-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Jak to się mówi - hop do przodu i idzie się dalej, prawda? Nie pierwszy i zapewne nie ostatni, a Toronto było na tyle duże, że z łatwością znajdzie kogoś sprzedającego dobre zielsko. Like, wystarczyło zajrzeć w każdą przecznicę i ostatecznie casting urządzić.
Nie chcąc zaprzątać sobie tym głowy umówił się z kumplem na kulturalne picie. Bez szalonej imprezy, bez dzikiej domówki. Ot, wyjście do baru w celu skosztowania wysokoprocentowych trunków, w otoczeniu uroczych dziewczyn. Lub chłopców, o gustach się nie dyskutowało.
-Słuchaj, Mark. Ostrzegam cię, że nie mam najmniejszego zamiaru się najebać. Muszę dać odpocząć wątrobie - zakomunikował, kiedy zobaczył się z kolegą ze swojej paczki. Naprawdę musiał trochę przystopować; nieubłaganie zbliżały się zawody taneczne, do których przygotowywał jedną ze swoich drużyn. Idealna okazja, by przypomnieć, że nie porzucił kariery. Chwilowo tylko zmieniła kierunek, stając się bardziej bierna. Starzał się i jeszcze trochę, a całkiem będzie mógł zapomnieć o zabłyśnięciu. Cholerne kolano i cholerne rehabilitacje.
Usiadł przy barze, lubiąc tę atmosferę. Wolne stoliki zostawił nadzianym ludziom, którzy nie potrafili się odpowiednio rozluźnić. Było ich tu całkiem sporo. Odnosił wrażenie, że tacy ludzie zawsze mieli spotkania albo przy jakiejś niebotycznie drogiej kawie, albo przy alkoholu, jakby nie potrafiąc znieść obecności swojego towarzystwa na trzeźwo. Smutne.
Zamówił im drinki, rozkoszując się dziwnym spokojem. Nawet komuś takiemu należało się wytchnienie od głośnej muzyki i szaleńczych imprez grożących zanikami pamięci. Ot, taka odmiana. Odchamienie, by później dać się ponieść jeszcze bardziej.
Przesunął wzrokiem po zebranych, dostrzegając znajomą twarzyczkę. Jak mu tam było? George, czy jakoś tak. Wyglądał jak ktoś, kto nie miał zielonego pojęcia, czemu się tu znalazł. Litości!
-Chwilowa zmiana planów. Idź się poznać bliżej z biustem tej ponętnej blondynki, którą od godziny lustrujesz. Idź na bajerę, a ja zaraz wracam - rzucił do kumpla widząc, jak jakiś nachalny typ rozmawia z Azjatą.
-Proszę, proszę, kogo moje oczy widzą - uśmiechnął się szeroko do George’a, zaraz wzrok przenosząc na mężczyznę obok. - Mam nadzieję, że nie nachodzisz mojej randki. Bo widzisz, on już jest zaklepany. Trzeba było sprawniej przewijać tego Tindera - odpowiedział, zarzucając ciemnowłosemu ramię na szyję.
George Whitcroft
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tym razem nie było inaczej. Wybrał się ze znajomymi do baru, by się czegoś napić i, być może, poznać kogoś nowego. Kto wie, może coś rozwinęłoby się z tej znajomości? George nigdy nie był zamknięty na nowe relacje, ale związki to co innego. Musiał od początku czuć więź z drugą osobą, by się nią zainteresować. Bo co to za związek, jeśli niewiele was łączy, nie macie o czym rozmawiać ani jak wspólnie spędzać czasu? Już chyba lepiej być samemu.
– Popatrz, tamten typ nie odrywa od ciebie wzroku, odkąd tu weszliśmy – szepnął mu do ucha przyjaciel, kiedy George kończył pierwszego drinka. Zaintrygowany zerknął w stronę nieznajomego, lustrując go wzrokiem. Wysoki, dobrze zbudowany, całkiem przystojny. Takie mocne osiem na dziesięć. Posłał mu delikatny uśmiech, który tamten odebrał jak zaproszenie. Chwilę później podszedł do George’a z drinkiem w dłoni. Jego znajomi natychmiast się oddalili, dając im przestrzeń na spokojną rozmowę bez przyzwoitki. W końcu był dorosły i potrafił sam sobie poradzić w takich sprawach.
