Był wkurwiony i na nią, i na siebie. Nie zareagował w porę. Wciąż był święcie przekonany, że gdyby tylko nie stracił czujności, nawet by go nie przesunęła. To on zaciągnąłby ją do tego cholernego samochodu.
Nie doceniał jej. Totalnie nie doceniał.
Droga od strzelnicy była nieprzemyślana. Przez jakiś czas jechał bez celu, a zatrzymał się dopiero na którejś z kolei stacji benzynowej. Musiał to wszystko przemyśleć, chociaż trochę.
Ale im bardziej starał się skupić na ogarnięciu sobie nowego noclegu, tym bardziej myślami wracał do Peregrine.
Jebana suka.
Miał w dupie, czy sobie poradzi i co właściwie ze sobą zrobi. W tamtym momencie mogła dosłownie iść się pierdolić.
Co gdyby to on przewrócił ją na plecy? Albo uderzył w twarz? Księżniczka uznałaby go za damskiego boksera? Nie był nim. Ona za to najwyraźniej lubiła pozwalać sobie na zbyt wiele. Miarka się przebrała.
Wybór hotelu był oczywisty. Coś niezbyt rzucającego się w oczy; w mieście, a jednak na uboczu. Jego dresowe ciuchy pasowały do tego taniego, motelowego wystroju. Garnitur musiał poczekać na lepsze czasy.
Nie zamierzał spędzać tam reszty dnia. Zameldował się tylko – zmyślonym nazwiskiem; kolejnym plikiem banknotów zresztą przekupując recepcjonistę, by nie pokazywać dokumentu – a potem wyszedł. Do najbliższego baru.
Nad szklanką whisky wkurwiało się przyjemniej.
Wrócił po drugiej, może po trzeciej… na tyle późno, by okolica dawno pogrążyła się we śnie. Przez uchylone okno było słychać co najwyżej cykające w krzakach świerszcze.
Nawet się nie rozpakowywał. Coś go jednak tchnęło, żeby zerknąć w drugą torbę, którą przyniósł z bagażnika. Peregrine spieszyła się tak bardzo, że nie zabrała swoich rzeczy. Jakie było jego zadowolenie, gdy po otwarciu podróżnej torby okazało się, że znajdował się w niej Glock.
Zaśmiał się, zamknął ją i rzucił do szafy, tuż obok swojej.
Przeszedł do maleńkiej kuchni we wnęce pokoju, z zamiarem zjedzenia tego, co kupił na stacji.
Ściągnął brwi, odwracając głowę w tamtą stronę. Nie ruszył się, choć zapewne powinien. Dopiero gdy usłyszał skrzypnięcie, wolnym krokiem wyszedł do głównego pokoju.
Nie spodziewał się gościa.
— Pomylił pan pokój — stwierdził pewnie, wpatrując się w mężczyznę, który wcale nie wyglądał na zagubionego.
Trzymał w dłoni myśliwski nóż.
— Siadaj — rzucił, podbródkiem wskazując na łóżko.
Percy nie usiadł. Chociaż jego serce zaczęło bić szybciej, zachowywał spokój. Facet nie musiał dodawać, że go śledził. Gardner momentalnie połączył kropki.
Przeklął w myślach raz jeszcze tą pieprzoną Helenę Peregrine, dzięki której przez całą drogę nie zorientował się, że miał ogon.
— Gdzie twoja panienka?
— Podróżuję sam. — Zabrzmiał wiarygodnie. — O co chodzi?
— O wpierdalanie nosa w nie swoje sprawy. Trzeba było zostać w Toronto.
— Jasne… dogadamy się. Zaraz mnie nie ma. — Uniósł ręce do góry.
Tak byłoby najrozsądniej.
— Za późno.
Żaden bandzior nie pozwoliłby mu opuścić hotelu żywym, kiedy pokazał Percy’emu swoją twarz.
Trafił raz, drugi, trzeci – walka wcale nie była przesądzona. Miał szansę. Znikomą… ale miał.
Jeden na jednego. Tamten z nożem, on bez broni. Leżała w głębi szafy, naładowana, co zdążył wcześniej sprawdzić. Tak bardzo mu w tamtej chwili potrzebna.
Przewalił przeciwnika na ziemię, zadając kolejny mocny cios pięścią w twarz.
Sam wreszcie dostał nożem w ramię.
Przeszył go paraliżujący ból.
Uderzył ponownie, ledwo. Spróbował odciągnąć od siebie rękę, która mierzyła w niego ostrzem.
Czuł, jak opuszczają go siły.