23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Słyszał kiedyś, że zdziczałe zwierzę nigdy nie da się w pełni oswoić, a natura prędzej czy później da o sobie znać. Być może coś w tym było, a człowiek który latami uczył się jak przeżyć na własną rękę w najbardziej niekorzystnych warunkach wyhodowywał sobie z czasem instynkty rzadko kiełkujące u tych, którzy nie stanęli nigdy przed podobną koniecznością. Przyzwyczajenia dźgnęły go kuszącą sugestią by nabrać głębszego oddechu i puścić się biegiem przez korytarz, dobieg zakrętu za lobby i wyskoczyć oknem prowadzącym na szerszy gzyms, a stamtąd na niższy dach magazynu. Stamtąd bez problemu dostałby się na parking i wreszcie za siatkę, a za dwadzieścia minut byłby już w pokoju na poddaszu zastanawiając się kto kręcił się tej nocy po cegielni.
Sęk w tym, że nie mógł tego zrobić mając przy sobie nienawykłego do takich ryzykownych aktywności Gauthiera, a prędzej przebiłby się głową przez ścianę niż zostawił go za sobą.
Przyszli razem - wyjdą razem. Innej opcji nie rozważał.
Jeżeli znowu kogoś zobaczę to poleci za cegłą 一 oznajmił gorzko, zaciskając mocniej palce na latarce; u Milo podobne sytuacje wywoływały zazwyczaj przede wszystkim gniew, który krążył sobie w krwioobiegu łącznie z adrenaliną, doświadczenie pozwalało mu jednak zazwyczaj równoważyć go logiką i myśleniem zadaniowym. W żadnej dziedzinie życia nie ufał swoim emocjom dostatecznie by pozwolić im przyćmić rozsądek. 一 Uważaj na siebie, okay? Schody odpadają, ale jest dość nisko.
Chwilę później głowa Dylana zniknęła mu w szybie windy i Milo słuchający jednym uchem tego co działo się na korytarzu początkowo nie złowił niepokojącego, bolesnego jęku dobiegającego z dołu. Pomyślał po prostu, że lądowanie okazało się mniej miękkie niż oczekiwane, ale za nic nie podejrzewał kontuzji. Uznał jego lakoniczne „żyję“ za wyczerpujące temat i upewniając się tylko, że nie trafi w niego plecakiem, zrzucił bagaż tam, gdzie snopem światła z latarki odnalazł dość miejsca.
Wylądował obok Gauthiera na ugiętych nogach, cudem rozmijając się z wystającym ze zbrojenia drutem.
Mamy dwie opcje. Możemy albo sprawdzić czy z parteru damy radę dostać się na klatkę schodową i wyjść tymi samymi drzwiami, albo... co ci się stało? Ręka? Pokaż 一 zażądał, ucinając rozplanowywanie trasy z miejsca, kiedy zarówno cichość jak i przyciskana do piersi dłoń wzbudziły jego podejrzliwość. Serce drgnęło mu na widok nieanatomicznie wykręconego nadgarstka.
Palcami na ślepo wyplątał się z maseczki uznając ją już za zbędną i przeszkadzającą, dorzucił ją do stosu innych bezużytecznych śmieci walających się pod nogami i ostrożnie chwycił Gauthiera za łokieć chcąc obrócić go do siebie przodem.
Złość podmyła gwałtowną falą dotychczasowy, wywalczony za pomocą rozumu spokój; pierwsza pomoc nie była jego moną stroną. Sposobami jakimi opatrywał samego siebie nie opatrzyłby psa.
Postaraj się trzymać wysoko na tyle na ile to możliwe i nic tą ręką nie chwytaj, jasne? Wyprowadzę nas stąd, pójdziemy w stronę głównego wyjścia. To nie to samo którym weszliśmy, ale skoro ktoś wie którędy przyszliśmy będzie się spodziewał, że tam wrócimy. Kurwa, przepraszam, nie pomyślałem... nieważne. Później, na razie wychodzimy.
Nadgarstek zaczynał powoli puchnąć i wyglądał boleśnie nawet z perspektywy osoby postronnej, a ponieważ Milo raz czy dwa przechodził przez podobną kontuzję wiedział, że była to przyjemność zbliżona do leczenia kanałowego. Potrzebowali dostać się na SOR w możliwie krótkim czasie, miał zatem nadzieję, że Camarena zostawił kluczyki do swojej zajebistej Impali na wierzchu.
Wyrzuty sumienia szarpnęły go zanim jeszcze uszedł choć kilka metrów, wypominając lekkomyślność i optymistyczne założenia; jak mógł wpaść na tak nieodpowiedzialny pomysł i zabrać go w takie miejsce?
Mów do mnie, okay? Chcę cię słyszeć tam z tyłu. No dalej, możesz sobie nawet na mnie poużywać, tylko żadnej ciszy.
Ręką w której nie trzymał latarki wciąż obracał scyzoryk, zaglądał w ciemne, ziejące pustką pomieszczenia jakie mijali po drodze i mrużył oczy jakby starał się zobaczyć więcej niż pozwalał mu na to snop światła. Drzwi wyjściowe były blisko.

Spoiler
Wielkie dwuskrzydłowe drzwi zamajaczyły na horyzoncie. Przez przeszklenia widać pusty parking i równie wyludnioną stróżówkę przejętą przez dziką ruderalną roślinność. Szczęśliwie na uchwytach nie ma śladu łańcucha, ale szpara na klucz już na pierwszy rzut oka zaczyna wzbudzać oczywiste wątpliwości.
W oddali, gdzieś w okolicach klatki schodowej i stołówki podniósł się dźwięk na tyle cichy, by dało się go łatwo przeoczyć, przypominający jednocześnie kroki przynajmniej jednej osoby, choć równie dobrze może to być skapująca z dziurawego szybu wentylacyjnego woda.

Kosteczki:

1: zamknięte na ament, trzeba szukać innego wyjścia.
2-4: zamknięte, ale można pokombinować z zamkiem.
5-6: wolność, drzwi otwarte.

Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyćmienie umysłu rozchodzącym się w przedramieniu, niefortunnie znajomym bólem oraz oszołomieniem upadkiem wychodzącym mu znacznie mniej zgrabnie niż zakładał przypomniało mu o facie, że powinien dać znać Milo o potrzebie zachowania szczególnej ostrożności w drodze na dół dopiero, kiedy ten wylądował tuż obok. Odetchnął i podniósł na mężczyznę wzrok sugerujący, że nie załapał ani jednej z wymienionych opcji, a na polecenie pochwalenia się kontuzją odczepił palce od źródła problemu z grymasem nawracającego dyskomfortu.
- Nic takiego... raczej nie jest złamany - zauważył, korzystając ze źródła światła w postaci latarki Milo by spojrzeć na nabierający kolorów i rozmiarów nadgarstek. Wciągnął powietrze i spróbował poruszyć palcami, co prawie zgięło go w pół, jednak nie docierało do poziomów bólu jakie pamiętał ze złamania. - Mhm... nie... nie złamany - potwierdził i podniósł się do siadu by więcej nie wylegiwać się pośród całego syfu jaki zbierał się na dnie szybu przez bliżej nieokreślony czas od wyłączenia maszynerii z użytku.
- Jasne, tylko... Za co ty przepraszasz? Dobra, czekaj, daj mi moment - mruknął jeszcze zanim ruszył się z miejsca, przyciągając swój plecak między nogi i jedną ręką rozprawiając się z tym samym zamkiem co wcześniej, by ponownie znaleźć jeden z wypisanych długopisów. Kciukiem zepchnął niebieską zatyczkę i wziął końcówkę długopisu między zęby po zsunięciu maseczki pod brodę, by ponownie zwolnioną ręką odhaczyć gumy zza uszu i jedną z nich zawiesić na kciuku pokiereszowanej dłoni. Marszcząc czoło w skupieniu przycisnął prowizoryczną szynę do nadgarstka i ciasno owinął całą konstrukcję bandażem maseczką, a na koniec pomagając sobie zębami związał ze sobą gumy by utrzymały stabilizator w miejscu. Przez moment wpatrywał się w swoje dzieło krytycznie, po czym wypuścił oddech drżący od nasilenia bólu nowym uciskiem.
- Ujdzie. To gdzie teraz..? Nie słuchałem - przyznał bez owijania w bawełnę, wyciągając w górę zdrową rękę by w ten sposób poprosić Milo o wsparcie w ponoszeniu się do pionu. Przerzucił plecak przez ramię i po ostatnim spojrzeniu w górę, dla pewności że żaden z ich prześladowców nie zagląda z piętra, pomaszerował przed siebie, bardziej niż wcześniej zwracając uwagę na to, gdzie stawia nogi.
- Czyli... czekaj, wyjście główne? To to, które mijaliśmy? Nie było na nim łańcucha? - upewnił się, zgodnie z poleceniem zapełniając ciszę własnym głosem. - Czy nie to, w sensie z drugiej strony budynku? Ile tu jest głównych wejść? - dopytał jeszcze, kontrolnie zerkając za plecy, gdy z kierunku wind dobiegło stukanie zsuwającego się ze sterty kamyka. Najpewniej sami naruszyli warstwę śmieci i gruzów swoimi akrobacjami, jednak przez chwilę utrzymał wzrok na nieruchomej ciemności korytarza. Ten moment starczył by zahaczył trampkiem o próg i skomentował to dźwięcznym - Calisse - chociaż dał radę tym razem nie polecieć na twarz ani nie skręcić drugiej ręki. - Zignoruj, idę - zapewnił pospiesznie zanim Rivera zdążyłby zareagować na uparcie trzymającą się go tego dnia niezdarność. Jakby gdzieś po drodze znalazł piłkę i kosza, zapewne po jednym rzucie przyjąłby ją twarzą. Od tego momentu trzymał się patrzenia przed siebie, a dokładniej na swojego przewodnika łagodnie przechylającego się w stronę paranoi na jego zdrowiem. Szczerze wątpił by cokolwiek miało wciągnąć go w zacieniony kąt przy następnym nieuważnym zakręcie.
- Mną się nie przejmuj, mam się na tyłach bardzo dobrze. Wspominałem, że świetnie wyglądasz w tych spodniach? - upewnił się, pomimo obrażeń i stresu niespodziewaną sytuacją gładko wchodząc z powrotem w swój zwyczajowy tryb, pomagający mu odwrócić własną uwagę. - Musisz mi się później pokazać w lepszym świetle, może... O, te bywały otwarte? - upewnił się, gdy zbliżyli się do drzwi i zrównał się z Riverą by rzucić okiem na ich potencjalne wyjście na wolność. Wyglądało obiecująco, więc trzymając rękę w zaleconej pozycji wziął na siebie stanie na czatach, podczas gdy Milo torował im drogę i... I nic. Łypnął na drzwi pytająco, jakby te same mogły opowiedzieć mu w czym tkwił problem.
- Pomóc ci je pchnąć? Albo mógłbym spróbować kop-... W sumie nie, nie mógłbym. Jakieś okno? Albo gabinet dozorcy, w którym może być jakiś, nie wiem, klucz? - zmienił kierunek planowania w trakcie przemyślenia, gdy zdał sobie sprawę, że wykopanie drzwi z zawiasów wymagałoby sprawności w obu nogach, a tym od kilku lat niestety nie mógł się pochwalić.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Bardzo prowizoryczny i pozostawiający wiele do życzenia opatrunek nie wyciszył na dobre gorzkich wyrzutów sumienia, które uczepiły się go i uparcie trzymały przez całą drogę w głąb ciemnego korytarza. Być może Dylan nie widział w tym jego winy, ale Milo poza układaniem w głowie kolejnych planów awaryjnych biernie pieklił się na siebie, że nie wymyślił innego, mniej ryzykownego sposobu na obejrzenie gwiazd nad Sacramento.
Z drugiej strony. Tamto wychodzi na plac, to o którym myślę prowadzi na parking i przy odrobinie szczęścia może będzie otwarte albo przynajmniej znajdzie się jakieś okno 一 przedstawił różnicę, odświeżając sobie mapę cegielni we wspomnieniu i szukając w niej ewentualnie innych wartych odrobiny gimnastyki punktów. 一 Wszystko okay?
Nie potrafił przesiać zmartwienia od względnie neutralnego wydźwięku pytania, które padło automatycznie po tym jak usłyszał potknięcie za plecami. Światło latarki przelało się przez ściany, błysnęło w starej, pustej gablocie odbijając się od szyby i padło na Dylana tonącego w zapewnieniach, że nic się nie stało. Milo jedynie zmarszczył brwi, a osadzona na jego twarzy warstewka kurzu akcentowała mocniej każdy grymas powodując równocześnie, że wyglądał w jakiś sposób dojrzalej. Troska, która - co do tego nie miał złudzeń - zapewne była doskonale widoczna w każdym jego nadopiekuńczym pytaniu i ciążyła w spojrzeniach posyłanych w kierunku Gauthiera częściej niż dotychczas zaczynała go drażnić.
Zapętlony na zmianę w krótkoterminowych planach wydostania ich z budynku jak i tych dalej idących, sięgających wizyty na najbliższym SORze (Milo nie mógł być bardziej wdzięczny kanadyjskiemu ubezpieczeniu, które gwarantowało Gauthierowi bezpłatną opiekę w tym podstawowym zakresie na terytorium całych Stanów Zjednoczonych, a jakiego sam nie posiadał) skwitował jedynie próbę rozluźnienia atmosfery żartem - flirtem? - jakimś bezkształtnym, pozbawionym entuzjazmu pomrukiem.
A chwilę później przed nimi wyrosły drzwi, Milo przedwcześnie odetchnął z ulgą i naparł dłonią na jedno skrzydło z nadzieją, że lada moment poczuje na twarzy powiew chłodnego, nocnego powietrza.
Ani drgnęły.

Que pedo con esta madre?! Chale!
Potrzebował chwili i mocnego strzelenia ręką w oporną, niewzruszoną jego frustracją szybę, głębokiego westchnienia i momentu ciszy, podczas którego kalkulował inne opcje oraz przyglądał się zardzewiałemu zamkowi. Przykląkł nawet na jedno kolano, poświecił sobie wprost w stary, zbierający kurz i wilgoć mechanizm, postudiował chwilę po czym zgrzytnął zębami. W tak zaawansowanym zapieczeniu w oksydowanym żelastwie nie było nawet gdzie wcisnąć szpilki, a co dopiero myśleć o wmanewrowaniu wytrychów.

Zapomnij. Zresztą nawet gdyby był, w co wątpię, bo kto trzyma klucz do takiego miejsca w środku - nie wejdzie. Chuj w to, zostaje magazyn. Tam przynajmniej nie ma krat w oknach, a i tak jesteśmy już na parterze.
Nawinął sobie rękaw kurtki na dłoń i przetarł nią twarz, z marnym skutkiem, bo materiał wchłonął wiele z tego, przez co Milo przecisnął się w ciągu ostatniej godziny ich przeprawy i jedynie rozsmarował to sobie na czole. Chwilę po tym nad nimi rozległ się dźwięk ciężkich kroków i rozgniatanego pod butami szkła; ktoś musiał obserwować parking przez okno piętro wyżej, a co za tym idzie, również wyjście i być może sprawdzać czy opuścili budynek. Ktokolwiek to był, zaczynał działać Riverze na nerwy.

