-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyłącznie zamienili jedne na drugie.
Za wszelką cenę pragnął tego uniknąć. Wspomnienia z doków wracały, wcześniej odegnane normalnością, której tak desperacko poszukiwali. Huk wystrzału, błysk broni w ręku pieprzonego Collinsa. Krew, gorąca krew zalewająca jego ręce gdy wsuwał je pod kobiecą talię i jej cichnący głos. Każdy obraz, każdy dźwięk i każdy zapach wzniecał w nim na nowo furię, którą skutecznie udało mu się pogrzebać pod grubym kocem bezpieczeństwa, do którego udało mu się ją zabrać.
A z którego teraz znów musieli się wychylić, jeśli mieli doprowadzić tę sprawę do końca.
- Wiem, Margo - odrzucił, choć, jakby w sprzeciwie do wypowiadanych przez niego słów, jego głowa pokręciła się na boki gdy przechodził do salonu, odnajdując leżącą na ziemi koszulkę. - Nie wiem, czy naprawdę uważasz, że liczyłem na to, że kogokolwiek przechytrzę? Że wrobię Carbone'a, wsadzę go do więzienia i magicznie rozwiążę nasz problem?
Westchnął, świadom tego, że poruszała się za jego plecami. Nie chciał, by niepotrzebnie się nadwyrężała ale wiedział, że próba namówienia jej by została w łóżku gdy on sam z niego wyszedł była z góry skazana na porażkę.
Wsunął koszulkę na siebie, ignorując całkowity nieład, w którym pozostały jego włosy. Odwrócił się w jej stronę, jej pytanie niosło się echem w pomieszczeniu, uderzając od jego ścian - zaś niewypowiedziana odpowiedź paliła go w gardło gdy przełknął ślinę, skupiając się na czymś innym.
- Wiedziałem, co się stanie gdy tam pójdę - odpowiedział w końcu, krótko, niemal jałowo, jakby dzięki temu ciężar jego słów mógł nieco unieść się pod wpływem pozbawionego uczuć tonu. - I wiedziałem, jak to może się skończyć.
I o to nie dbał.
Samo w sobie było to odpowiedzią na jej pytanie - nie pozwoliłby, by zrobiła to samo, ponieważ on był w stanie zrobić w s z y s t k o by trzymać ją od tego z dala.
Łącznie z wejściem prosto w paszczę bestii samemu, z zamiarem założenia na jej nadgarstek jednej kajdanki, by drugą zamocować na własny.
- Cały ten czas próbujemy zrobić to właściwie i cały czas nam się nie udaje - wytknął, wracając do nazwiska diabła, który nagle pojawił się między nimi w konwersacji. Diabła, którego wypuścił, którego samo istnienie wzbudzało płynącą w jego żyłach wściekłość, ale który teraz, w oderwaniu od emocji, był jakimś w y j ś c i e m. - Może potrzeba potwora, żeby pozbyć się innego.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie dlatego, że zabrakło jej argumentów. Wręcz przeciwnie, potrafiłaby znaleźć ich jeszcze dziesiątki. Mogłaby po raz kolejny wrócić do magazynu i do każdej decyzji, która doprowadziła ich właśnie tutaj, rozbierając je na czynniki pierwsze i udowadniając mu, że ż a d n e z nich nie miało prawa podejmować ich w pojedynkę.
Odpowiedział jej, nie wprost, ale wystarczająco wyraźnie. Zrobił to wszystko ś w i a d o m i e, gotów zostawić ją samą. Wciąż ją to bolało, nie potrafiła tego zrozumieć, ale w obliczu wszystkich wydarzeń ta wściekłość, którą na niego czuła, gdy zamknęli ich w tamtym kontenerze wyblakła.
Doskonale wiedziała, że gdyby role się odwróciły, zrobiłby dokładnie to samo. Znów wysłałby ją jak najdalej od Toronto, samemu stając oko w oko z Carbonem z przekonaniem, że jeśli tylko jedno z nich miało zapłacić najwyższą cenę, powinien być to właśnie o n. Żadna rozmowa nie była w stanie tego zmienić. Tak samo jak ona nie potrafiłaby spokojnie odjechać, wiedząc, że został tam s a m.
