-
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocnonieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłapostaćautor
Wstąpił do pobliskiego marketu, gdzie dość szybko odszukał alejkę z alkoholami i wziął sobie butelkę owocowego piwa, w którym, ku jego uciesze, znajdowało się więcej procentów niż w normalnym piwie. Nie chciał się upijać, ale przy spożywaniu alkoholu w sensownych ilościach pojawiał się pewien słodki stan, który on nazywał swoim golden zone, kiedy to policzki zaczynały być ciepłe, a głowa lekka, jakby zaczynała się unosić niesiona jakąś niewidzialną ręką. Właśnie w tym stanie chciał się znaleźć, gdy sięgał po butelkę. Na swoje szczęście zazwyczaj stronił od alkoholu, więc jego organizm nie był przyzwyczajony do tego, więc dość szybko zaczynał odczuwać skutki picia. Starał się nie upijać tak, by odcinało mu świadomość. Nie chciał tego i bał się, że stan taki mógłby wpakować go w niezłe tarapaty, a przecież musiał się pilnować.
Z butelką mocnego piwa w dłoni szedł szukać swoich chipsów. Drogę przez alejki znał już niemal na pamięć i nietrudno było odnaleźć mu miejsce, gdzie, ku jego przerażeniu, znajdowała się ostatnia paczka. Na domiar złego przed nią stał mężczyzna. Harry nie czekał ze swoją reakcją zbyt długo, gdyż niemal w błyskawicznym tempie podszedł do mężczyzny i zgarnął mu sprzed nosa paczkę, zanim blondyn był w stanie jej dotknąć. Ich palce zetknęły się ze sobą, gdy obaj chcieli uchwycić paczkę chipsów, jednak to Harry okazał się szybszy. Jakże śmieszne rzeczy adrenalina robiła z człowiekiem. Dillion spojrzał na nieznajomego, po czym szybko odwrócił się i zaczął iść w stronę kasy.
Nie wiedział, czy wynikało to z jego natury, czy z faktu, że pomieszkiwanie na plebani i codzienna praca w kościele sprawiły, że jego sumienie stało się głośniejsze, ale niemal od razu, gdy stanął przed kasą samoobsługową, w jego głowie odezwał się głosik, który powiedział mu, że zachował się jak ostatni pajac. Niechętnie wrócił w kierunku mężczyzny, który dalej stał przy regale z chipsami. Od chwili, w której Harry wygrał walkę o swoją paczkę nie minęło więcej niż kilkanaście sekund. Nie oddam ci paczki, ale mogę się podzielić, jeśli chcesz, tyle powiedział, starając się wydawać pewnym siebie, chociaż facet z którym teraz rozmawiał był od niego wyższy i pewnie silniejszy, chociaż Harry nie zdążył go jeszcze rozebrać wzrokiem i przeanalizować tego, co mogło się kryć pod ubraniem.
I tyle wystarczyło, by wspólnie wyszli ze sklepu i znaleźli się w miejscu, w którym Harry nie miał jeszcze okazji się znaleźć.
– Umiesz otworzyć butelkę bez otwieracza? – zagaił do blondyna, jakby znali się już całymi latami. Jedli bowiem chipsy z jednej paczki, więc byli już prawie przyjaciółmi, dlatego też pytanie nie wydało mu się dziwne. Chipsy sprawiły jednak, że zachciało mu się pić, a jedyne co miał przy sobie to butelka piwa wepchnięta w tylną kieszeń jego spodni.
Wolfgang Welsh
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracji3 os.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Czasem poświęcał noce na czytanie, licząc, że umysł zmęczy się uważnym śledzeniem tekstu, a powieki staną się ciężkie od słabego światła lampki nocnej stojącej na stoliku. Z rzadka ćwiczył w mieszkaniu, katując się pompkami, rozciąganiem i podciąganiem na drążku, wierząc, że doprowadzony do granic wytrzymałości organizm w końcu wymusi na nim sen. Od czasu do czasu sięgał po gin, by stępić myśli i rozluźnić napięte mięśnie. Pił ostrożnie, nie na tyle, by następnego dnia nie móc normalnie funkcjonować, lecz wystarczająco, by otępić gonitwę myśli i choć na kilka godzin oszukać bezsenność.
Tej nocy postanowił wyjść z domu, nie mogąc znieść siebie i swojego domu. Przemierzał ulice nie skupiając się na tym, dokąd prowadzą go nogi. Nie analizował drogi, mijanych ludzi i zmieniających się budynków. P r a g n ą ł zmiany. Czegoś, co mogłoby wybudzić go z marazmu, który dopadł go kilka miesięcy temu, wbijając szpony w jego barki i coraz mocniej zaciskając je na jego ramionach, próbowały zmusić go do padnięcia na kolana. Cholernie mało mu brakowało, by to zrobić.
Nie wiedział, jak znalazł się w sklepie. Ocknął się z otępienia, gdy zdał sobie sprawę ze swojej obecności w nim, stojąc w alejce z chipsami. Nie wiedział, od ilu minut wgapiał się w półkę z przekąskami, więc bez zastanowienia sięgnął po pierwszą lepszą paczkę, by móc jak najszybciej zapłacić i wyjść. Zanim zdążył ją pochwycić czyjaś smukła dłoń otarła się o jego palce i porwała ostatnią paczkę o niebiesko-fioletowym opakowaniu. Ze zdziwieniem spojrzał w bok na młodego mężczyznę, który obrzuciwszy go uprzednio szybkim spojrzeniem, obrócił się na pięcie i czmychnął w stronę kasy. Przez chwilę wciąż wpatrywał się w jego szczupłą, atletyczną sylwetkę, po czym skierował oczy ku chipsom. Co ja, kurwa, robię? Zniechęcony własnym zachowaniem i niezdecydowaniem chciał odejść, lecz wtem…
Znów pojawił się On. Tym razem Wolfgang przyjrzał mu się uważniej, poświęcając większą uwagę szarozielonym oczom, delikatnemu zarostowi podkreślającemu linię szczęki i włosom, których końcówki delikatnie zakręcały się tuż nad uszami i czołem.