Po wymianie imion i krótkim przedstawieniu się zaczęli rozmawiać na różne tematy. Rozmowa nawet się kleiła, ale coś w zachowaniu mężczyzny nie pasowało Azjacie. Zbyt nachalnie lustrował jego ciało, oblizując przy tym usta, a po pewnym czasie zaczął rzucać w jego stronę niewybredne komentarze. Podryw podrywem, ale nie musiał zaczynać od seksualnych propozycji, które sprytnie ukrywał pod sugestiami, by pójść w jakieś ustronne miejsce, gdzie mogliby się lepiej poznać i nikt by im nie przeszkadzał. George może i byłby chętny, gdyby mężczyzna tak go nie osaczał, przysuwając się coraz bliżej i dotykając go niby przypadkiem.
Szukał wzrokiem swoich przyjaciół, którzy mogliby go uratować z tej niezręcznej sytuacji, kiedy nagle zjawił się ktoś, kogo najmniej spodziewał się tu zobaczyć. Spojrzał na niego zaskoczony, co chwilę zerkając na swojego natrętnego rozmówcę, który najwyraźniej wcale nie zamierzał odpuścić.
– Co ty tu robisz? – szepnął, kiedy tamten zarzucił mu ramię na szyję. Sytuacja była dość niezręczna, ale może dzięki temu uda mu się z niej wybrnąć? Jakby na potwierdzenie swoich słów objął mężczyznę w pasie i delikatnie się o niego oparł.
– Nic nie mówiłeś, że na kogoś czekasz – powiedział nieznajomy, napinając mięśnie, by jeszcze bardziej uwydatnić swoją umięśnioną sylwetkę. Wyglądał trochę przerażająco, ale Dean chyba się go nie wystraszy?
– Bo mieliśmy się spotkać później. Ale najwyraźniej zjawił się wcześniej – odparł Azjata, zerkając na tancerza z cichą prośbą w oczach, by ten pozbył się natrętnego typa. Zupełnie nie był świadomy, że właśnie na konto Deana wpadła kolejna przysługa.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Dumny z siebie, skoncentrował się na krótkiej bliskości z Azjatą. Czuł, jak ten się napiął. Ile by teraz dał, żeby przeczytać jego myśli, które pewnie nie wiedziały jak powinny reagować. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, tego mógł być pewien. Bowiem Vanberg, kiedy już uroił sobie w głowie plan i wybrał ofiarę, był niezmiernie uparty.
-Ratuję ci dupsko. Ponownie - odpowiedział jedynie, skupiając swoją uwagę na bezimiennym dla niego mężczyźnie, który wzrokiem przeskakiwał to na Deana, to na George’a. Pewnie kabelki mu nie stykały, że od razu nie załapał, żeby wypierdalać. Dobitniej trzeba?
Z satysfakcją zerknął na niższego towarzysza, kiedy ten objął go w pasie. Proszę, jak niewiele było trzeba, by siłą perswazji przekonać kogoś do odrobiny pieszczoty. Tak się opierał, tak się wzbraniał, a sam zaczynał lgnąć do tancerza.
-Srutu tutu, dobra stary, po prostu weź się odwróć i odmaszeruj, bo ja i moja randka mamy lepsze rzeczy niż patrzenie na twój pysk. No już, sio, sio - machnął pogardliwie dłonią na kolesia, odpędzając go niczym jakąś natrętną muchę. Nie miał zamiaru się bić i rad był, że osiłek skapitulował. Przynajmniej jeden raz ktoś zachował się z rozwagą.
Odsunął się od chłopaka, lustrując go leniwie.