Zrobimy tak 一 odezwał się wreszcie, gdy nie było już czego więcej nasłuchiwać, a sterczenie w miejscu też w niczym nie pomagało. 一 Magazyn znajduje się na drugim końcu tego i kolejnego korytarza. Miniemy lobby i to wejście z łańcuchem, ono oczywiście odpada, przejdziemy przez skrzydło południowe i wyjdziemy przez palarnię. Nie lubię tego sektora, ale to był pierwszy segment cegielni jaki powstał i drzwi wciąż stoją w drewnianych framugach, więc w razie gdyby były zamknięte, przynajmniej będę mógł rozmontować zamek.
I wydłubać komuś nerkę, jeżeli napatoczy się po drodze 一 przeszło mu jeszcze przez myśl, nie do końca serio, ale też nie wykluczał całkowicie tej ewentualności. Wszystko zależało tak naprawdę od szczęścia i instynktu samozachowawczego po tej drugiej stronie.

Po minięciu przedsionka z walającymi się po popodwijanym linoleum formularzami pamiętającymi lata dziewięćdziesiąte przed nimi zamajaczyło wspomniane południowe skrzydło cegielni. Wąski korytarz zagracony starymi formami do odlewów, rozpadającymi się krzesłami, nazwożonymi przez wandali wózkami sklepowymi oraz pustymi butelkami rozwijał się głęboko w wilgotną ciemność budynku, zdającą się być jeszcze gęstszą niż w innych miejscach w których byli wcześniej. Nawet światło latarki zdawało się dusić w tej pustce, aczkolwiek było to prawdopodobnie wrażenie skojarzone z ogólną klaustrofobicznością tej części kompleksu.

Spoiler
Milo wykonał pierwszy ruch, a zgrzytnięcie drobnicy szkła rozsypanego po podłodze przypominało chrzęszczenie śniegu pod podeszwami. Z latarką skupioną głównie na obiektach stojących im na drodze zdawał się zupełnie nie zauważać tego, że zaledwie dwa, może trzy kroki dalej, na wysokości kostki tuż nad linoleum przebiegał cienki drut stanowiący element ukrytego mechanizmu.

Kosteczki:

1: Milo wchodzi prosto w pułapkę, mechanizm uruchamia się.
2-3: Milo wchodzi na drut, ale mechanizm się nie uruchamia.
4-5: Dylan zauważa drut w porę i ostrzega przed nim Milo.
6: Milo siódmym zmysłem zauważa drut.

Dylan Gauthier
Ostatnio zmieniony śr lip 22, 2026 12:18 pm przez Milo Rivera, łącznie zmieniany 1 raz.
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrafił zachować zimną krew w sytuacjach stresowych dotyczących siebie samego, a za tę umiejętność mógł podziękować obojgu rodziców, ze szczególnymi wyrazami wdzięczności względem ojca. Od pewnego momentu w okresie dojrzewania nie mógł okazywać strachu i zagubienia, jego problemy były zamiatane pod dywan by był w stanie wziąć na barki potrzeby reszty klanu Gauthierów i chociaż od rozpoczęcia studiów trzymał się drogi odnowienia, na której stopniowo odbijał sobie wszystkie lata spędzone jako nastoletni dorosły, niektóre przyzwyczajenia ciężko było wyplenić. Jak udowodnił już nieraz, w momencie pojawienia się na drodze problemu związanego z kimś, na kim mu zależało, skakał na główkę w próby przejęcia kontroli nad sytuacją na każdy możliwy sposób, nawet jeśli przypadkowo tylko pogarszał sytuację. Kiedy jednak sam był tym kontuzjowanym i mniej doświadczonym, w pewnym sensie na łasce innych ludzi, wskakiwał prosto w bagatelizowanie problemu. Jednocześnie nie można było tego nazwać fałszywym i wymuszonym, zwłaszcza gdy wędrował za Milo po opuszczonych korytarzach, mijając obrypane ściany, wyłamane drzwi, drobne znaki obecności innych osób zainteresowanych urbexem, jak i dawnych pracowników przybytku. Nie widział swojego pokiereszowanego nadgarstka za coś naglącego - bolał, owszem, a prowizoryczny opatrunek zostawiał wiele do życzenia, jednak był w stanie zacisnąć zęby i iść dalej. Najlepiej do wyjścia, aczkolwiek mając na ogonie ludzi z niejasnymi intencjami, a przed sobą przyblokowaną drogę ucieczki, był w stanie odłożyć swoją rękę na boczny tor. Nie dosłownie. Jeszcze była mu potrzebna.
- Nie wiem czyją matkę obrażasz, ale jak moją to raczej nie zachęcasz do zaprzestania nawiedzania nas zza grobu - zauważył, obserwując cały proces przeglądu zamka z góry i nawet nie próbując oferować swojej pomocy w sferze umiejętności bez dwóch zdań przypadających Riverze. Wolał nie żegnać się jeszcze z drugim nadgarstkiem.
Proces brudzenia się syfem z rękawa rozbawił go na ten krótki moment tuż przed kolejnymi dźwiękami z góry, które w odróżnieniu od wcześniejszego wznoszenia alarmu wyciągnęły z niego przewrócenie oczami. Z kimkolwiek grali właśnie w podchody, zaczynali już poważnie grać mu na nerwach. O ile dobrze byłoby znaleźć wyjście i pozbyć się już przynajmniej jednego problemu, część niego czekała niecierpliwie aż na ich drodze stanie w końcu człowiek z krwi i kości, z jakim mógłby się rozmówić. Już kij z nim samym, ale nieznajomi stresowali mu Milo na tyle by miał ochotę własnoręcznie posłać ich na księżyc i nie przeszkodziłby mu w tym nawet skręcony nadgarstek.

