seven
przemoc względem dziecka, wulgaryzmy
Eskortowanie ratownika medycznego — to było jego zadanie na teraz, bo informacja, że pod numer alarmowy została zgłoszona niebezpieczna sytuacja, do której doszło w jeszcze niebezpieczniejszej dzielnicy miasta, wpłynęła zaledwie kilka minut temu. Patrolował okolice West Humber-Clairville. Słyszał o zamieszkach nieopodal lotniska, o zorganizowanej grupie przestępczej specjalizującej się w rabunku i napadach z użyciem niebezpiecznych przedmiotów. Zgłoszenie również dotyczyło tej dzielnicy. Dokładnie mówiąc, jednej z kamienic, w której mieszkała starsza kobieta wraz z córką. Kobieta w średnim wieku wezwała pogotowie, ratownictwo poprosiło o dodatkową interwencję policji w celu zabezpieczenia medyków. A dokładnie jednego ratownika, którego musiał zgarnąć z pobocza obskurnej ulicy. Dlaczego wysłali w to miejsce żółtodzioba? To było pierwsze pytanie, które przemknęło mu przez myśl, gdy zatrzymując samochód, ujrzał oczywiście Audrey. Rozczarowanie przyszło jako pierwsze, a wraz z nim stuknięcie dłonią o kierownicę i złapanie trzech głębokich wdechów. Uważał się za cierpliwego, ale Audrey miała szczególny talent do testowania jego cierpliwości i wystawiania jej na próbę. Rozważał, czy w ogóle powinien wpuszczać ją do środka. Czy nie lepiej byłoby ją po prostu… Eskortować trzymając się bardziej z tyłu, niż obok niej. Miałby ją na oku, zrobiłaby swoje, a on mógłby się trzymać z daleka, bez wchodzenia w dodatkowe interakcje, które z reguły prowadziły donikąd. Dogadanie się z Audrey było trudne. Różnica temperamentów między nimi była zbyt duża, by mógł tak po prostu zacząć przebywać w jej towarzystwie w ciszy, bez rzucania zgryźliwych komentarzy. Oczywiście zamierzał się postarać, ale miał nadzieję, że Audrey przez swoją głupotę nie narazi ich na niebezpieczeństwo. Zaparkował samochód w pobliżu miejsca docelowego. Wolał nie rzucać się w oczy, zwłaszcza w dzielnicy owianej kiepską sławą.
— Cóż, księżniczko. Tym razem cię nie rozczaruje, znam ją doskonale i dlatego radzę trzymać się blisko — przestrzegł, zatrzymując się tuż obok niej. Zaskakująco blisko jak na kogoś, kto unikał spoufalania się. Musiał odsunąć na bok swoje przekonania, bo był na służbie. Odznaka, mundur przysłonięty wiosennym płaszczem, broń i ciężkie buty — poza nimi nie było tutaj nikogo, kto mógłby się doczepić o nieodpowiedni ubiór. Audrey nie należała do osób przestrzegających procedur, więc mógł pozwolić sobie na odrobinę luzu, nawet jeśli nie było to szczególnie zgodne z jego światopoglądem. Wyminął ją, wyciągając z kieszeni papierosa, którego wsunął do ust. Przechodząc, szturchnął ją specjalnie ramieniem, nawet na nią nie spoglądając.
Wieczór był chłodny, dzielnica – nieprzyjemna. Do uszu Audrey i Stonesa dochodziły dźwięki wydawane przez samochody i szum startującego samolotu ze znajdującego się w pobliżu lotniska. Danny milczał, popalając fajkę. Tylko żarząca się końcówka papierosa zdradzała ich obecność i — być może — Audrey, jeśli zachowywała się głośniej. Stones na czas ich wspólnej pracy przyjął taktykę ciszy. Nie zamierzał odzywać się do niej, dopóki nie musiał tego robić. Życie było łatwiejsze bez zbędnego biadolenia. Nie ufał tutejszym mieszkańcom, dlatego zachowywał czujność. Zarówno wtedy, gdy szli chodnikiem w stronę kamienicy, która była tuż obok, jak i wtedy, gdy po przekroczeniu klatki schodowej, dobiegł do niego dźwięk podniesionych głosów. Mężczyzna podnoszący głos używał wulgarnych słów, jak się okazało — w kierunku małej dziewczynki. Spojrzał pytająco na Audrey, prostując rękę na wysokości jej klatki piersiowej, by zagrodzić jej drogę, gdyby chciała rzucić się na nietrzeźwego mężczyznę z łapami, bez zdolności samoobrony.
— Bądź cicho, okay? Podejdziemy bliżej, ale nie rzucaj się na niego, jakbyś była nawiedzona. Jesteś moim wsparciem, więc trzymaj się z tyłu. Odwrócę jego uwagę, ty zajmij się dzieckiem — przestrzegł ją cichym tonem i spojrzał na nią poważnym wzrokiem, układając dłoń na spoczywającej za pasem broni. Wyszedł z kamienicy jako pierwszy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Wkurwiali go tacy ludzie, którzy uważali, że znęcanie się nad kimś słabszym i bezbronnym było sposobem na rozładowanie ich frustracji. Danny nie należał do zbyt wylewnych osób, szczerze gardził ludźmi, ale dzieci… Nie powinny cierpieć za głupotę dorosłych.
— Pewnie będziesz taka sama jak twoja matka dziwka! Po chuj wchodziłaś do tego pokoju, nie mogłaś zostać u siebie?! — krzyczał, szarpiąc płaczące dziecko za rękę. Jasnowłosa dziewczynka stała przerażona pod ścianą, przytulając swoją ulubioną maskotkę, którą próbował wyrwać jej facet, kimkolwiek był. Dziecko miało widoczne ślady otarć na rączkach i kolanach. Tyle zdążył wywnioskować Dan, zanim wyszedł zza rogu i wymierzył pistolet prosto w jego klatkę piersiową.
— Odsuń się od dziecka, W TYM MOMENCIE — wycedził przez zaciśnięte zęby, kiwnięciem głowy nakazując mężczyźnie odsunąć się od dziecka. Dziewczynka spojrzała przerażona na azjatę, zanosząc się głośnym szlochem.
— Kim ty kurwa jesteś, żeby mi mówić, jak mam traktować swoje dziecko?! Pierdol się — krzyknął, niemalże opluwając sobie brodę i spojrzał z wściekłością na policjanta. Stosując się do poleceń, uniósł dłonie do góry i odsunął się od dziecka.
— Tak ojcowie traktują swoje dzieci? Wow. Cieszę się, że nie mam własnych, ale mółbym się czegoś od ciebie nauczyć — odparł zuchwale.
To był sygnał dla Audrey, że powinna w tym momencie zareagować. Nietrzeźwy mężczyzna, najwidoczniej zaskoczony obecnością patrolu, postanowił się wycofać. Wtedy Danny zrobił kilka kroków w bok, odgradzając mężczyźnie drogę do dziewczynki i ratowniczki. W razie gdyby chciał zaatakować, musiałby usunąć z drogi przeszkodę. A Stones, jak nazwisko sugerowało, nie zszedłby mu z drogi tak łatwo.
Audrey LeBlanc