- Trochę chujowe towarzystwo sobie dobierasz. A później się dziwisz, że ktoś chce cię okraść. Ewentualnie przelecieć. Ewidentnie marzyła mu się zawartość twoich bokserek - skomentował, opierając się plecami o kant baru. - Wisisz mi kolejną przysługę. Może po prostu zatrudnij mnie jako swojego ochroniarza, co? Taniej cie wyjdzie - zauważył, upijając łyk trunku, który miał w szklance.
George Whitcroft
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Żył teraz jedynie nadzieją, że wkrótce wszystko wróci do normy i nie będzie już więcej pakował się w kłopoty, których wcale nie chciał.
– Widzę, ale mogłeś udawać mojego przyjaciela… – szepnął, wzdychając. Czy naprawdę spośród tak wielu sposobów uratowania go z opresji musiał udawać jego randkę? George nawet nie był zainteresowany młodym mężczyzną, mając o nim jedynie złe zdanie, ale musiał grać w tę grę. Udawać, że właśnie tak miało być, żeby tamten odpuścił.
Zdecydowanie nie była to sytuacja, w której George chciał się znaleźć. Z jednej strony podbijał do niego jakiś podejrzany typ, który już na samym początku chciał dobrać mu się do tyłka, jakby George chodził z banerem nad głową, ogłaszającym łatwy i darmowy seks. Z drugiej strony był Dean, który podobnie rzucał mu niedwuznaczne propozycje w zamian za uratowanie go przed bandytami, ale jednocześnie nie naciskał, by natychmiast do czegoś doszło. Zamiast tego pozwolił mu odejść z przysługą na koncie, którą któregoś dnia będzie musiał spłacić. Czy to będzie właśnie ten moment, skoro ratował go już po raz drugi?
Nie odzywał się, pozwalając Deanowi działać i pozbyć się natrętnego adoratora. Chwilę to zajęło, ale mężczyzna w końcu złapał aluzję i odszedł, zapewne na poszukiwania kolejnej ofiary.
– Wydawał się w porządku, dopóki nie zaproponował mi randki w bardziej ustronnym miejscu. Nie wierzę, że wszyscy faceci są tacy… – mruknął, patrząc na niego z wyrzutem. Sam przecież niedawno proponował mu lekcje seksu. Gdzie byli faceci, którzy traktowaliby go jak małego księcia? – I co jeszcze? – westchnął, wywracając oczami. On i ochroniarz? Jeszcze czego. Miałby łazić za nim krok w krok, podczas gdy ten wciąż proponowałby mu różne rzeczy w zamian za ochronę? Nie ma mowy. Ale George musiał w końcu spłacić swój dług wdzięczności wobec mężczyzny. A teraz nawet dwa, przez co zapowiadało się jedynie gorzej.
– Dobra, skończ się ze mną bawić. Załatwmy to, żebyśmy nie musieli się więcej spotykać. Co mam zrobić, żebyśmy byli kwita? – zapytał, krzyżując ręce na piersi, podczas gdy serce waliło mu jak oszalałe.
Proszę, tylko nie to. Proszę, tylko nie to.
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-I ty serio myślisz, że ktoś taki dałby ci spokój gdybym powiedział, że jesteś moim przyjacielem? Z przyjaciółmi można walczyć, ale jak już coś polizane zaklepane, to trochę inna bajka - spojrzał na niego, jak na niebywale interesujący obiekt pozaziemski. Tacy ludzie faktycznie jeszcze istnieli! Dean chyba będzie musiał uświadomić to biedne chłopię, że jednak rzeczywistość była znacznie bardziej brutalna, niż w jego założeniach. - Poza tym jakoś nie przeszkadza ci obejmowanie mnie w talii- uśmiechnął się bezczelnie na wspomnienie dotyku dłoni chłopaka. Niby nic, ale mógł do dopisać do listy osiągnięć. Bo niby tak się wzbraniał, niby tak się opierał, a tu proszę - złapanie go przyszło mu niebywale łatwo, jakby posiadał tę wrodzoną umiejętność.
Koniec końców wspólne poczynania przyniosły zadowalający rezultat i Pan Nachalny zrezygnował, zapewne wiedząc, że nie będzie miał większych szans w starciu z Vanbergiem. Pozorny może i był (jasne, jak on wyglądał niczym kryminał), ale jego wzrok i bijący z oczy chłód mówiły więcej, niż napięte mięśnie.