Przyjął nowy kierunek podróży bez sprzeciwów, zresztą nie miałby jak ich mieć - nie miał zielonego pojęcia gdzie się teraz znajdują. Podążał za młodszym mężczyzną niczym cień, o pół kroku za nim i trochę na prawo, chociaż znacznie mniej milczący. Pomimo prób nasłuchiwania dalszych znaków obecności na piętrze, bądź gdzieś za nimi, wziął na siebie umilanie im poszukiwań łatwych do pokonania drzwi na wolność.
- W sumie mogą być tu fajne imprezy, nie można zaprzeczyć klimatu - zauważył, kiedy mijali kolejny stosik butelek po piwie i nieco mocniejszych trunkach spod lady. Mógłby pójść na takie posiedzenie, właściwie dokładnie to planował dla nich na dachu, chociaż w znacznie kulturalniejszej odsłonie. - Tylko mogliby zabierać swój syf - dodał, wodząc wzrokiem do następnej części drogi oświetlonej przez zdaje się przygasające światło latarki. Ciemność zdawała się połykać końcówkę korytarza, jakby zamiast między ściany mieli wkroczyć w gardziel wygłodniałego stworzenia.
- Kojarzysz te koszmary, w których biegniesz korytarzem, który się nie kończy i po drodze wszystko wygląda coraz straszniej? Chyba wiem, gdzie je kręcą - mruknął, porzucając wszelką nadzieję, że Milo skręci w inną stronę i wyprowadzi ich w otwartą, oświetloną blaskiem gwiazd część budynku.
- Więc... - zaczął, wiernie podążając tuż za mężczyzną, gdy ten zrobił pierwszy krok w głąb korytarza. - ... zanim pochłonie nas ta bezkresna ciemność musisz wiedzieć, że... Czekaj, coś chy-... MILO, STOP! - rzucił mocno nie w porę, bo gdy połyskujący drut odbił światło latarki stopa Rivery zdążyła już o niego zahaczyć. Dylan zdążył jedynie uczepić się jego łokcia, gotowy pomóc mu odzyskać równowagę, albo szarpnąć go w stronę odwrotną od tej, z której nadchodziłoby zagrożenie, jednak chwila w bezruchu uświadomiła mu, że absolutnie nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nic widocznego. Ani słyszalnego.
- Czy ich..? Co to za pierdolone pułapki ze Scoobiego Doo? Niedorobiony Indiana Jones - mamrotał pod nosem, wypuszczając rękę Milo na brak bezpośredniego niebezpieczeństwa i kucając by spojrzeć na drut z bliska. - A ty patrz pod nogi, to mogły być zatrute strzałki - upomniał tonem, jakby taka opcja była realnym zagrożeniem podczas ich podróży. - Mówiłem, było nie obrażać mojej matki. Teraz będzie się mścić.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Nieustanne próby Dylana by jakoś rozpogodzić im sytuację odbijały się od Milo jak światło latarki od liniejących z farby olejnej ścian. Czasami mruknął coś bezkształtnie, czasami odpowiedział bez kontekstu, z głową zajętą rozkładaniem szczegółowego planu kompleksu na partie. Poza wytyczaniem ich ścieżki kreślił również labirynt korytarzy znajdujących się nad ich głowami, tak by ktokolwiek uprzykrzał im życie piętro wyżej nie zaskoczył ich wyskakując z jakiegoś zsypu albo pomniejszej klatki schodowej.
Nie po raz pierwszy był w sytuacji, która w perspektywie miała potencjał do rozwinięcia się w pełnoskalowe mordobicie, ale pierwszy raz był w to uwikłany razem z Gauthierem, więc nie potrafił do końca przewidzieć skutków. Nie miał pojęcia jak Dylan zachowywał się w sytuacjach stresowych, a jedyną rzeczą jaka przeważała w stronę racjonalnego i praktycznego podejścia była świadomość, że mężczyzna przez lata zajmował się wszystkim, czym powinni byli urabiać się nieobecni dorośli. To poniekąd dodawało mu otuchy, podobnie to, że nie zauważył by wesołkowaty kompan niedoli - pomimo boleśnie wyglądającej kontuzji - przejawiał oznaki paniki. Niestety, uraz ręki wykluczał go z użyteczności podczas ewentualnej bójki, dlatego Rivera stawał na rzęsach by uniknąć konfrontacji z ludźmi, których intencji nie był pewien.
Ay cabrón! 一 zdążył krzyknąć z zaskoczeniem, gdy Dylan chwycił go nagle za rękę, a jego stopa napotkała opór w postaci pociągniętego nad ziemią drutu. Odruchowo osłonił twarz przedramieniem i spiął się w oczekiwaniu na uderzenie lub cokolwiek, co miało nadejść... ale nie nadeszło. 一 Qué diablos?!
Wciąż przyciskając napięty drut do podłogi, Milo powoli przyświecił sobie latarką i prześledził spojrzeniem połyskującą przyrdzewiałym srebrem ścieżkę odbijającą przy ścianie w górę i znikającą gdzieś koło nadproża. Lekko zmarszczył brwi i odetchnął głęboko, raz, potem drugi.

Nie ruszaj się, okay? I cofnij albo... zejdź może na bok. Może być tak, że aktywuje się dopiero po zwolnieniu, muszę sprawdzić.
Starając się nie poruszyć resztą prowizorycznej konstrukcji Rivera przechylił się głębiej i skierował światło wysoko, przez moment patrząc na coś ze zmarszczonymi mocno brwiami. Kilka sekund milczenia świadkowało jego studiowaniu czegoś, co na ten moment widział jedynie on, aż nie przypomniał sobie, że nie przyszedł sam. Zerknął na Gauthiera pozostającego w tyle i pokiwał mu głową dając tym samym znak by podszedł.

Więc tu jest cała puszka z farbą 一 objaśnił słowem wstępu, wciąż nie ruszając się z miejsca i gdy Dylan zrównał się z nim zaczął pokazywać mu dokładnie omawiane części bardzo topornego mechanizmu. 一 Teraz jest odchylona, bo stoję na tym drucie, ale jak puszczę... no, przynajmniej nie gwoździe. Jest za wysoko, więc jej nie przytrzymamy, ale jak pójdziesz przodem, to powinienem zdążyć.
Z jakiegoś powodu zawód obecny w jego głosie nakazywał przypuszczać, że Milo rozczarował się odkryciem. Niegroźny kubeł farby i mało satysfakcjonująca, prosta konstrukcja rozminęła się z jego inżynieryjnym wyobrażeniem, aczkolwiek na parę sekund zajęła jego myśli i prawdopodobnie zdążył w tym czasie stworzyć własną teoretyczną wersję, która pluła ogniem, miotała żyletkami albo innymi przyjemnościami w przeciwieństwie do oryginału.
Kiedy Dylan ulokował się w dalszej części korytarza Milo odczekał chwilę, nabrał powietrza, wypuścił je nosem - i puścił się dziko biegiem wzbijając w powietrze tumany kurzu. Ledwo uwolnił drut ze swojego ciężaru, a wiadro odchylone dotąd na krawędzi przeważyło. Chluśnięcie czerwoną farbą przypomniało mu jakiś głupi horror, który niedawno oglądał jednym okiem z Dylanem, ale nie pamiętał już tytułu. Rozbryzg udekorował ściany, rozlał się po posadzce wnikając w szczeliny i umoczył Riverze fragment podeszwy.
Rozpędzony z trudem wyhamował tuż przed Gauthierem; w innej sytuacji po prostu wpadłby w niego z impetem nie przejmując się niczym, ale na widok jego kontuzjowanej ręki musiał zmienić plan. Obiema dłońmi zamortyzował się o framugę drzwi prowadzących na halę magazynową, tym razem zwracając większą uwagę na podejrzanie wyglądające dekoracje.

Nie rozdzielajmy się. 一 To była pierwsza rzecz, jaką powiedział gdy obydwaj stanęli w progu i przez moment chłonęli ogromną industrialną przestrzeń o wysokości dwóch pięter. Nie podobało mu się to, że powyżej znajdowały się okna, a ich znaczna część wychodziła na korytarz górnych kondygnacji. W tej sytuacji wystawiali się właśnie na widok jak kaczki na odstrzał i wcale mu się to nie podobało. 一 I proponuję trzymać się blisko ścian. Tak szybciej znajdziemy wyjście. Mogą być drzwi, może być okno. Alarmuj jeżeli coś zauważysz.


