ODPOWIEDZ
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

3
look


Strasznie żałował tego, co wydarzyło się nieco ponad tydzień temu. Nieczęsto zdarzały mu się aż takie załamania nerwowe, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie emocji i to w tak wyraźny sposób. Cmentarz był jednak miejscem, które wyjątkowo go przytłaczało, a tamten dzień należał do najgorszych od bardzo dawna. Z perspektywy czasu aż go skręcało z zażenowania na myśl, że śpiewał i płakał nad grobem zupełnie obcej kobiety tylko dlatego, że miała na imię tak samo jak jego siostra.
Nie znosił wracać do The Pas, ale właśnie tego żałował najbardziej - że nie był w stanie odwiedzić prawdziwego grobu siostry ani grobu Kayleigh, o której przecież również nigdy nie zapomniał. Z tamtą stratą zdążył się jednak w większym stopniu pogodzić. Minęło już tyle lat, a stało się to jeszcze w liceum.
Bał się pomyśleć, jak skończyłby się tamten wieczór, gdyby nikt go nie nakrył. Owszem, wiązało się to z ogromnym wstydem i zażenowaniem, ale jednocześnie brutalnie postawiło go do pionu. Wikary podniósł go wtedy na duchu, zaproponował herbatę na plebanii (po raz pierwszy miał okazję zobaczyć to miejsce od kuchni), a ich rozmowa sprawiła, że mgła zalegająca mu w głowie zaczęła się powoli rozrzedzać. Jeśli właśnie tak wyglądała cała ta religia i misja duchownych, to chyba mógł szczerze przyznać, że rozumiał ją odrobinę bardziej niż kiedyś. Nadal nie widział siebie ani na mszy, ani klęczącego do modlitwy, ale był to niewątpliwie krok w stronę ocieplenia jego opinii o kościele jako instytucji.

Początkowo wcale nie planował tam wracać. Owszem, wcześniej kilka razy odwiedzał cmentarz, żeby po prostu posiedzieć w ciszy, ale po szopce, jaką tam odstawił, zamierzał unikać okazji do ponownego spotkania młodego wikarego. Nawet jeśli dla tamtego nie było to nic wielkiego, nawet jeśli pewnie widział już znacznie gorsze przypadki, wstyd był dla Raymonda emocją wyjątkowo silną. Niejednokrotnie skutecznie powstrzymywał go przed kontaktem z ludźmi. Co więc zmieniło jego zdanie?
Dzień wcześniej mieli na oddziale księdza, który uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. Mimo rozległych obrażeń ani przez chwilę nie wydawał się rozgoryczony czy zrozpaczony. Co więcej, kiedy jego stan chwilowo się ustabilizował, przyznał, że wybacza sprawcy wypadku. To mocno Raya zaskoczyło. Równie mocno poruszył go fakt, że mężczyzna nie miał nikogo bliskiego, kogo mogliby powiadomić, poza gosposią z plebanii. Strasznie go to przygnębiło. Zwłaszcza że kilkanaście godzin później ksiądz zmarł w wyniku powikłań odniesionych obrażeń. Śmierć na oddziale nie była niczym niezwykłym, ale zawsze niosła za sobą pewien smutek. Inaczej chyba nie mógłby nazywać siebie człowiekiem, prawda?
Przez to wszystko wrócił myślami do wikarego. Do tego, z jaką bezinteresownością okazał mu wtedy wsparcie, nie oczekując absolutnie niczego w zamian. Czy tak samo wyglądało życie zmarłego księdza? Pomagał ludziom, nie oglądając się na siebie, podczas gdy wszyscy tylko coś od niego brali, a mało kto zastanawiał się, czy jemu samemu nie przydałaby się pomoc. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Korzystając z wolnego popołudnia, następnego dnia postanowił więc pójść do kościoła, licząc na to, że spotka tego samego człowieka, którego jeszcze niedawno przysiągł sobie unikać do końca życia.