Westchnęła cicho, powoli rozluźniając uścisk dłoni. Palce zsunęły się z jego nadgarstków niechętnie, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie z jaką siłą go zatrzymała. Przez moment przyglądała mu się, wiedząc, że nie przeprosi. Ani ona, ani on.
Oboje byli zbyt uparci, żeby przyznać, że któreś postąpiło
Kiedy wspomniał o potworze, który mógłby pozbyć się drugiego, zmarszczyła lekko brwi. Tyle wystarczyło, by jej napięcie ustąpiło miejsca zwyczajnej ciekawości. Była złakniona wolności tak bardzo, że zdawało się, iż była w stanie zaakceptować w s z y s t k o. Że mimo, że zdawała się nadal stawać w kontrze, finalnie i tak kiwnęłaby głową, zgadzając się na każdy jego plan, jeśli tylko miał sprawić, że będą razem w spokoju.
Zrobiła krok na przód, opierając się biodrem o krawędź stołu. Na moment zamilkła, próbując odtworzyć w pamięci każdy moment, w którym widziała Morettiego. To było ledwie kilka chwil w areszcie, w sali przesłuchań, gdy stała za szybą i wyłącznie się przyglądała. Kilka zdjęć w aktach, które nawet teraz leżały w sypialnianym łóżku. Wspomnienia mieszały się ze sobą, ale żadne z nich nie pozwalało spojrzeć na niego inaczej niż na człowieka, który od lat był cieniem Carbone'a. - Nadal uważam, że to cholernie zły pomysł - przyznała bez cienia przekonania w głosie, ale upór, który był wyraźnie słyszalny przed paroma chwilami, zniknął. - Jeżeli jednak mówisz o nim z takim przekonaniem, to znaczy, że jest coś czego nie wiem. Naprawdę wierzysz, że Moretti wystawi Carbone?
Po raz pierwszy od rozpoczęcia tej rozmowy nie próbowała udowodnić mu, że się mylił, była już zbyt zmęczona. Jeżeli mieli ponownie wejść do tego świata, nie mogła pozwolić sobie na ignorowanie czegokolwiek tylko dlatego, że instynkt podpowiadał jej, by odwrócić się od tego plecami.
W końcu nie było na świecie nikogo innego, komu powierzyłaby swoje życie i w kogo wierzyłaby tak bardzo, choć usilnie starał się, żeby jej zaufanie było spękanym murem.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy ona się wycofała, jego spięte barki też osunęły się lekko w dół. Nie było w nim urazy wypowiedzianymi przez nią słowami - byłby hipokrytą, gdyby ją odczuwał. Koniec końców, to wszystko sprowadzało się do j e g o winy za j e g o czyny, wystarczyło sięgnąć odpowiednio daleko w historii. Miała rację w tym, że przyzwolił na wypuszczenie Morettiego - a on, choć powinien, nie czuł z tego powodu przytłaczającego żalu.
Moretti był pionkiem - zarówno w historii, która skrzyżowała ich losy wcześniej, lata temu, jak i teraz. Tym razem jednak pragnął, by to j e g o pionkiem się stał, pragnął przekształcić go w klucz, dzięki któremu obydwoje wyrwą się z tej sytuacji, którą o n rozpoczął, dwa lata temu.
- Wiem - odpowiedział z westchnieniem, wyciągając ku niej rękę gdy jej własny uścisk na jego nadgarstkach zelżał. Nie chciał, by się odsunęła - w ten irracjonalny i niekiedy absurdalny sposób pragnąc, by została blisko nawet, jeśli przed chwilą sam umknął z łóżka w popłochu. - Podejrzewam. Nie mam pewności.
Szczerość zawsze wybrzmiewała ostro, nieprzyjemnie w jego ustach - może dlatego tak często skłaniał się ku naginaniu prawdy, osładzaniu jej niedopowiedzeniami czy naiwnością, tak skrupulatnie przez niego pielęgnowaną. Na żadne z tych rzeczy jednak nie było już miejsca, nie między nimi.
