Chyba śmiało można było założyć, że w zasadzie każdy powód, który zdążył jej przyjść do głowy, był tym całkiem trafnym, jeśli chodziło o to, dlaczego tym razem wolał spędzić cały ten czas blisko niej. Zarówno to, że jakoś tak niespecjalnie miał ochotę na to, by wdawać się w dłuższe rozmowy z którąkolwiek z modelek – zwłaszcza, że mógł się chyba domyślić, jaki byłby główny powód tych rozmów, a na to… nie miał ochoty tym bardziej. Zdecydowanie wolał też mieć ją na oku, żeby upewnić się, że faktycznie pamiętała o tym, żeby przynajmniej
trochę się oszczędzać – a chociaż co do tego mógł mieć jednak
pewne zastrzeżenia, musiał widocznie dojść do wniosku, że jakakolwiek interwencja i tak na niewiele by się zdała, więc… równie dobrze można było sobie ją odpuścić. A w końcu – musiał też zdawać sobie sprawę z tego, że znajdując się w pobliżu Elsy, zminimalizuje przynajmniej ryzyko wcielenia w życie jakiegoś durnego pomysłu, jeśli taki akurat zupełnie
przypadkiem wpadłby mu do głowy. Zwłaszcza słysząc jej słowa, zgodnie z którymi miał tu po prostu
siedzieć grzecznie i zająć się kolorowaniem.
Na te zareagował zresztą krótkim śmiechem, przekartkowując jednak wręczoną mu kolorowankę. Mógłby pewnie uznać za swego rodzaju
rozczarowanie fakt, że wśród kolejnych rysunków nie wypatrzył żadnego, który już od pierwszej chwili mógłby wydawać się dobrą podstawą na to, by odpowiednio się nim zająć, ale… najwyraźniej wcale nie miało to stanowić jakiegoś problemu. Poza konturami, miał przecież jeszcze tę pustą przestrzeń, która znajdowała się po drugiej stronie zadrukowanych kartek, prawda? I to właśnie na jeden z nich miał się wkrótce skupić, a z rysowanych bez większego zastanowienia
scenek rodzajowych mogło powstać kilka, na których różowowłosa – bo taką kredką akurat dysponował, a poza tym… chyba właśnie ten kolor z
jakiegoś powodu uważał za najbardziej
charakterystyczny – postać siedząc na brzegu pomostu całowała siedzącą jej na otwartej dłoni, nieco skonsternowaną żabę. A także ta, w której ta sama postać usiłowała pozbyć się z włosów paru glonów, nie zauważając widocznie, że poza nimi znalazłoby się jeszcze kilka małych rybek, ślimak i coś, co mogłoby być chyba kołem sterniczym. Nie zdążył natomiast dokończyć tego, w którym postać – grająca najwyraźniej główną rolę w całej tej
twórczości – z promiennym uśmiechem na twarzy ścigała kogoś, dzierżąc w ręku ogromne nożyczki. Zagadką miało pozostać to, czy uciekający miałby okazać się Włochem, czy jednak Włoszką, bo akurat przed tym, jak ta mogłaby się rozwiązać, Elsa opadła na kanapę, skutecznie przekonując tym samym Dantego do odłożenia kolorowanki na bok, by mógł zamiast tego odruchowo odgarnąć jej z twarzy ten jeden kosmyk, który jakoś w trakcie jej pracy musiał uznać, że miał dość tkwienia w koku.
Również nie zdążył się jednak odezwać, zanim tuż obok nich pojawił się
cholerny Włoch. Powstrzymał się mimo wszystko przed chęcią bezceremonialnego zrzucenia ręki tamtego z czoła Elsy. Zwłaszcza, że w tym jednym mógł mu chyba nawet przyznać rację – biło od niej stanowczo zbyt intensywne ciepło, by można było to tak po prostu zignorować…
Widząc jednak, że ta – wbrew wypowiedzianym właśnie słowom – najwyraźniej wcale nie miała zamiaru ruszać się z miejsca, pozwolił sobie na krótkie westchnięcie. Bo wyglądało na to, że rozwiązanie było tylko jedno…
–
Mam cię zanieść do samochodu…? – w zasadzie nie czekał nawet na jej odpowiedź, niemal od razu podnosząc się z kanapy i bez zastanowienia podkładając ręce pod jej łopatki i kolana, by móc w ten sposób ją podnieść. –
Czy raczej od razu iść cię zakopać?
Choć i na to drugie pytanie nie potrzebował chyba odpowiedzi, dając jedynie krótką chwilę
cholernemu Włochowi na to, by ewentualnie mógł dojść do jedynego słusznego wniosku, że kolejnego dnia Elsa powinna zająć się przede wszystkim odpoczynkiem i zdrowieniem, a nie czyimiś włosami. Chociaż na tę chyba i tak zbytnio nie można było liczyć – Dolore nie miał przecież
chyba nikogo innego, kto mógłby ją wyręczyć. A nawet gdyby miał… jakoś mało prawdopodobne wydawało się, by miał się na taką zmianę zdecydować tuż przed ostatnim pokazem…
Na szczęście nawet z tym
dodatkowym obciążeniem droga do samochodu nie była jakoś szczególnie wymagająca – w końcu
obciążenie wcale nie było aż tak znaczne, biorąc pod uwagę jej drobną posturę… Również droga powrotna do hotelu – choć może zamiast tego powinien zabrać ją do jakiegoś lekarza…? – nie sprawiła większych problemów, dzięki czemu wkrótce mogli ponownie rozgościć się w pokoju.
–
Nie wiem jakie miałaś plany na dzisiaj, ale mam nadzieję, że był to szybki prysznic i pójście spać – odezwał się, kiedy już drzwi się za nimi zamknęły, a misję przetransportowania
względnie żywej Elsy do hotelu można było uznać za zakończoną sukcesem.
Upewniając się jeszcze tylko, że miała poradzić sobie przez chwilę sama, Dante wybrał się do hotelowej restauracji, gdzie udało mu się nawet zdobyć herbatę jaśminową i – co było już nieco mniej spektakularnym osiągnięciem – coś ciepłego do jedzenia. Bo może pomiędzy te plany związane z prysznicem i spaniem, warto było jeszcze dorzucić coś, dzięki czemu jego dziewczyna miałaby tak przy okazji nie umrzeć z głodu.
–
Nie wyglądasz jakbyś do jutra planowała wrócić do pełni sił… – trzeba było przyznać, że mógł to być dość nietypowy
komplement, trudno jednak byłoby zdobyć się na jakikolwiek inny, kiedy już wrócił do pokoju. –
Jesteś pewna, że nie powinniśmy poszukać ci jakiegoś lekarza?
Może i mogłoby okazać się to zadaniem dość skomplikowanym – choć chyba można było zakładać, że z lekarzem powinni przynajmniej bez większego problemu dogadać się po angielsku – jednak… chyba nie najgorszym, skoro wyglądało na to, że zakupione wcześniej w aptece leki jakoś niespecjalnie jej przy tym całym przeziębieniu pomagały…
Elsa Eriksen