Podążając w ciemnościach z drugą latarką uruchomioną naprędce i wręczoną Gauthierowi, Milo stykał się z nim niemal łokciem podczas powolnej wędrówki wzdłuż ścian. Niektóre drzwi dawały złudną nadzieję, by koniec końców okazać się pomieszczeniem gospodarczym, inne prowadziły na schody prowadzące do piwnic, gdzie Rivera nie planował się zapuszczać. W ciszy, w jakiej słychać było pod butami chrzęst wszystkiego, co kurzyło się od lat, dało się wyłapać... właśnie. Zupełnie nic.
Spoiler
Kosteczki:

1: Dylan odnajduje drzwi, które dają się otworzyć ale na tyle, by na raz przecisnęła się tylko jedna osoba. Prowadzą na zarośnięty parking, gdzie kilka starych dostawczaków wrosło wraz z municypalną zielenią w grunt.
2-3: Milo znajduje okno. Trzeba je rozbić i podstawić skrzynkę, by można było wydostać się przez nie prosto w dziko rosnący berberys.
4-5: Nic nie znajdują, drepczą dalej.
6: Z jednego z przejść prowadzących do piwnic, zaraz po tym jak je minęli, po cichu prześlizguje się ubrana na czarno-popielato postać. Bezgłośnie mija ich zaraz za plecami, by ukryć się pomiędzy rzędami skrzynek elektrycznych i nieczynnych maszyn. Panowie wciąż szukają wyjścia.

Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pomimo ciągłych żartów z sytuacji, podczas napiętej chwili potrzebnej by Milo ocenił konstrukcję okiem fachowca Dylan niechętnie trzymał się o krok dalej, zerkając kontrolnie to na kawałek drutu, to w górę, przy każdym najdrobniejszym ruchu mężczyzny spinając się w gotowości by w razie potrzeby zareagować. Nie podobało mu się, że to Rivera znalazł się w centrum potencjalnego zagrożenia, co za tym idzie nie widziało mu się oddalanie zbyt daleko by zapewnić bezpieczeństwo tylko samemu sobie - to tak nie działało. Marszcząc czoło tworzył własne scenariusze, liczył kroki, ustawiał się by mieć Milo z tego boku, przy którym ręka nie pulsowała tępym, coraz bardziej dokuczliwym bólem, a dopiero dokładne objaśnienie prowizorycznej pułapki i wskazanie puszki z farbą dało radę ostudzić jego nerwy dostatecznie by odszedł kawałek dalej, zostawiając go samego na polu bitwy. Po drodze sprawdzając czy w nieuwadze nie napotkają kolejnej niespodzianki stąpał dużo ostrożniej niż wcześniej, a pozytywny wynik oględzin zakomunikował wzniesieniem w górę kciuków.
Obu.
Wykręcony nadgarstek ukarał go przeszywającym strzałem docierającym od czubków palców po łokieć, rozjaśniając mu wizję kilkoma białymi plamami podczas spektakularnej ucieczki Milo przed gęstą falą szkarłatu. W czasie, gdy ten chwalił się zdolnościami sprintera, pod Dylanem łagodnie ugięły się kolana, a powieki zatrzepotały jakby przez krótką sekundę walczył by utrzymać się w pionie. Jeśli w tym stanie zaliczyliby czołową kolizję, rozpędzony Milo mógł być ostatnim co zobaczyłby w życiu. Nie żeby miał narzekać.
- Pierdolone chuje - podsumował przez zaciśnięte zęby, zbierając się w sobie by wziąć głęboki wdech i z ręką trzymaną blisko ciała podejść bliżej przejścia do następnego pomieszczenia. Tym razem ogromnego, znacznie mniej klaustrofobicznego, ale z jakiegoś powodu jeszcze gorszego niż poprzednie. Wysokie ściany zdawały się nie kończyć, długie cienie ciągnące od nikłego światła księżyca wpadającego przez parę nieprzesłoniętych okien pod sufitem rozlewały rozstawione po podłodze, na wpół rozebrane maszyny w bezkształtne masy znacznie większe niż zapewne byłyby w blasku dnia. Poza dotychczasowym patrzeniem pod nogi i po ścianach, tutaj dawała się we znaki zbyt otwarta przestrzeń nad głowami.
- Chyba wolałem koszmarny korytarz - przyznał nad uchem Rivery, nawet nie próbując podważać decyzji o trzymaniu się blisko siebie. Nie planował niczego innego. - Teraz przypomina bardziej ten ze Lśnienia. Chociaż Jack i ferajna przynajmniej mieli dość odwagi, żeby się pokazać - wytknął głosem podszytym irytacją, przy czym na ile była to narastająca złość na nieznajomych, którzy nieproszeni wzięli na siebie zmianę ich planów na wieczór, a na ile obolały nadgarstek skracał mu lont, nie było jasne nawet dla niego. Jak na człowieka zafascynowanego sztuczkami i szeroko pojętą "magią" opartą na jawnym oszukiwaniu swojej publiczności, nie przepadał za gierkami z ukrycia. I pierwszy raz miał z nimi styczność na taką skalę.
Chętny na jak najszybsze znalezienie wyjścia i uniknięcie dalszych niespodzianek, mogących okazać się dużo gorsze niż puszka farby pod sufitem, ruszył pod zewnętrzną ścianę krok w krok z Milo, kręcąc latarką wszędzie, gdzie planował postawić stopę. Ostrożny, acz możliwie przyspieszony, spacer ciągnął ich od drzwi do drzwi, przy których Dylan sprawował wartę i starał się świecić bardziej jemu niż sobie, między zgniecionymi kartonami i kawałkami cegłówek. Brzęk metalu przypominający kopniętą w nieuwadze śrubkę dotarł do uszu Gauthiera i momentalnie wykręcił go wokół własnej osi w stronę hałasu.
- Słysz-... O KURWA, ja jebię, to tylko... fałszywy alarm - spuścił z tonu, kiedy przyuważona kątem oka całkowicie ludzko wyglądająca postać w snopie światła latarki okazała się dwoma ustawionymi w pionie skrzynkami przykrytymi plastikową płachtą. - Kontynuuj - zarządził jak gdyby nigdy nic, posyłając Milo rozbawiony uśmiech, który za chwilę zagryzł by wrócić do uważnego poszukiwania drogi ucieczki.
Po kolejnym fiasko z nieruchomymi drzwiami głos Milo ogłaszający wszem i wobec, że natrafił za zdatne do użytku okno, Dylan poczuł się jakby został im do wklepania ostatni kod w wyjątkowo trudnym escape roomie.
- O! Mogę ja? Prooszę, w życiu nie rozbijałem okna - zgłosił swoją kandydaturę z entuzjazmem, uznając że rozbicie przedniej szyby w aucie własnym ciałem zwyczajnie się nie liczyło. Po przysunięciu pod ścianę pobliskiej skrzynki dla względnie wygodnej metody na wyjście z budynku, od razu zabrał się za poszukiwania nadającej się cegły, jakich było wokoło pod dostatkiem. Zważył jedną w dłoni, tej bez skręconego nadgarstka, a po upewnieniu się, że Rivera stoi w bezpiecznej odległości zakrył twarz ramieniem i zamachnął się w górę, rozbijając okno w drobne kawałeczki mające nieco większy rozbryzg niż by się spodziewał.
Spoiler
Kostki

4-6: Stoją dość daleko by szkło ich nie dotknęło, oczyszczają framugę bez szwanku i wychodzą na świeże powietrze.
3: Szkło sypie się na nich z góry, obaj kończą z kilkoma zacięciami na twarzach i drobinkami szkła we włosach, ale udaje im się wyjść bez dalszych problemów.
2: Podczas oczyszczania framugi przegapiają kawałek szkła wystający z boku, który wcina się jednemu z nich* w rękaw dość głęboko by lekko zranić przedramię/biceps
1: Przez kroki z głębi pomieszczenia nie mają czasu na porządne przygotowanie dolnej części framugi przed wyjściem, podczas przechodzenia jeden z nich* zahacza o kawałek szkła nogą, rozcina sobie nogawkę i łydkę