Podzielmy się więc.
Zgodził się miękko, nie mając w perspektywie nic lepszego. Wychodząc z alejki, zgarnął czteropak małych puszek zawierający mix ginu z tonikiem, za które zapłacił wymiętym banknotem wyłuskanym z tylnej kieszeni jeansów.
Przez chwilę szli po prostu przed siebie w milczeniu jedząc chipsy z trzymanej przez chłopaka paczki. Wolfgang delikatnie skrócił krok, by synchronizować się z nieznajomym.
– Jasne – odparł z cieniem uśmiechu i ostrożnie, by nie ubrudzić szkła tłustymi palcami, chwycił butelkę i otworzył ją za pomocą zapalniczki. Kapsel ustąpił z cichym syknięciem, a z butelki wydobył się zapach owocowego aromatu. Oddał mu alkohol i napoczął własną puszkę, chowając pozostałe do kieszeni katany.
– Wolfgang – dodał wyciągając napój w stronę bruneta, dając mu znak, by stuknęli się na powitanie.
– Co robisz, gdy nie możesz zasnąć? –
Harry Dillion
-
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocnonieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłapostaćautor
Na szczęście nie doszło jeszcze do niczego złego, więc powoli zaczął się uspokajać i poziom jego dyskomfortu znacząco spadł. Odkąd został zmuszony do przeprowadzki do Toronto jego paranoja się zwiększyła, nad czym zaczął ubolewać. W Nowym Jorku był nieco bardziej spontaniczny i rozrywkowy i być może jego oferta z dzieleniem się chipsami wynikała właśnie z tego, że jego dawne ja doszło do głosu.
Im dłużej szli, tym bardziej komfortowo się czuł. Po dłuższej chwili czuł się już pewnie w towarzystwie nieznajomego. Na jego twarzy zagościł nawet lekki uśmiech, gdy tylko usłyszał znajomy odgłos odgazowywanej butelki. Dźwięk otwieranego kapsla wydał mu się w tym momencie całkiem pocieszający i w tej samej chwili zrozumiał, jak może czuć się alkoholik w chwili picia alkoholu, którego odmawiał sobie przez cały dzień. Było to naprawdę uzależniające uczucie. Przyjął od mężczyzny puszkę i przystawił sobie jej szyjkę do ust, by upić pierwszy, nieśmiały łyk.
Piwo okazało się smaczne i orzeźwiające, chociaż nie było z lodówki. Trochę nad tym faktem ubolewał, niemniej jednak pogoda nie wydawała się odpowiednia do picia zimnych napojów. Spojrzał przed siebie na krajobraz oświetlony lampami ulicznymi. Światło padało jednak tylko na drogę, którą spacerowali, a po swojej prawej stronie mieli nieprzeniknioną ciemność, zupełnie jakby świat kończył się właśnie tuż obok ich stup. Był to kuszący widok, który mówił mu, że wystarczyłoby tylko zrobić kilka kroków w bok, by zanurzyć się w nicości i pozbyć się tego całego bagażu i ciężaru, który spoczywał gdzieś w jego żołądku. Nęciło go to… oddałby bowiem wiele, by na chwilę rozerwać się i zapomnieć o wszystkim. Jego myśli mogłyby dryfować wokół tego tematu długo, niemniej jednak z rozmyślań wyrwał go głos mężczyzny.
– Ach… – zaczął nagle wyrwany z rozmyślań, chcąc przedstawić się swoim prawdziwym imieniem, szybko jednak przemienił je w westchnięcie. – Harry – stuknął swoją butelką o aluminiową puszką, z której rozległ się dźwięk powstających i pękających bąbelków. Uśmiechnął się w jego kierunku, przyglądając się twarzy mężczyzny teraz oświetlonej pod tak dziwnym kątem, że połowa jego twarzy wydawała się ostra niczym wyciosana z kamienia jakiś równie ostrym narzędziem, podczas gdy druga, skryta nieco w cieniu zdawała się ulepiona z miękkiej i gładkiej gliny. Gdyby był artystą, albo gdyby miał jakikolwiek talent, to pewnie zechciałby namalować jego portret jako obraz dualizmu ludzkiej natury… czy coś. W sumie przyjemniej było myśleć o tym, niż o swoich własnych problemach.
– Hah – prychnął słysząc jego pytanie, nie dlatego, że uważał je za głupie, ale dlatego, że mężczyzna trafiał w temat, który ostatnimi czasy był mu wystarczająco bliski. – W sumie najczęściej po prostu gapię się na sufit i liczę na to, że szybko zasnę – odpowiedział szczerze. Prawda była taka, że nie miał zbyt wielu możliwości radzenia sobie z bezsennością mieszkając na plebani. Nie mógł wstać z łóżka i oddać się jakimś aktywnością fizycznym, żeby zmęczyć swoje ciało. Jedyne co mógł, to obejrzeć coś na laptopie, chociaż WiFi na plebani było wyjątkowo kiepskie, albo poczytać książki, których wybór również był ograniczony. – A ty? Kładąc się spać staram się po prostu chodzić do łóżka zmęczony – przyznał w końcu, chociaż pomimo pracy, którą robił w kościele i na plebani to jego przyzwyczajony do kilkunastu godzinnych, szpitalnych dyżurów organizm, nie był w stanie traktować tego jako wyczerpujący wysiłek.
Wolfgang Welsh