— I szybko się nauczyłam szyć im nowe ubrania, więc asortyment od razu się podwajał — pochwaliła się od razu, nie chcąc wyjść chyba na taką skrajnie popierdoloną. Matki nauczyły ją obsługi maszyny do szycia jeszcze przed jazdą na rowerze, a przecież wiadomo, że jak lalka dostanie nową spódniczkę, to robi się z niej totalnie nowa lalka.
— Ty miałaś normalne zabawki? Jakiegoś ulubionego misia, z którym śpisz do dziś? — Nie miała pojęcia, czym mogła jarać się mała Ruelle. Może rodzice na każde święta faktycznie dawali jej laleczki, ale takie voodoo? To by do niej pasowało! A może wolała samochodziki i jej ulubioną zabawą było przejeżdżanie żołnierzyków? Nie, to brzmi jak coś bardziej w stylu Cross. Może jak artystka będzie w stanie wyobrazić sobie swoją randkę w wersji
— Dobrze. Zostawmy ją po prostu na sam koniec. Jak nie wystarczy czasu, to jej problem. — Wzruszyła ramionami. Zmodyfikowała luźny plan, który miała w głowie, spychając Raven na sam margines. Jeżeli spontanicznie do niej dotrą, to będzie zadowolona, a jak skupią się na innych, przyjemniejszych zajęciach, to trudno. Może faktycznie będą miały jeszcze inne okazje. Gorzej, jeśli jednak – zgodnie z umową – Ruelle po randce uzna, że naprawdę ma dość River i artystka będzie musiała sobie odpuścić. Tę myśl szybko szybko wyrzuciła z głowy, nie pozwalając sobie nawet na kilka sekund martwienia się tym na zapas.
Ściągnęła brwi, starając się odczytać z jej wyrazu twarzy plan, który utkała w myślach. Było to zdecydowanie niemożliwe. Po tanatopraktorce mogła spodziewać się co najmniej wszystkiego. Nie ciągnęła jej jednak za język, nie próbowała zgadywać.
Po kilkuminutowym spacerze zatrzymała się przy ławce na skwerze między ruchliwymi ulicami, który miał chyba nieco ożywić dzielnicę. Usiadła obok tanatopraktorki, podciągnęła zgiętą nogę i obróciła się w jej stronę. Wyciągnęła rękę przed siebie i wskazała na budynek urzędu skarbowego po drugiej stronie ulicy.
— To ja — wyjaśniła. Chyba nie miała na myśli budynku samego w sobie, a czerwony napis
— To też ja — dodała. Na niegdyś pustej ścianie bloku namalowano kobietę w kostiumie karcianego błazna. O ile napis był po prostu tekstem, to po tym kilkumetrowym graffiti od razu było widać, kto był jego autorką. Kobieta była zbudowana głównie z czerni, ostrych kontrastów i nerwowo stawianych linii, czyli wszystkiego, co charakteryzowało twórczość Cross. Długie włosy rozsypywały się wokół jej twarzy, częściowo wpadając na oczy, a pod jednym z nich miała namalowany ciemny, trójkąt. Na głowie miała błazeńską, kraciastą czapkę zakończoną dzwoneczkami. Cały jej strój był pełen falban, rombów i detali ociekających przesadną teatralnością. Uśmiechała się, przegryzając kartę królowej kier, trzymaną w smukłej dłoni. Wokół niej unosiły się kolejne karty. Malunek nie sprawiał wrażenia niosącego jakiś głębszy przekaz, miał być po prostu pokazem twórczego warsztatu.
Dała jej moment na kontemplowanie sztuki, a sama zajęła się... kontemplowaniem sztuki. Wpatrywanie się w Ruelle było dla niej równie przyjemne, co oglądanie własnych dzieł. Jej ręka opadła niedbale na oparcie ławki w taki sposób, by palcami cały czas mogła muskać skórę na jej barkach i rękach. Przy ich ostatnim spotkaniu wychodziła z siebie, byle tylko jej nie dotknąć, a teraz nie była w stanie oderwać od niej rąk nawet na moment. Może musiała nadrobić tamte stracone godziny? Nie odmawiała swoim zachciankom, a wyraźnie pragnęła ciągłego miziania.
— Chciałabym mieć więcej czasu na takie rzeczy, ale mój wydawca nie podziela tej opinii — mruknęła tonem urażonej nastolatki, którą zmuszają do robienia durnych zadań domowych w czasie, gdy chciałaby poczilować bombę.
Ruelle I. Prescott