Niepewnie, z narastającym stresem, przekroczył próg świątyni. Nie zaczął płonąć. Nie uderzył w niego grom z jasnego nieba. Posadzka nie rozstąpiła się pod jego stopami, by pochłonąć go prosto do piekła. Nie wydarzyło się absolutnie nic. Spojrzał na aspersorium. Przez krótką chwilę rozważał zanurzenie palców w wodzie święconej i przeżegnanie się, ale niemal natychmiast odgonił tę myśl z lekko kpiącym uśmiechem. Sam siebie zażenował, że w ogóle dopuścił taką możliwość. Przecież nic by to nie zmieniło. Nie wierzył, że bóg istniał, i nie zamierzał ani udawać wierzącego, ani przywłaszczać sobie rytuałów osób religijnych. W jego oczach byłby to zwyczajny brak szacunku, a tego akurat chciał uniknąć.
Po wnętrzu kościoła echem niosły się dźwięki organów. Wszystko wydawało się niemal filmowe, zwłaszcza że poza nim nie dostrzegł w środku żywej duszy. Był środek tygodnia, pora niezwiązana z żadnym nabożeństwem, dokładnie na to liczył. Powoli ruszył w głąb świątyni, próbując zlokalizować instrument. Jeśli dobrze pamiętał, to właśnie nim najczęściej zajmował się wikary, więc istniała spora szansa, że właśnie tam go zastanie.
Stanął w alejce prowadzącej do ołtarza i przez chwilę w ciszy przyglądał się fragmentowi jego pleców oraz głowie wystającym zza balustrady chóru. Jak na niego przystało, grzecznie poczekał, aż mężczyzna skończy grać coś, co brzmiało mu na całość jednego spójnego utworu. Dopiero wtedy odważył się odezwać. — Dzień dob... to znaczy... niech będzie pochwalony? — zaczerwienił się natychmiast. Kompletnie nie wiedział, jak powinno się witać w takim miejscu, i dopiero teraz uświadomił sobie, że mógł był to wcześniej sprawdzić. Jakoś zupełnie wyleciało mu to z głowy.


Harry Dillion
panko
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

02. look
   Skłamałby, jeśli powiedziałby, że obca mu była idea załamania nerwowego. Może nie stracił nikogo bliskiego, nie mówiąc już o kilku takich osobach, niemniej jednak i on był ofiarą niesprawiedliwości, a przynajmniej on to tak nazywał. Wiedział, że pójście na policję i zgłoszenie przestępstwa niekoniecznie okaże się dobrym pomysłem. Był nowojorczykiem od urodzenia i wiedział lepiej, wiedział, jak się zachowywać i że najlepszą taktyką na przetrwanie było niewpychanie nosa w nieswoje sprawy. Ale był przecież lekarzem, który świeżo złożył przysięgę o tym, by nikomu nie szkodzić i nieść pomoc tam, gdzie była ona potrzebna. Wyszedłby na okropnego hipokrytę, gdyby tą zasadą kierował się jedynie w szpitalu, chociaż teraz zaczął żałować, że nie zachował podobnej wybiórczości. Decyzja, którą podjął dość impulsywnie, okazała się tą, która zmieniła całe jego dotychczasowe życie. Znalazł się w niebezpieczeństwie i musiał zniknąć. Dlatego właśnie pomimo tego, że nie stracił nikogo, to w całym tym zamieszaniu stracił siebie i życie, które mógłby mieć, gdyby tylko jego nogi poprowadziły go tamtej nowy w inną dzielnicę.
   Gdy tylko spadła na niego decyzja, że musi się wyprowadzić i zmienić swoją tożsamość, również płakał. Nie było mu wstyd, bo w sumie w tamtym momencie wydawało mu się, że właśnie tylko to mu pozostało. Był bezradny i nikt nie mógł mu w tym pomóc, bo od tego zależało również ich bezpieczeństwo. I jeśli ktoś wyobraża sobie, że proces ten jest niedorzeczny, to ma absolutną rację. Z resztą proces ten jest tak abstrakcyjny, jak tylko może się wydawać, a jego efekty ciężko przewidzieć. No bo jak można przewidzieć to, że z lekarza stanie się organistą w kościele, do którego się nie przynależało? Harry nie był anglikaninem. Od małego wychowywany był w wierze katolickiej i chociaż nie praktykował, ba… nawet nie określał się obecnie mianem wierzącego, to nie spodziewał się, że przyjdzie mu pomagać obcemu pastorowi, który jako jeden z nielicznych został wtajemniczony w to, co tak właściwie się działo. A on musiał więc udawać organistę i wikarego, chociaż oficjalnie nie był ani jednym, ani drugim.
   Jedyny pozytyw, jaki Harry widział na początku to fakt, że kościół w środku prezentował się wyjątkowo spektakularnie. Jasne, marmurowe posadzki, białe ściany i ławy wykonane z białego drewna przypominały mu wystrój szpitala, w którym robił praktyki i dostał się na rezydenturę. Oczywiście nostalgia, którą to wywoływało sprawiła również, że zatęsknił za domem i początkowe kilka tygodni było dla niego wyjątkowo trudnych, co pewnie było dość widoczne, bo w tym czasie pastor zasypywał go najróżniejszymi zajęciami. Mogło się to wydawać złym posunięciem, niemniej jednak Harry był wdzięczny mężczyźnie, że ten znajdował mu jakieś zajęcia, nawet jeśli były one błahe. Cieszył się, że mógł coś robić, bo siedzenie na tyłku i rozmyślanie nad tym, co było a nie jest mogłoby pchnąć go do tego, by skoczyć z najbliższego mostu.
   No i miał też organy, bo chociaż nie był wykształconym muzykiem, to potrafił grać na kilku instrumentach i szybko podłapał jak kościelne organy działają i co z nimi robić. Kościół o tej porze był pusty, więc Harry często zakradał się pod ołtarz i grał na instrumencie, twierdząc, że lubi ćwiczyć przed kolejnymi nabożeństwami. Nie była to do końca prawda, ale mocne dźwięki wydobywające się z mosiężnych rur sprawiały, że zapominał o wszystkim, co działo się dookoła i pozwalał się zawładnąć wibracjami. Grał, nie zastanawiając się, jak dużo czasu na tym już zmarnował. Nie przeszkadzało mu to jednak, bo w planach nie miał już niczego więcej. Zakończył swój utwór i zamknął klapę zasłaniającą klawisze. I wtedy usłyszał głos, który dla jego uszu wydał się w tym momencie nieco przygłuszony, chociaż dalej wyraźny. Uśmiechnął się nieco.
   – Niech będzie – odpowiedział, uśmiechając się szerzej, bo w jego uszach zabrzmiało to jak najlepszy żart, jaki mógł w tej chwili powiedzieć. Bo przecież nie był ani duchownym ani też wierzącym, więc zupełnie nie wiedział, kogo mieliby teraz wychwalać. – Wszystko w porządku? – zapytał, bo chociaż widział, że mężczyźnie nic nie dolega, to wolał się upewnić, że nie będzie miał do czynienia z kolejnym kryzysem. Albo też chciał się na niego przygotować.