* - rzut dodatkowy 1d6
parzyste: Milo
nieparzyste: Dylan
Milo Rivera
tucha
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Na widok obu kciuków wzniesionych w górę i spodziewanej reakcji - Dylan wykrzywił się malowniczo w bólu - Milo westchnął i rozmasował sobie dwoma palcami nasadę wąskiego nosa. Odnotował w pamięci, że ich aktualnym wrogiem poza zagadkowym towarzystwem ścigającym się z nimi przez piętra był również Gauthier, w szczególności dla samego siebie.
Kilka kropli farby poniósł ze sobą na czubkach butów, podobnie jak wzbijający się w górę przy każdym kroku kurz i krótką refleksję na temat nowych pozycji w słowniku Dylana.
Kurwa, ja faktycznie mam na ciebie zły wpływ. 一 Uznał za stosowne podzielić się konkluzją, nieświadomy że niemal dokładnie to samo stwierdził poprzedniej zimy, gdy w środku nocy plątali się przez zasypany śniegiem park. Teraz po prostu mógł to potwierdzić i gdyby spojrzał z tej perspektywy na ostatnie kilka miesięcy doszedłby również do wniosku, że trzecia zasada dynamiki Newtona obowiązywała i sam pod naciskiem drugiego aktywnie uczestniczącego w jego życiu charakteru odbił na przeciwny biegun. Wciąż był daleki do wprowadzenia intencjonalnych zmian w imię własnego dobrostanu, ale przynajmniej nie stawał okoniem - nie aż tak jak na początku - ilekroć Gauthier wymuszał na nim konieczność spożywania posiłków i dbał, by jego cenny mózg nie usmażył się podczas gorączki gdy dokuczało mu przeziębienie.
Cisza nie towarzyszyła im długo, Dylan widocznie potrzebował wypełniać czymś ciszę i w innej sytuacji Milo być może byłby mu za to wdzięczny, tymczasem walczył w milczeniu z rozdrażnieniem, bo gadulstwo koszmarnie go dekoncentrowało. Z drugiej strony miał w sobie dość wyuczonej doświadczeniem empatii by rozumieć, że niektórzy po prostu źle znosili brak werbalnego kontaktu gdy nerwy roznosiły od środka.

To jest chyba kadź do... nie wiem, mieszania... mieszania tego, z czego produkuje się cegły? 一 zaryzykował ni to żart ni stwierdzenie, rzucone na rozluźnienie napiętej atmosfery. Ciśnienie zdążyło mu podskoczyć, więc przez chwilę jedynie obrysowywał kształt nieczynnej maszyny snopem światła padającym z latarki. 一 No i wyszedł ze mnie tytan intelektu.
Parsknął suchym śmiechem, cichym i nerwowym, ale liczącym się do puli. Zerknął jeszcze przelotnie na Dylana, jego prowizorycznie opracowaną kontuzję i odwrócił głowę w kierunku okien. Musieli stąd wyjść. Musieli dostać się na SOR.
Parę kroków dalej, gdy bezlitośnie nieczuły na ich próby negocjowania ciąg drzwi i okien nie ustąpił udało im się wreszcie odnaleźć coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało dla odmiany przystępnie na tyle, by to rozważyć. Milo miał w głowie wytyczane na oko wymiary, oceniał wysokość i ryzyko, podczas gdy Gauthier zdążył ożywić się nieoczekiwanie, tym samym zatrzymując proces planowania. Może nie było nad czym debatować, mógł mieć rację.

Powa... okay. Czyń honory 一 urwał w połowie, nie chcąc dawać do zrozumienia, że sam robił to wystarczająco często aby nie uważać tego za egzotykę. Zastanawiał się natomiast czy Dylan podejrzewał jak niewiele czasami dzieliło go od kryminału.
Zagapił się w kąt w najmniej odpowiednim momencie i zamiast nadzorować metamorfozę Gauthiera przeistaczającego się w rasowego wandala, pozwolił sobie na nieuwagę. To był błąd.
Szkło wystrzeliło we wszystkich kierunkach jak fajerwerki, na co ledwo zdążył zasłonić się przedramieniem i gwałtownie wykręcić głowę w tył, mimo to poczuł jak kilka okruchów wpada za kołnierz i obsypuje tył głowy. Dźwięk tłuczonej szyby obudziłby umarłego więc nie wątpił, że ktokolwiek był z nimi tej nocy w cegielni również zwrócił uwagę. Może przejąłby się bardziej gdyby nie był pewny, że ich aktualna pozycja i tak była znana.

Jesteś cały? 一 zapytał wstępnie, gdy otrząsnął się jak pies; spojrzał mu kontrolnie w oczy - zamarudził odrobinę wyżej wyłapując szkło połyskujące wśród znajomych blondów - po czym otrzepał mu je z grubsza wierzchem dłoni owiniętej w rękaw kurtki. 一 Na przyszłość - najpierw zasłoń czymś okno. Może być tektura, może być jakaś szmata. Jak na pierwszy raz nieźle, nikt nie stracił oka 一 spuentował ulgowo, pomimo że w pierwszym odruchu chciał go dla przykładu opieprzyć za nieostrożność. Zrezygnował bo sam był sobie winny; powinien był go uprzedzić. 一 Idź pierwszy, tylko... 一 urwał i rozejrzał się dookoła. Szukał czegoś, czym można było usunąć resztki szyby sterczące drapieżnie jak zęby. 一 Sekundę.
Wolał nie tracić go z oczu, więc gdy po paru minutach nie znalazł w najbliższej okolicy nic ponad amorficzny fragment niegdysiejszej konstrukcji dachu nad ich głowami uznał, że lepiej nie będzie. Ponadto udało mu się jeszcze odnaleźć coś, co z wyglądu przypominało ceratę starszą od Estelli, a która finalnie zasłoniła to, czego nie udało mu się usunąć z okiennej ramy. Z braku lepszych opcji trzeba było korzystać z tego co mieli pod ręką.