-Polecam nauczyć się dostrzegać, kto jest normalny, a kto trochę mniej - zauważył. - Ach, ranisz moją duszę. Nie możesz oceniać wszystkich facetów przez pryzmat tego jednego - skomentował, zerkając na niego. Jasne, że się nabijał. Faceci byli świniami, w niemal stu procentach myśląc o tym, gdzie by tu dzisiaj zamoczyć. Można było ich podzielić na dwie grupy, jasne, ale jedyna różnica polegała na tym, że jedno brali wszystko co popadnie, a drudzy jednak posiadali jakieś standardy, będąc bardziej selektywnymi. Jak Dean, który nie trwonił czasu na podboje, które nie przyniosłyby mu ani korzyści, ani satysfakcji.
-Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz uzyskać odpowiedzi, Młodziaku - skomentował, lustrując jego twarz. Cholera, on chyba serio mówił poważnie. Chciał raz na zawsze dowiedzieć się, czym mógłby spłacić zaciągnięte długi. Na ustach Deana pojawił się lekki uśmiech satysfakcji. - Lubię zabawę, bez niej byłoby nudno. Też musisz spróbować. Może trochę byś się rozluźnił. Co masz zrobić? Cóż, odnoszę wrażenie, że jeśli zapytam czy jesteś gotów na wszystko, spalisz się ze wstydu, a twoja niewinność stanie się grzeszna. Zamiast tego po prostu odezwę się do ciebie, jak będę potrzebował CZEGOKOLWIEK - stwierdził. Układ idealny. - Co ty na to? Brzmi rozsądnie, hm?
George Whitcroft
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Za dobrze się maskujecie… - westchnął, przyglądając mu się. Sam przecież wyglądał na porządnego, a za małą pomoc chciał mu się dobrać do tyłka. I jak tu się nie pogubić? Gdzie Ci prawdziwi mężczyźni, który niczym rycerze na białym koniu ratowali innych z opresji, nie chcąc niczego w zamian? Z resztą nie uratował mu życia tylko tyłek, więc na jaką nagrodę on teraz liczył? – Dlaczego? Przecież jesteś taki sam jak on. – stwierdził, wywracając oczami. On naprawdę miał się za kogoś lepszego? Miał mu przypomnieć ich rozmowy podczas pierwszego spotkania? Jak proponował mu lekcje seksu? Jak patrzył na niego jak na kogoś, kto zaraz rozłoży dla niego nogi? George powinien zacząć pomyśleć o nagrywaniu swoich konwersacji z tancerzem, o ile jeszcze do jakichś dojdzie. Oby nie, ale tak na wszelki wypadek doda sobie dyktafon na główny ekran, żeby mieć do niego lepszy dostęp.
- Gdybym nie chciał usłyszeć odpowiedzi, to chyba bym nie pytał. – mruknął, naburmuszony jak małe dziecko. To chyba było logiczne, że skoro pytał o coś to oczekiwał odpowiedzi. Tym bardziej na tak nurtującą go kwestie jak spłata długu u Deana. – Serio? Miałeś się ze mną nie bawić. – warknął, zbliżając się do chłopaka i patrząc mu w oczy. Na szczęście nie był aż tak wyższy od George’a, więc nie wyglądali komicznie w ten sposób. I może dzięki temu tancerz weźmie jego słowa na poważnie. – A co jeśli wolę to załatwić od razu? Nie chcę czekać nie wiadomo ile, aż Ci się zachce. Chcę to mieć za sobą, żebym nie musiał Cię nigdy więcej wiedzieć. A więc? Czego ode mnie potrzebujesz? – zapytał pewnie, oczekując na słowa Deana jak na wyrok. Ostatecznie czuł się właśnie jak skazaniec, który nie wie co go czeka. Ale mógł podejrzewać i miał choć trochę nadzieji, że jednak bardzo się myli.
Dean Vanberg