raymond cassidy
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dostrzegł jego uśmiech i od razu zaczął się zastanawiać, czym był spowodowany. Czy była to po prostu naturalna reakcja na widok gościa w kościele, zwykły przejaw uprzejmości? Może akurat myślał o czymś zabawnym i nagła obecność drugiej osoby tylko wpasowała się w ten moment? A może przypomniał sobie ich ostatnie spotkanie i to, jak żałośnie Ray zanosił się wtedy płaczem? Właśnie dlatego jego pierwotnym planem było unikanie zarówno tego miejsca, jak i Harry'ego. Nie chciał analizować każdej jego miny ani każdego wypowiedzianego słowa. Długo nie wytrwał w tym postanowieniu, ale z pewnością nie przypuszczał, że źródłem uśmiechu mogła być absurdalność całej sytuacji i przedstawienia, które brunet podtrzymywał z jednocześnie bardzo ważnego i niezwykle surrealistycznego powodu.
Ahm... tak, jak najbardziej. Bez obaw, dzisiaj obejdzie się bez załamania — prychnął z lekkim rozbawieniem, podszytym wyraźnym zażenowaniem na wspomnienie tamtego wieczoru. — Chciałem ci podziękować... Wiem, że pewnie po prostu wypadało Ci się wtedy tak zachować, ale i tak naprawdę to doceniam. Bardzo mi to wtedy pomogło — podrapał się po karku, czując narastającą niezręczność. W jego przypadku nie było to jednak nic nowego. Komfortowo czuł się właściwie tylko we własnym mieszkaniu i, paradoksalnie, w szpitalu, gdzie profesjonalna maska skutecznie ułatwiała mu funkcjonowanie.
No dobrze, podziękował. I co teraz?
Oczywiście nie przyszedł z pustymi rękami. Sama wdzięczność wydawała mu się zbyt ulotna, dlatego chciał dołączyć do niej jakiś drobny gest, nawet jeśli miał on wyłącznie symboliczne znaczenie. — W zasadzie.. chciałem Ci coś dać — powiedział, wysuwając z tylnej kieszeni spodni kawałek kolorowego plastiku. Powoli ruszył w jego stronę. Rozmawianie z takiej odległości było zwyczajnie dziwne, zwłaszcza że każde wypowiedziane słowo odbijało się echem od pustych ścian kościoła. Robiło to wrażenie, ale nie należało do najbardziej komfortowych doświadczeń.