No to na drugą stronę. Dasz radę?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wniosek wysunięty na temat wpływu Milo na jego życie został skwitowany zaskoczonym spojrzeniem i rozbawionym uśmiechem rozciągającym wargi Gauthiera. O ile wygodniej byłoby się z nim zgodzić i zrzucić wszystko na ściągnięcie go na złą drogę, miał wrażenie że opinia, jaką zdawał się mieć o nim młodszy mężczyzna, była nieco zakrzywiona i bez dwóch zdań przerysowana. Nawet w czasach, gdy całe dnie zajmowała mu opieka nad domem, nie był ani idealnym synem, ani ucieleśnieniem niewinności czy uprzejmości. Daleko mu było do osiedlowego chuligana, zbiega z poprawczaka czy postrachu szkoły, niemniej z założenia nie dawał zasadom psuć sobie zabawy, a jeśli dyplomatyczne podejście zawodziło, w razie potrzeby sięgał po załatwianie problemów w bardziej fizyczny sposób. Co za tym idzie ani wyklinanie osób zachodzących mu za skórę, ani pakowanie się tam gdzie nie powinni nie wykraczało szczególnie poza jego normę, nawet jeśli większość aspektów faktycznego spaceru po fabryce rozmijała się z jego wcześniejszymi doświadczeniami. A jeśli podczas codziennego życia w ich małym, bezpiecznym gniazdku dało się dojść do odmiennych wniosków, wychodziło na to, że Rivera miał jeszcze trochę rzeczy, których mógł się o nim dowiedzieć. I vice versa.
Dźwięk rozbijanej szyby przeszedł przez ciało Dylana z niespodziewaną satysfakcją. Do momentu, gdy okazja wyrosła mu tuż przed nosem, nie miał pojęcia, że możliwość rozbicia pełnoprawnego okna znajdowała się gdzieś na jego liście osiągnięć do odhaczenia przed śmiercią. I to dość wysoko, oceniając po śmiechu jaki wyrwał mu się z gardła po deszczu kawałków szkła, jaki obsypał ich ze szczęśliwym brakiem poważnych uszkodzeń ciała i krzyków bólu.
- Prawie - potwierdził podnosząc głowę ze zgiętej ręki, nosząc drobne zacięcie na kości policzkowej. - A ty? Nie oberwałeś za bardzo? - dopytał, odwracając się w stronę Milo i taksując go kontrolnym spojrzeniem. Ponownie rozluźnił się dopiero, gdy w oczy nie wpadła mu żadna widoczna kontuzja ani krew, a drobinki szkła w większości wyfrunęły z jego loków.
- Mm, na przyszłość? Coś jeszcze muszę zapamiętać, panie profesorze? Dla ciebie mogę być bardzo pilnym uczniem - zapewnił zniżonym tonem, puszczając mu oczko jeszcze zanim Rivera ruszył na dalsze poszukiwania. Skorzystał z tego momentu by wytrzepać kawałki szkła z kaptura bluzy i otrzeć rękawem cienką strużkę krwi spływającą mu po policzku. Pomimo coraz mocniej pulsującego nadgarstka, niechcianego towarzystwa i paru drobniejszych potknięć, nie miałby nic przeciwko powtórce z rozrywki, stąd wziął słowa Milo za mile widzianą sugestię następnego razu. Na pewno był chętny na ponowne rozbicie szyby.
- Okna nie liczą się do tego całego "siedem lat nieszczęścia" jak lustra, co nie? - rzucił mimochodem podczas ogarniania ramy okna do w miarę bezpiecznego wydostania się na zewnątrz. Po zrobieniu dwóch kroków w tył oceniająco obejrzał ich konstrukcję, wzruszył ramieniem i zsunął plecak, by ten nie przeszkadzał mu podczas przeprawy.
- Musisz przestać mnie o to pytać, mon chéri - zauważył z rozbawieniem, zerkając na mężczyznę przez ramię i znacząco podnosząc pokrzywdzoną rękę. - Dam. Ale jak tym razem ręka całkiem mi odpadnie to już na pewno wina kuszenia losu - skwitował, podobnie jak przed skokiem w otchłań szybu windy zakładając, że i ten proces pójdzie w miarę gładko. Zwichnięty nadgarstek niewątpliwie miał mu w tym przeszkodzić, jednak nie zamierzał dać się pokonać tak niewielkiej kłodzie pod nogami, więc podszedł do framugi i po wejściu na skrzynkę najpierw przerzucił na zewnątrz plecak.
- Daj od razu twój. I masz być zaraz za mną, okay? - podkreślił, podciągając się na ramę z prawą ręką trzymaną asekuracyjnie blisko ciała. Darował sobie wykłócanie się o kolejność, zwłaszcza przez chęć opuszczenia tego miejsca i ich potencjalnego towarzystwa bez zbędnego przedłużania, jednak myśl o zostawianiu Milo samego wewnątrz fabryki nawet na krótką chwilę niewygodnie leżała mu do żołądku. Po znalezieniu dobrego oparcia by kucnąć na framudze wskoczył między gałęzie i ciernie rozległego krzewu, nawet przez długie rękawy i nogawki nieprzyjemnie drapiące mu skórę. Wciągnął powietrze przez zęby, gdy jeden z kolców zapędził mu się pod rękaw zdrowej ręki, poszukał na ziem swojej zguby i podniósł się do pionu, przerzucając plecak z powrotem przez zdrowe ramię, tym razem odwrócony na klatkę piersiową. Zamiast usunąć się z drogi, ustawił się tyłem do okna na krok od zewnętrznej ściany, łagodnie pochylając się w przód.
- Wskakuj, księżniczko - zarządził, po wylądowaniu między irytująco kłującymi gałązkami chcąc oszczędzić Riverze podobnego losu.

Milo Rivera
tucha
23 y/o
LITERACKI KRUCZEK
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I gave everything to the sun. All.
Everything except my shadow.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

W jego własnym wyobrażeniu Dylan zazwyczaj figurował jako wzór do naśladowania, przykład podsuwany przez matki swoim dzieciom i człowiek, który jeżeli nie odpowiedział na sąsiedzkie „dzień dobry“ to tylko dlatego, że nie dosłyszał. Wersję o buntowniczym motocykliście na adrenalinowym głodzie znał dotąd wyłącznie z opowieści, ale po charakterystycznym błysku w oku i fascynacji z jaką Gauthier obserwował rozdrobnioną w mak szybę Milo wywnioskował, że mógł niesprawiedliwie wyidealizować jego wizerunek.
Nic mi nie jest 一 zbył odruchowo, wyczesując sobie palcami szkło odpoczywające wśród loków. 一 A ty się zaciąłeś, krwawisz. Kurwa, Estella mnie zabije.
To, że na pierwszy rzut oka pani Flores zdawała się traktować Dylana nieco po macoszemu nie zdołało wpłynąć na jego ocenę; znał ją wystarczająco by widzieć w jej gestach troskę, a w pozornej szorstkości i uszczypliwym rebrandingu Dylana na Daniela Milo zauważał sympatię i celowy zabieg. W ten sam sposób podchodziła z początku do niego.
Gauthier najwyraźniej nie ucierpiał w trakcie, skoro wciąż miał chęć na dwuznaczności i żart, dlatego Milo stuknął go napominająco łokciem w ramię i wskazał brodą ich jedyne wyjście na zewnątrz. Czuł zapach rozgrzanego asfaltu i wysuszonej spiekotą ruderalnej roślinności pełzającej po elewacji oraz w szczelinach kostki brukowej, którą pociągnięto coś na wzór chodnika obiegającego budynek.

Simón limón 一 przytaknął niecierpliwie, nie chcąc pozostawać w koszmarnej hali dłużej niż to konieczne. Od jakiegoś czasu cierpł mu kark, co poniekąd było jego wariantem szóstego zmysłu podpowiadającym, że coś było nie tak. Nie miał jedynie pojęcia co - i nie chciał się przekonywać. 一 Carajo, idziesz czy nie?
W innej sytuacji może doceniłby troskę, ale w obecnej Milo zaczynał ostrzegawczo syczeć i jeżeli Gauthier nie chciał zostać wkrótce dotkliwie wzięty pod włos wypadało aby się pospieszył.
Z początku nadzorował jego ostrożne przeciskanie się przez pustą ramę, wodził po niej spojrzeniem szukając niebezpiecznie poukrywanych odłamków gotowych rozorać skórę jak skalpel. Oba plecaki wylądowały wcześniej po drugiej stronie, przejście okazało się wystarczająco duże, a wysokość nad ziemią w sam raz, jednak pustka ziejąca z obszernej hali budziła w nim głębszy niepokój niż wąskie korytarze z drzwiami ciągnącymi się rzędem po obu stronach.

