ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

01.

   Nigdy nie przypuszczał, że jego życie zakończy się w kościele. Cóż, jeśli miał być szczery, to nie przypuszczał, że ostatnie kilka miesięcy jego życie będzie tak nierealne, że zacznie mu się wydawać, iż je sobie wymyślił. Niemniej jednak wszystko to, czego doświadczał było rzeczywiste i przypominał sobie o tym za każdym razem, gdy tylko spoglądał na białe mury kościoła.
   Kościół Świętego Jana był budowlą dość charakterystyczną i pewnie dla wielu osób mogła się ona wydawać ładną. Harry widział w nim jednak białe, odcinające się na tle nieba kontury, które wydawały się niczym wycięte z białego kartonu i ustawione tak, by po prostu egzystowały. Nie potrafił wydobyć z siebie żadnej opinii, jeśli chodziło o ten budynek. Nie potrafił się nawet umiejscowić w tym otoczeniu, pomimo faktu, że tu pracował. Sam ten fakt nie potrafił do niego dotrzeć, a nie miał żadnych problemów z pamięcią.
   Minął niecały miesiąc, dokąd pojawił się w Toronto. Było to kolejną rzeczą, która była dla niego dziwna. Jako nowojorczyk był przyzwyczajony do wielkomiejskiego chaosu i tłoku. I chociaż Toronto było tłoczne i chaotyczne, to nijak miało się do nowojorskiego klimatu, w którym Harry czuł się, jak ryba w wodzie. Tutaj było spokojnie i praca kościelnego organisty nie pomagała mu w aklimatyzacji. Cóż mógł jednak z tym zrobić? Nie za wiele. I prawda była taka, że mógł skończyć o wiele gorzej. Doskonale pamiętał wydarzenia, które doprowadziły go do swojej nowej rzeczywistości i… w sumie był wdzięczny. Może w ogólnym rozrachunku wszystko to okaże się dla niego dobrym rozwiązaniem, a spokój, który go tutaj spotkał pomoże mu ochłonąć. Taką miał nadzieję i chociaż nie uważał się za osobę wierzącą, to chodzenie do kościoła na msze uświadamiały go, że warto było mieć jakieś nadzieje, nawet jeśli pozornie wydawały się one idiotyczne.
   Zamiatał marmurową posadzkę. Nabożeństwa, zwłaszcza letnie, wiązały się z ogromną ilością kurzu, jaką wierni przynosili ze sobą i zostawiali. Cóż, wybór jasnego marmuru z pewnością nie należał do najlepszych decyzji, jednak Harry, z jakiegoś powodu nie miał nic przeciwko zamiataniu. Było to na swój sposób odprężającym zajęciem, co pewnie wynikało z faktu, że lubił prace, w których mógł metodycznie kumulować efekty, a zamiatanie właśnie czymś takim było. Z każdym kolejnym pociągnięciem miotły, kupka kurzu stawała się bardziej wyraźna i większa, co na swój sposób cieszyło go. Oj tak, nie miał ostatnio zbyt wielu rozrywek, więc musiał czerpać przyjemność z tego, co dawał mu los.
   Zamiatając i sprzątając kościół miał również okazje do tego, by porozglądać się i zajrzeć do miejsc, których zawsze był ciekaw. Jako małe dziecko chodził do kościoła razem ze swoją matką i żyjącą jeszcze wtedy babką. Został wychowywany jako katolik, więc kościół anglikański był dla niego zupełnie innym światem, który zresztą wcale nie różnił się tak bardzo od tego, do czego sam był przyzwyczajony. Harrry nie potrafił jednak zrozumieć idei tych wszystkich kościelnych denominacji, które zresztą uznawał za idiotyczne. Wiedział, skąd się to wszystko brało, jednak i tak nie mógł pojąć idei samego ich istnienia. Teraz, ukrywając się właśnie tutaj, miał najlepszą okazję, by zbadać kościół od podstaw i przyjrzeć się rzeczom, które dla zwykłych parafian były niedostępne, jak chociażby chrzcielnica czy tabernakulum, które w tym kościele było dużo bardziej zdobne, niż to które zapamiętał z nowojorskiego kościoła. Nie zdziwiło go to, że to właśnie chrzcielnica i tabernakulum są najbardziej strojnymi elementami wyposażenia tego wnętrza, gdyż anglikanie właśnie te dwa sakramenty, z którymi te przedmioty były związane, traktowali jako najważniejsze.
   Zatrzymał się na chwilę, przyglądając się chrzcielnicy, która stała dumnie w jednym z kątów kościoła. Przypominała ona ogromną, okrągłą szkatułkę, którą ktoś wyciosał z potężnego kawałka białego marmuru i przyozdobił złotymi płatkami. O dziwo, chociaż nie potrafił wyjaśnić skąd brało się to upodobanie wiernych do przesadnego zdobienia wszystkiego, co znajdowała się w kościołach, to chrzcielnica bardzo mu się podobała. Oparł się o trzonek miotły i zamknął na chwilę oczy, rozkoszując się ciszą i wątłym zapachem palonego wcześniej kadzidła.

