okna wlewał się jedynie mdły blask ulicznych świateł, rozcieńczony ażurem firan. Val doskonale znał kąt jego padania, tę konkretną plamę, która na moment oświetliła profil Theo, kiedy oderwał się od parapetu i wkurwiony ruszył przez pokój. Prawie jak pod barem, jakby zamierzał spuścić wpierdol nie randomowym homofobom, ale właśnie jemu.
Val rzadko widywał go równie wzburzonego, i chociaż jego złość nie powinna go rajcować, było zupełnie odwrotnie. Wkurwiony Theo był gorącym widokiem, a otarcie na policzku tylko dodawało mu uroku, burząc ten jego perfekcyjny wizerunek grzecznego chłopca. Dlaczego, do cholery, musiał robić z tego problem? Dlaczego nie mógł przyznać, że i jemu przydało się rozładować emocje? Nic na świecie nie potrafiło przecież zastąpić uczucia jakie daje zderzenie pięści z twarzą jakiegoś frajera. No i czy gdyby się bał, to rzuciłby się na tych kolesi? Nie. Zrobił to, bo tego potrzebował. Bo tak, jak on, chciał obronić dobre imię swojego faceta. Nie było w tym nic złego, nie w oczach Valentina, dlatego uśmiechnął się wyzywająco, nie zamierzając ustąpić. Poza tym to nie on był tu jebanym tchórzem, który potrzebował podbramkowej sytuacji, by się do niego przyznać.
Tak, oczywiście że to zauważył.
I było mu przykro, że musiał obić komuś mordę, żeby to usłyszeć. Ale na pewno nie da się znowu sprowadzić do roli degenerata z problemem z agresją. Nigdy nie miał z nią kłopotu, to po prostu oni byli zbyt świętoszkowaci sądząc, że podniesiony głos i danie kolesiowi w zęby czyniło człowieka jakimś zwyrolem.
–
Od kiedy ja się napierdalam? Kurwa, Theo - parskał i pokręcił głową. W półmroku jego oczy zalśniły niepokojąco - mieszanką złości i fascynacji. –
Położyłeś tamtego gościa jednym uderzeniem, hipokryto.
Uśmiechnął się wilczo. To było imponujące. Tak samo jak fakt, że stanął z nim ramię w ramię i z równym zaangażowaniem wymierzał ciosy.
Val mógł być na niego wkurwiony i mieć żal, ale nie umiał być obojętny na jego gotowość do walki. Szkoda tylko, że walczył o ten związek jedynie w taki sposób.
Nie cofnął się, kiedy Theo znalazł się tak blisko, że ich ciała niemal się ze sobą zetknęły. Nie oponował też, gdy sięgnął do jego twarzy, chociaż nie potrzebował pomocy ani rozczulania.
–
Nic mi nie jest - powiedział tylko, spoglądając mu prosto w oczy. Światła miasta rysowały na ich twarzach kontrasty światłocieni. –
Przyznaj, że dobrze było spuścić trochę pary. – Zniżył głos o kilka tonów aż do mrukliwego szeptu. –
Nie wiedziałem, że umiesz się bić.
Chwycił za koszulę na jego bokach i powoli przyciągnął go do siebie, niwelując cały dystans. Ciepło ciała przeniknęło przez materiał z łatwością, gasząc ból, jakby było cholernym remedium na wszystko. Val chciał być zły, chciał jakoś ukarać go za wszystko, co powiedział, chciał się odciąć i udowodnić, że nigdy więcej nie da się traktować jak cholerne piąte koło, ale bardziej chciał teraz po prostu mieć go blisko. Czuć, że wcale nie był sam, że wszystko, co wydarzyło się w tym głupim barze było jedynie okrutnym nieporozumieniem.
–
Nie pieść się ze mną. Mówię, że nic mi nie jest - szorstkim tonem próbował jeszcze ratować swoje stanowisko, ale dłońmi sunął już w dół jego boków, po znajomych krzywiznach ciała. Zacisnął palce na biodrach, przytrzymując go przy sobie, jakby obawiał się, że bez tego Theo się cofnie albo w ogóle zniknie.
W mroku i ciszy łatwiej było o intymność, łatwiej też było przyznać się do uczuć, które w świetle dnia wydawały się idiotyczne, żenujące i zbyt ckliwe. W ciemnościach każde słowo i każdy oddech znaczył więcej, a każdy dotyk czuć było dwa razy mocniej. Val poddał się temu, tak samo jak pragnieniu, by bliskość wyparła złość i zawód. Tak było łatwiej.
–
Przeproś mnie - zażądał z bólem, błądząc spojrzeniem po jego twarzy, próbując odnaleźć w niej to, co sam czuł. To samo głupie, irracjonalne uczucie, które trzymało ich wszystkich ze sobą. –
Za to, co powiedziałeś. Za stawianie mnie w pieprzonej opozycji. – Mocniej wbił palce w jego biodra, dociskając go do swojego ciała. Półmrok ukrywał wiele, ale nie ból w jego spojrzeniu i wypełniającą je determinację.
-
A potem powiedz, że mnie kochasz – szepnął ciężko. Wciąż mówił tonem żądania, ale te słowa zmiękczyła bezbronność wobec tego, co czuł i w czym nie chciał być osamotniony. –
I że nigdy więcej nie wykorzystasz przeciwko mnie swojego związku z Queen’em.
Ta kwestia sprawiała mu najwięcej cierpienia. Theo musiał to wiedzieć, a jeśli nie, to teraz widział ten ból jak na dłoni, bo Val nie potrafił go ukryć. Objawiał się we wszystkim. W jego napiętej sylwetce, w płonących oczach i kurczowo zaciśniętych na ciele palcach. Nawet w przyspieszonym oddechu, który muskał wargi Theo przy każdym słowie.
Theodore Tellier