No chyba cię pojebało 一 skwitował, gdy Gauthier wydostał się na zewnątrz i nadstawił mu swoich pleców. Pomysł wydał mu się absurdalny co najmniej z dwóch powodów, z czego jeden godził bezpośrednio w jego godność. 一 Przesuń się, wycho...
Kilkanaście metrów dalej, w ciemności i nieostrym labiryncie niszczejących maszyn ktoś kopnął metalową nakrętkę. Dźwięk był nie do pomylenia, Milo wykręcił gwałtownie głowę w kierunku, z którego jak mu się wydawało, dobiegł odgłos, skierował również latarkę pomiędzy dwie ogromne formy odlewnicze. Spomiędzy nich wytoczyła się nakrętka i stuknęła go prostu w czubek buta.
Nabrał głęboko powietrza i wstrzymał je w płucach, przez kilka sekund nie odważył się nawet mrugnąć.
Czy to w ogóle było możliwe? Ktoś był w stanie podejść ich aż tak cicho?

Pokaż się! 一 rzucił w przestrzeń, z głosem drgającym zarówno od niepokoju jak i irytacji, która zaczynała powoli przeważać. Nigdy nie potrafił obawiać się czegoś zbyt długo, prędzej niż później brak konkretu i rozwleczony na kilka aktów stres wywoływał w nim wściekłość.
Wiedząc, że Dylan znajduje się po drugiej stronie i nie będzie w stanie mu pomóc - choć nawet i tutaj na niewiele by się zdał z kontuzjowaną ręką - Milo sięgnął do kieszeni i zacisnął palce na chłodnej rączce scyzoryka.

Naprawdę zaczynasz mnie wkurwiać, wiesz?
Prowadzenie jednostronnego dialogu z kimkolwiek kto plątał się pomiędzy labiryntem maszyn działało na niego terapeutycznie; otrzymał bonusowy zastrzyk adrenaliny i dawno nieobecną chęć wdania się w konflikt tak czy inaczej, dla zasady.
W końcu cegielnia była jego terytorium.

Hej, Dylan? 一 rzucił za siebie, bo kątem oka zauważył coś obiecującego. 一 Mógłbyś sprawdzić, czy te drzwi na prawo otworzą się od twojej strony?
Nie chciał mówić tego wprost wierząc, że Gauthier zrozumie przekaz; mozolne wyczołgiwanie się oknem w sytuacji, w której ktoś kręcił mu się za plecami nie wchodziło w grę, więc tym razem potrzebował pomocy z zewnątrz.


Spoiler
Kosteczki:

I.

1-2: Wciąż brak faktycznego kontaktu, ale z odległości słychać czyjąś obecność.
3-4: Plandeka przykrywająca przewrócony dźwig porusza się, ale Milo nie zauważa.
5-6: Plandeka przykrywająca przewrócony dźwig porusza się, Milo zwraca na to uwagę.

II.

1-2: Drzwi otwierają się bez problemu.
3-4: Drzwi się otworzą, ale zajmie to więcej czasu (w drugim poście); trzeba wyłamać czymś kłódkę.
5-6: Drzwi nie otwierają się, trzeba szukać kolejnych.

Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Couse we're all just kids
Who grew up way too fast
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sugestia jakoby Estella miała przejmować się nim dostatecznie by zauważyć drobne zacięcie na policzku i tym bardziej zrobić Milo pogadankę, wydawała mu się na tyle absurdalna by skwitował to wyłącznie suchym prychnięciem. Takiej reakcji mógłby spodziewać się jakby sam odprowadził jej podopiecznego do domu w poturbowanym stanie, wręcz przewidywałby dla siebie potencjalną eksmisję na resztę wyjazdu i nawet nie mógłby jej szczególnie winić. Minęły lata od kiedy posiadał w życiu matkę czy jakikolwiek jej odpowiednik, jednak pamiętał jak traktowała każdy jego uraz w latach szkolnych oraz to jak później sam odbijał to na własne rodzeństwo. Ba, po powrocie Milo z siniakami, których wyraźnie nie nabił sobie przypadkowo, praktycznie wyszedł z siebie i stanął obok.
Podobna fala chłodu przelała się przez jego ciało na urwane polecenie ze strony mężczyzny, który już powinien stać obok niego, bądź w najlepszym wypadku wisieć na jego plecach. Odwrócił się przodem w stronę okna, cofając się o dwa kroki by być w stanie lepiej zajrzeć do środka i sprawdzić na czym polegał problem.
- Milo? - zagaił niecierpliwie praktycznie w tym samym momencie, kiedy usłyszał ze środka polecenie wyraźnie skierowane do kogoś innego. Lodowaty lęk wymieszał się z gorącą chęcią przestawieniu komuś nosa. Zostawił go samego w walącym się, ciemnym budynku z przynajmniej dwójką nieprzewidywalnych osób, które z jakiegoś powodu się na nich uwzięły. Powinien był puścić go przodem, stracić te kilka sekund na wykłócenie się, cholera, w razie potrzeby byłby w stanie po prostu go podnieść i wypchnąć do względnego bezpieczeństwa. Wolałby być na jego miejscu. Tymczasem Dylan nie wiedział co dokładnie działo się tam w środku, okno znajdowało się odrobinę za wysoko by był w stanie sprawnie wdrapać się tam z powrotem z obitym nadgarstkiem, dzieliły ich grube mury i... najwidoczniej także drzwi. Zwróciły jego uwagę podczas intensywnego przyglądania się ścianom, jakby miał uzyskać od nich instrukcję na to jak wyciągnąć Milo z opałów. W pewnym sensie ją dostał, chociaż przez myśl przeszło mu, że próbowali z nimi walczyć od wewnątrz i to bez skutku.
- Wiem, jest to w pełni świadome - podrzucił odpowiedź na pytanie wyraźnie skierowane do kogoś innego, prześlizgując się w stronę potencjalnego wyjścia jeszcze zanim uzyskał werbalne polecenie. Podpowiedź wypływająca przez okno dała mu zarówno przekonanie, że wielkie umysły myślą podobnie, jak i nieco podniosła go na duchu - skoro dalej z nim rozmawiał, wewenątrz nie mogło być tak tragicznie.
- Skoro tak ładnie prosisz. Sekunda - odpowiedział dość głośno by zapewnienie dotarło do środka. - Mów do mnie - zażyczył sobie to samo, o co prosił go Milo podczas podróży przez kompleks. Musiał wiedzieć, że ten nagle mu nie zniknie. Gdy tylko przepchnął się przez krzaki i odczepił się od ostatnich kolców łapiących go za ubrania, zauważył na czym polegał problem. Przerdzewiała taczka wypełniona po brzegi cegłami, kamieniami i innymi śmieciami blokowała drzwi, a wystające ze stosu, ułamane grabki podważały klamkę od spodu.
Barwna wiązanka przekleństw, zarówno angielskich jak i francuskich, wypłynęła z ust Dylana w trakcie rozprawiania się z przeszkodą. W tym czasie wewnątrz budynku odgrywała się scena z horroru. - poza wytaczającą się z ciemności nakrętką, plandeka spoczywająca na pobliskim dźwigu postanowiła ożyć.
Bez marnowania nawet chwili Gauthier sprawną ręką podniósł rączkę taczki by ruszyć ją z ziemi, pomagając sobie kolanem, i zaparł się dostatecznie by przewieźć ją na skrzypiącym kole te kilkadziesiąt centymetrów potrzebnych do odblokowania drzwi. Z duszą na ramieniu szarpnął za klamkę i ku jego własnemu zaskoczeniu przejście stanęło otworem.
- Chyba za słabo pchałeś - wytknął, odbijając żartem zalewającą go ulgę i pakując się do środka plecami tuż przy zawiasach by przytrzymać nogą drzwi otwarte na oścież i jednocześnie mieć wgląd do środka pomieszczenia i skontrolować sytuację na własną rękę. - Droga wolna, spadamy.

Milo Rivera
tucha
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”