Kiedy dzieliło ich już tylko kilka kroków, uniósł kąciki ust w uprzejmym uśmiechu i wyciągnął rękę z tajemniczym upominkiem. Była to pastelowa karta podarunkowa z logo pobliskiej naleśnikarni. — To trochę głupie, ale nie miałem pojęcia, co lubisz jeść. Uznałem, że chyba każdy lubi jakąś formę naleśników, a ta naleśnikarnia jest całkiem blisko kościoła, więc pomyślałem, że jeśli kiedyś będziesz głodny, to... masz. Potraktuj tę kartę jako wyraz mojej wdzięczności. Mam nadzieję, że się przyda — wyjaśnił nieco chaotycznie. W sferze prywatnej nigdy nie należał do osób, które potrafiły przekazywać informacje w prosty sposób, ale liczył, że mimo wszystko Harry zrozumiał, co chciał mu powiedzieć.

Harry Dillion
panko
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Harry z przyzwyczajenia ukrywał się za uśmiechem. Był nauczony, że ludzie lubili oglądać uśmiechnięte twarze, nie mówiąc już o tym, że był Amerykaninem, a oni znani byli z tego, że uśmiechali się do każdego. Przez sam fakt, że uśmiech przychodził mu tak łatwo, miał wrażenie, że bywa on nieszczery, dlatego też, odkąd tylko trafił do Toronto starał się powstrzymywać. Zwłaszcza że ludzie potrafili wyczuć wszelki fałsz. Nie żeby jego obecny uśmiech był jedynie nic nieznaczącym grymasem. Przeciwnie, wbrew wszystkiemu co Raymond mógł myśleć na temat tego, jak Harry go odbierał, to Dillion go polubił.
   Harry, jak na lekarza przystało, potrafił dość szybko ocenić ludzi. Musiał wykazywać się tą umiejętnością nie tylko dlatego, by rozpoznać, czy jakiś człowiek coś przed nim ukrywa, ale też dlatego, że musiał wiedzieć, czy ktoś nie stwarza zagrożenia. Życie w Stanach Zjednoczonych było trudne z wielu powodów i popierdolone z innych. Śmiesznym było to, że mieszkając w ojczyźnie nigdy nie zastanawiał się i nie kwestionował znanych realiów. Bo przecież to było normalne, że każdy mógł mieć przy sobie broń i że mógł jej użyć w każdej chwili. Każdy mógł być psychopatą i zrobić krzywdę, dlatego trzeba było nauczyć się takich ludzi rozpoznawać. Ogólnie musiał nauczyć się poznawać ludzi.
   Raymond już w chwili, gdy spotkał go płaczącego na cmentarzu objawił mu się jako człowiek, którego warto było trzymać przy sobie. Nie żeby Harry miał do niego jakikolwiek interes i chciałby go wykorzystać, niemniej jednak wiedział doskonale, że spokojnych ludzi po prostu dobrze było posiadać, a już zwłaszcza w chwilach, gdy własne życie wywracało się do góry nogami. Harry potrzebował kogoś, kim mógłby się zająć, by nie myśleć o swoich własnych problemach i troskach.
   – Och no… nie musisz dziękować… każdy z nas ma czasem takie momenty – powiedział i machnął przy tym ręką. Ile by bowiem dał, żeby i w jego życiu pojawił się ktoś taki i zaoferował mu pomoc lub chociażby wsparcie, gdy okazało się, że po prostu musiał przestać istnieć. Być może wtedy wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, a on nie zamiatałby teraz kościelnych marmurów.
   – Ależ nie trzeba – powiedział jeszcze zanim w jego dłoniach znalazła się plastikowa karta. Na samym początku nie chciał przyjmować prezentu, bo w sumie nie uważał, żeby zrobił coś, co wymagałoby jakiejkolwiek formy odwdzięczenia. Uważał, że zrobił to, co zrobiłby każdy normalny człowiek widzący innego w potrzebie. A takich rzeczy nie robiło się po to, by dostać coś w zamian. Pomoc nie była bowiem transakcją. Dopiero po chwili spojrzał na kartę i przeczytał, co było na niej napisane. – A wiesz, że tak się składa, że lubię jeść – dodał, kiwając głową z uznaniem, po czym schował kartę do kieszeni i spojrzał na swojego rozmówcę. – Z pewnością się przyda, ale nie wiem, gdzie jest ta naleśnikarnia, więc będziesz mnie musiał zaprowadzić – stwierdził, jakby całkowicie zapominając (lub nie) o tym, że istniało coś takiego jak nawigacja, która we współczesnych telefonach była darmowa.
   – Czasem ciężko mi się jeszcze odnaleźć w tym mieście – ogłosił, wskazując dłonią jedną w ław i zaczął iść w jej stronę. Nie miał nic przeciwko temu, by usiedli. Chciał też po części wymusić na Raymondzie zaoferowanie się z pomocą w odnalezieniu się w Toronto, bo facet ewidentnie potrzebował jakiegoś rodzaju odskoczni od swoich własnych problemów, więc być może pomogą sobie wspólnie.