- Nie żałuję tego, Margo - dodał, ciszej, wiedząc, że świadomość tego, kim był Moretti, co zrobił i co zrobi po tym, gdy on wypuścił go na wolność, wciąż ciążyła gdzieś na tyle jej piwnego spojrzenia.
Pociągnął ją lekko ku sobie, by zamiast obok niego, znalazła się przed nim. Jego plecy oparły się o blat w miejscu, w którym chwilę temu to ona utrzymywała swój posterunek.
- Na samym początku mówiłem ci, że nie jestem dobrą osobą - mruknął, przywołując w głowie wspomnienia pierwszych, spędzonych przez nich wieczorów, które były na swój sposób i n n e od reszty. Które wypełniał zapach jej perfum, ciepło jej ciała i przesadna wręcz świadomość każdego ruchu, który wykonywała. - Nie obchodzi mnie, kogo musiałbym wypuścić na wolność. Zrobiłbym to ponownie.
Słowa powinny wydobywać się z jego klatki piersiowej z ciężkością, w akompaniamencie przyśpieszonego oddechu, napięcia biorącego jego ciało we władanie - ale zamiast tego brzmiały w całkowitym spokoju, w niemal zimnej kalkulacji.
- Nawet bez broni przy mojej głowie i nawet, gdybyś miała mnie za to nienawidzić do końca życia - dodał cicho, przyciągając ją bliżej, przenosząc dłonie na jej policzki, przesuwając je w stronę karku, wplatając we włosy. - Wypuściłbym samego diabła na ulicę dla ciebie, Margo.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy był to dokładnie ten moment, w którym ich ścieżki przecięły się po raz pierwszy, a los został przypieczętowany, czy dopiero chwila, gdy dowiedziała się prawdy? A może nawet to było za mało i dotarła do niego dopiero wtedy, gdy stanęła w ciemnym kontenerze pełnym obcych ludzi, a później wyszła z niego z obietnicą, że im p o m o g ą, choć nawet nie wiedziała, jak mieliby tego dokonać.
Nie wiedziała tego, a jednak ta granica już dawno nie istniała. Dlatego potrafiła stać przed nim, słuchać go i spijać każde słowo padające z jego ust, ufając, że wiedział, co robi. Jej wściekłość, kiedyś tak żywa, że wręcz paliła aż do kości, teraz wypalała się po kilku chwilach, po paru jego spojrzeniach i zapewnieniach, że w i e d z i a ł jak ich z tego wyplątać.
Była tak b a r d z o zmęczona tym rozdziałem ich życia, że nie kłóciła się dalej. Nie odsunęła się, a kiedy jego dłoń zatrzymała ją przy sobie, zrobiła krok do przodu, podobnie jak on niegotowa na to, by k i e d y k o l w i e k pozwolić się odepchnąć.
Jej priorytety już dawno się zmieniły. W ten o b s e s y j n y i dla wielu wręcz n i e z d r o w y sposób pragnęła wyłącznie z nim być. Bez względu na to, jak dotrą do kropki kończącej ten rozdział. Bez względu na to ile ofiar jeszcze to pochłonie, nie zważając na fakt, że jeszcze niedawno własne sumienie nie pozwoliłoby jej spokojnie odetchnąć, gdyby postępowała w ten sposób.
Na jej ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Powoli uniosła dłoń, wsuwając palce pomiędzy jego włosy, po czym przesunęła nimi na kark, zatrzymując je tam na kilka dłuższych sekund. Przyglądała mu się uważnie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół jego twarzy, zmęczenie rysujące się pod oczami i napięcie, którego nie potrafił z siebie zrzucić.
- Największym diabłem jesteś przecież ty - mruknęła z rozbawieniem. Zamiast czekać na odpowiedź, wspięła się na palce i musnęła ustami jego skroń, później policzek i kącik ust. Dopiero na samym końcu odnalazła jego usta, całując je krótko i z czułością, chcąc wymazać wcześniejsze swoje słowa, mimo iż przepraszam nadal nie przeszło przez jej gardło.
