-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie przerwał jedzenia, mimo że w powietrzu zawisły jej słowa i napięcie, na które on sam nie czuł się gotowy. Spojrzał na nią kątem oka i posłał jej uspokajający, ciepły uśmiech. Przecież nie zrobiła wtedy nic złego.
- Bardzo mi wtedy pomogłaś... Bo rzeczywiście nie mogłem dostać się do lekarza. Właściwie to do obu. - odpowiedział po chwili walki z ciężarem. - Biorę Vicodin od bardzo dawna... Pomagał poradzić sobie z bólem.
Dobry początek. Przecież to nie jest tak, że sobie z tym nie radzisz. Ta rozmowa jest najlepszym przykładem na to, że radzisz sobie znakomicie.
Jego myśli uciekły do tych dwóch przypadkowych spotkań z pewną namolną pielęgniarką, na wspomnienie której na jego ustach pojawił się półuśmiech. Nie znała go, a jednak dojrzała w nim ten fragment, który był poraniony.
- Ale z czasem zacząłem go brać, żeby w ogóle do bólu nie dopuścić... - słowa spowodowały, że ramię momentalnie odezwało się rozżarzoną lancą do pieczenia szaszłyków nad ogniem i węglem.
Poruszył ramieniem, napinając mięśnie, by te na moment zaatakowały go innym bólem. Takim, który za chwilę minie, ale rozproszy go od tego, którego nie chciał.
vera callahan
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dopiero kiedy poruszył ramieniem, dostrzegła jak na moment zacisnął szczękę. Gest był krótki, niemal odruchowy, jednak wystarczył, by domyśliła się, że ból wciąż dawał o sobie znać. Nie zapytała, czy wszystko w porządku, bowiem oboje wiedzieli, że nie było. Odkładając widelec, odwróciła się na krześle odrobinę bardziej w jego stronę, poświęcając mu całą uwagę. - Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś - jej głos był cichy i spokojny, pozbawiony współczucia, którego, jak podejrzewała, nie chciał usłyszeć. - Chyba trochę cię kosztowało przyznanie się, że coś wymknęło ci się spod kontroli - nie powiedziała tego z przekąsem. Robbie przyzwyczaił ją do tego, że na wszystko miał odpowiedź, wszystko potrafił obrócić w żart albo zbyć uśmiechem. Tym razem było inaczej.
- Jak jest teraz? - to było jedyne, co naprawdę chciała wiedzieć. Nie interesowało jej jak wyglądało to kilka miesięcy temu ani ile tabletek brał w najgorszym okresie. Tamtych wydarzeń nie mogła już zmienić. - Nadal go bierzesz, czy poszedłeś po pomoc? - gdyby nie chciał odpowiedzieć, zaakceptowałaby to bez kolejnych pytań. Przesunęła dłonią po blacie, zatrzymując ją niedaleko jego ręki, a jej spojrzenie nie opuszczało jego twarzy. - Dlaczego powiedziałeś mi o tym właśnie dzisiaj? - w jej głosie pobrzmiewała zwykła ciekawość wymieszana z przekonaniem, że ta rozmowa nie wydarzyła się przypadkiem.
Finalnie wreszcie na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, mający go jakoś pokrzepić, a jednocześnie sprawić, żeby nie czuł się skrępowany. Oboje mieli historię, pokaźny bagaż doświadczeń i akurat Vera była ostatnią osobą, która by go strofowała. Która chciałaby go naprawiać i wytykała mu ten koszmary błąd. - Nie zamierzam cię oceniać, Robbie. Chcę żebyś powiedział mi prawdę nawet jeśli nie jest łatwa, niż próbował przekonać mnie, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że tak będzie wygodniej - jej dłoń wylądowała na jego w cichym oczekiwaniu.
Robbie Cole
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ale spojrzenia nie był w stanie na nią podnieść i dopiero po chwili, kiedy wspomniała, że coś mu się spod kontroli wymknęło, żachnął się i spojrzał na nią. Nie ze złością. Z tą wyuczoną nonszalancją, którą zakrywał to, że na czymś mu zależy.
- To nie tak, że wymknęło mi się... - urwał, mieląc w ustach kolejne słowo.
Dlaczego powiedziała to samo, co Iris? Dlaczego to już druga osoba, która jasno mu sugeruje, że nie panuje nad tym? Przecież pracuje, ma sukcesy, nie zawala ani domu, ani obowiązków, ani relacji. Do jasnej cholery, przecież chwilę temu był na randce z dwudziestolatką. To nie jest obraz człowieka... No jakiego? Uzależnionego?
Jego spojrzenie spoczęło na jej dłoni, ale nie miał odwagi, żeby po nią sięgnąć. Za to jego wargi poruszały się, jakby mielił w nich kolejne myśli. Nie wiadomo, czy sam je przeżuwał, czy po prostu walczył ze... wzruszeniem?
- Hmmm... Nie wiem, czy oceniam to obiektywnie. - wyjaśnił, podnosząc spojrzenie na Verę, i chyba pierwszy raz w życiu jego przyjaciółka widziała w tych oczach spłoszonego chłopaka.
Tak samo wyglądał, kiedy lądował w szpitalu po kontuzji, chociaż wtedy się jeszcze nie znali.
- Nadal go mam... - odpowiedział wymijająco, wspominając pomarańczową fiolkę schowaną za lustrem szafeczki w łazience. - Zauważyłem, że są momenty, w których go nie potrzebuję. Ból jakby sam łagodnieje. Przy Tobie, przy pewnej pielęgniarce, która zauważyła, że za często realizuję recepty w szpitalu. Przy Clementine... Tej dziewczynie, o której mówiłem.
Kiedy nie był sam i czuł się dobrze z kimś... Kiedy nie myślał o sobie źle...
- Nie biorę go już prewencyjnie, tylko kiedy ból staje się nie do zniesienia. - tak jak w tej chwili.
Vera zauważyła, że jego pozycja zmienia się lekko i wygląda trochę nienaturalnie. Przygarbiony, z prawym ramieniem znacznie niżej niż z lewym. Cała obręcz barkowa była napięta niczym skała, a on szukał ulgi w jakikolwiek sposób.
- Wiesz, jak jest... W klubie liczy się efekt, a nie przyczyna. To był trudny sezon, więc jak mówiłem, że potrzebuję... Tylko że potrzebowałem dużo. W międzyczasie zmienił się lekarz, który mnie prowadził w szpitalu. Gość ma chyba nagrody za ilość przepisanego Vicodinu... - spróbował zażartować, ale widząc powagę w jej oczach, przerwał. - Nie wiem... Mała, nie mam za dużo przyjaciół, jak wiesz. Z mojego otoczenia nikt nie zauważył, że coś jest nie tak. Dopiero ta pielęgniarka w szpitalu. Chyba... Chyba myślę, że możesz na to spojrzeć obiektywnie. I nie robić ze mnie beznadziejnego narkomana...
Dłoń na jego dłoni sprawiła, że wyrwał mu się oddech ulgi. Wróciło spojrzenie Robbiego.
vera callahan