raymond cassidy
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
32 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w North York General Hospital
Awatar użytkownika
I had a hole in the middle where the lightning went through, but I told my friends not to worry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zacisnął lekko usta i uśmiechnął się uprzejmie, kiedy Harry przyznał, że każdy miał prawo do takich gorszych chwil. Nawet jeśli miał rację, Ray odebrał jego słowa jako czysto grzecznościowe, swego rodzaju obowiązek wynikający z roli, jaką pełnił. — Może i nie trzeba, ale chciałem zrobić coś więcej niż tylko powiedzieć dziękuję — wzruszył lekko ramionami. — Ludzie za rzadko doceniają bezinteresowną pomoc — dodał, chociaż trochę mu się to wymknęło. Nie miał zamiaru być melodramatyczny ani dywagować nad ludzką naturą, ale sytuacja ze zmarłym księdzem wywarła na nim spore wrażenie i właśnie takie były tego efekty.
Poszerzył uśmiech, gdy brunet przyjął upominek i przyznał, że lubił jeść. Ray starał się wybrać restaurację możliwie najbardziej uniwersalną, bo każdy miał przecież swoje kulinarne preferencje i nie chciał popełnić żadnego faux pas. Początkowo rozważał nawet bon do restauracji z sushi, ale co, gdyby wikary za nim nie przepadał? Całe szczęście, że ostatecznie trafił z wyborem (a przynajmniej na to mu wyglądało). — Ah... ymmm... no jasne — zmieszał się na krótką chwilę. Nie był pewien, co dokładnie Harry miał na myśli. Czy chciał, żeby poszli tam teraz, żeby pokazać mu miejsce na przyszłość? A może chodziło o inną okazję, co oznaczałoby, że mieliby się jeszcze kiedyś spotkać? Szczerze mówiąc, w ogóle tego nie zakładał. Nie uważał się za szczególnie interesującego towarzysza, ale zdecydowanie nie miałby nic przeciwko. Nie narzekał na nadmiar znajomych, a poza tym, mimo że Dillion wyraźnie podkreślił, iż niczego mu nie był winien i symboliczny upominek w zupełności wystarczył, Ray i tak miał poczucie, że nadal pozostawał jego dłużnikiem. Zdecydowanie zbyt poważnie podchodził do takich rzeczy i niepotrzebnie się za nie linczował, ale wolał się już niepotrzebnie zamartwiać, niż pójść na terapię (typowy facet).
Ruszył za nim w stronę ławy i usiadł w odpowiedniej odległości, na tyle blisko, by rozmowa była swobodna, ale jednocześnie z poszanowaniem jego przestrzeni.
Mieszkam tutaj od około dziesięciu lat, więc gdybyś potrzebował pomocy, to chętnie się na coś przydam — zaoferował bez większego zastanowienia, kompletnie nie domyślając się, że taki był zamiar Harry'ego. Wciąż postrzegał go jedynie jako sympatycznego, młodego wikarego, który dopiero próbował odnaleźć się w nowym mieście, nie mając najmniejszego pojęcia o sekretach, jakie skrywał. — Jeśli nikt nie zaproponował Ci jeszcze wycieczki po najważniejszych miejscach Toronto, to mogę zostać przewodnikiem amatorem — uśmiechnął się lekko. Pomyślał, że gdyby sam znalazł się w podobnej sytuacji, byłby wdzięczny, gdyby jakiś lokalny mieszkaniec pokazał mu okolicę - główne atrakcje, miejsca warte odwiedzenia czy zakątki, do których później mógłby wracać już sam. Może w ten sposób udałoby mu się pozbyć uczucia, że miał u niego dług?