Oparłszy obie dłonie o jego klatkę piersiową, popchnęła go delikatnie do tyłu, a kiedy usiadł na kanapie niemal odruchowo zajęła miejsce na jego kolanach, obejmując go ramionami i wtulając się w niego. - Jeżeli uważasz, że Moretti jest drogą do Carbone'a, to możemy r a z e m spróbować to wykorzystać - wodziła spojrzeniem po jego twarzy, przesuwając kciukiem po linii jego szczęki nim ponownie musnęła ustami jego policzek. Miała nadzieję, że to wreszcie zrozumiał - nie istniała żadna siła, która mogłaby ją odciągnąć od tej sprawy.
Albo zrobi to z nią albo w ogóle.
- Nie zapominaj o Collinsie - wyszeptała ciszej. - Niczego nie pragnę równie mocno, jak zobaczyć aż zapłaci za to co zrobił. Nie obchodzi mnie, czy stanie przed sądem, czy spotka go coś znacznie gorszego - po tych słowach ponownie odnalazła jego usta, zostając przy nich odrobinę dłużej. Całując go z tą samą tęsknotą jak zawsze. W ten sposób, jakby robiła to pierwszy raz.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy faktycznie gdzieś tam, na końcu tunelu, znajdowało się normalne życie, w którym największym ich problemem byłyby nadgodziny bądź sprzeczki o codzienne rzeczy. Czy będzie im dane mieć z w y k ł e problemy, takie jak wybór domu czy mieszkania, lub kłócenie się o to, czy powinni przy ich metodzie i systemie pracy adoptować jakiegokolwiek psa.
Ta wizja z jakiegoś powodu zawsze wydawała mu się nierealna - tym bardziej, im większy ścisk w jego żołądku wywoływała myśl, że mogłaby się spełnić.
Madden był jednak zawsze przystosowany do takiego funkcjonowania.
Z domem i bez, z psem i bez, z przyjemnym, spokojnym życiem i z mafią na karkach, jedynym, co się dla niego liczyło była o n a.
Tak długo, jak jego dłonie będą mogły sięgnąć przez pustkę i ją odnaleźć, był w stanie żyć w każdy sposób, w każdym kraju - i o to jedno był w stanie walczyć, nawet jeśli miałby złamać przy tym wszystkie, pozostałe reguły, których przestrzegał w swojej wątpliwej moralnie egzystencji.
- Dla ciebie mogę nim być - mruknął, gdy dotyk jej ust zmył wspomnienie po wszystkich wypowiedzianych przed chwilą słowach.
Przepraszam również jemu nie przechodziło przez gardło - ale tkwiło w jego gestach, w ramionach oplatających ją blisko, przyciągających do siebie gdy kobiece usta wędrowały po jego szczęce, skutecznie go rozpraszając.
- Ciesz się ze swojego chorobowego - westchnął, gdy samo wspomnienie jego nazwiska wywołało zimny dreszcz wściekłości, wspinający się po jego kręgosłupie i rozlewający po całym ciele. Jego dłonie mimowolnie zacisnęły się, szorstkie knykcie otarły o jej gładką skórę nim jej obecność znów nakazała im rozluźnienie się. - Patrzenie na jego mordę na komisariacie może być najtrudniejszą rzeczą, jaką na nim robiłem.
Powietrze opuściło jego płuca w jednym wydechu, w którym cofnął się lekko, usiłując odzyskać ten spokój, do którego udało jej się doprowadzić swoją obecnością. Jego dłoń oderwała się od kobiecej talii, uniosła w górę, odgarniając ciemne, kręcące się włosy za ucho.
- Collins za to zapłaci - szepnął, opuszkami palca muskając jej policzek, wędrując w stronę skroni i ujmując jej twarz w dłoń. Jego spojrzenie zatrzymało się na piwnych tęczówkach, pragnąc, by dostrzegła w jego własnych determinację - i ten jeden ogień, z którym zawsze wypowiadał wyłącznie prawdę. - Za wszystko, co ci zrobił.
Za każde słowo, które rzucił w jej stronę w złośliwym tonie. Za każde zdjęcie, którym usiłował go szantażować. Za kłótnię, którą spowodował i za kulę, która umknęła z jego broni w jej ferworze.
Za to, ze spróbował mu ją o d e b r a ć.