pan wikary
panko
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Uśmiechnął się szerzej, słysząc jego słowa. Ciężko się było z nimi nie zgodzić, bo uważał, że czasami ludzie faktycznie nie doceniali bezinteresowności innych osób, ale jeśli tego by się od nich wymagało, to czy pomoc ta nie byłaby wtedy interesowna? Było to już chyba pytanie z natury tych filozoficznych, a nad filozofią Harry akurat nie miał ochoty się zagłębiać. Na studiach miał kilka kursów dotyczących filozofii oraz etyki i wszelkich zagadnień, które obejmowały i tych, które tylko o nie zahaczały. I w sumie nigdy z nimi nie przepadał, bo był chyba człowiekiem, który lubił znajdywać odpowiedzi na nurtujące go pytania, a filozofia dotyczyła rozmyślania i dywagacji, które w większości wypadków kończyły się na stwierdzeniu, że wszystko zależy od….
   – Ach… taka już jest chyba ludzka natura – skwitował. Bo jednak ludzie mieli tendencję do niedoceniania wielu rzeczy i on również zaliczał się do tej grupy i żałował okropnie, że dotarło do niego to tak późno, bo dopiero gdy został zmuszony do przeprowadzki i zmiany swojego życia to zrozumiał, że brakowało mu wdzięczności. Teraz, gdy jego jedynym zajęciem, jakiemu się oddawał, było zamiatanie marmurowych podłóg, zatęsknił za rozjaśnionym nocnym nowojorskim niebem, które niejednokrotnie uniemożliwiało mu zaśnięcie albo za długimi godzinami spędzonymi w szpitalu na dyżurze, przez co wracał do mieszkania zmęczony i wypompowany z chęci do życia. Ile by oddał, by móc ponownie znaleźć się na sterylnych korytarzach i ponarzekać na lurowatą kawę, którą wypluwał automat i którą pewnie wypiłby teraz z radością i umiłowaniem, jakby była to prawdziwa ambrozja. Nie chciał się jednak na tym skupiać właśnie teraz, dlatego też całą uwagę skupił na mężczyźnie. Nie spodziewał się jego odwiedzin. W sumie nie spodziewał się, że spotka go jeszcze raz, ale musiał przyznać, że jego obecność, chociaż niespodziewana, to wyjątkowo poprawiła mu nastrój. Było to bowiem coś nowego, co oderwało go od monotonnej rzeczywistości.
   – Nie miałem jeszcze okazji pozwiedzać, ale pastor wysyła mnie na… jak on to nazywa, misje i biegam z gps’em – powiedział. Pastor był człowiekiem, chyba jedynym cywilem, który wiedział o sytuacji Harry’ego. Mężczyzna wiedział, z czym Dillion się zmagał i jakie problemy go spotkały i zgodził mu się pomóc, a co Harry był oczywiście wdzięczny. Duchowny szybko ogarnął, że Harry jest człowiekiem dumnym, by przyjąć jakąś pomoc czy politowanie, więc nie zmuszał go do odpoczynku i relaksu. Z jakiegoś powodu szybko wyczuł, że chłopak potrzebował zajęcia, żeby nie siedział samemu w swoim pokoju i użalał się nad sobą. No i wysyłał go z różnymi zadaniami gdzieś na drugi koniec miasta. Harry wiedział, że po części chodziło mu o to, żeby poznał miasto. No ale Harry nie miał okazji się do niego przyzwyczaić.
   – Chętnie skorzystam z pomocy – przyznał szybko, niemal od razu, gdy usłyszał słowa Raymonda. Ulżyło mu również nieco, że on sam to zaproponował, bo to ułatwiało sprawę.
   – Skąd pochodzisz? – zapytał, słysząc, że Ray nie pochodził z Toronto.

pielęgniarka Ray
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”