Jason Choi
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
32 y/o
Welkom in Canada
177 cm
Tanatokosmetolog St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
No one does it better than me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Nie da się ukryć, że wciąż bawiło go to, że de facto jego głównym pracodawcą był kościół.
No dobra, nie tak dosłownie, ale wszyscy zainteresowani wiedzieli, że dom pogrzebowy był blisko powiązany z tą konkretną parafią, więc Jason bywał w tym budynku zdecydowanie częściej niż za czasów dzieciństwa. Nie uczęszczał na same msze, bo zarówno teraz, jak i jako gówniarz, nie należał do osób wierzących - żaden z jego opiekunów nie dbał o jego rozwój duchowy, chociaż akurat tego Choi specjalnie nie żałował. Gdyby przejmował się całym tym biznesem związanym z grzechami, rozgrzeszeniem, piekłem i niebem, najprawdopodobniej nie byłby w stanie prowadzić takiego życia, jakie miał dziś. Nie poznałby smaku imprez do białego rana, nie szukałby pocieszenia w przypadkowych ramionach, a używek wszelakich unikałby jak ognia. Niestety, był osobą, która preferowała mocne doznania tu i teraz, a nie niepewną niebiańską nagrodę po śmierci.
Załoga pracująca w kościele zmieniała się tak rzadko, że zatrudnienie kogoś nowego było wydarzeniem na skalę fenomenu. Z tego co Jason kojarzył, proboszcz był bardzo zadowolony z faktu, że w końcu udało im się ogarnąć nowego organistę na stałe. Ostatnia osoba piastująca tę rolę zmarła już chwilę temu, a aby organy nie kurzyły się nieużywane, trzeba było wynajmować muzyka z sąsiedniej parafii. Strasznie to było wszystko upierdliwe i skomplikowane, a zdarzało się i tak, że niektóre, mniej oblegane msze, odbywały się bez podkładu muzycznego. Rzecz jasna, bardzo nie podobało się parafianom.
Wybór Jasona, jako osoby mającej oprowadzić nowego organistę po kościele, był właściwie dość niespodziewany. Jasne, Choi należał do osób bardzo przyjaznych, otwartych i generalnie zawsze chętnie służył innym pomocą, jeśli tylko poprosili, niemniej sam budynek kościoła nie należał do jego głównych miejsc pracy. Więcej czasu spędzał oczywiście w domu pogrzebowym. Proboszcz uznał jednak najwyraźniej, że skoro Harry jest tylko organistą, nie musi znać absolutnie wszystkich zakamarków świątyni. Jason w zupełności tutaj wystarczył.
Ogrom budynku już dawno przestał go przytłaczać. Jason zdążył już przywyknąć do przepychu, którym odznaczało się to miejsce. Zawsze uważał to za nieco ironiczne, gdy księża opowiadali o pomocy najbardziej potrzebującym, jednocześnie otaczając się złotem, marmurem i dziełami sztuki. Choi przez lata naoglądał się już wiszących tu obrazów i zdobień, więc gdy dziś przekroczył próg świątyni, ledwo rzucił na nie okiem. Jego wzrok poszukiwał dziś czegoś - a raczej kogoś - zdecydowanie bardziej żwawego i, miał nadzieję, interesującego.
- Hej! - zawołał cicho, ale echo i tak poniosło jego głos w pustej przestrzeni. Zauważenie jedynej, żywej istoty w tym pustym gmachu nie było trudnym zadaniem - Harry, dobrze zgaduję? Cześć, jestem Jason. Będziemy razem pracować. W pewnym sensie - kiedy już znalazł się obok chłopaka, wyciągnął rękę na powitanie.
- Już cię zagonili do zamiatania podłóg? - mężczyzna pokręcił głową. Przez chwilę Jason zastanawiał się nawet, czy na pewno znalazł właściwą osobę. Przesrane. On by się nie dał tak wykorzystywać. Ale może chociaż trochę więcej mu za to płacili. - Poprosili mnie, żebym ci pokazał kościół i trochę opowiedział o życiu w naszej parafialnej "rodzince". - nic nie mógł poradzić na to, że ostatnie słowo wypowiedział z pewnym przekąsem. Konstrukt taki jak "rodzina" nie miał dla Jasona niemal żadnej wartości.
- Widzę że zwiedzanie zacząłeś już na własną rękę - zerknął za plecy Harry'ego w stronę chrzcielnicy.

Harry Dillion
Solhy
Posty z AI
26 y/o
For good luck!
176 cm
organista St. John's Anglican Church
Awatar użytkownika
organista w kościele objęty programem ochrony świadków, więc tajemniczy mocno
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Kościół owszem, był przytłaczający, jednak nie ze względu na swój rozmiar, bo brakowało mu dużo do tego, do którego uczęszczał za dzieciaka w Nowym Jorku. Był on jednak dużo bardziej zdobny. Harry potrafił zrozumieć przepych, którym odznaczały się niektóre świątynie. Bo owszem, dla wielu osób przepych mógł wydawać się przesadzony, a urzędujący tu księża hipokrytami, biorąc pod uwagę, że mówiło się parafianom o tym, żeby żyć skromnie. W końcu łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wstąpić do królestwa niebieskiego, jak to mówiło Pismo Święte. Zdobienie kościołów miało jednak na celu pokazanie boskiej chwały i oddanie czci Bogu zdobiąc te miejsca najznakomitszymi tworami wykonanymi przez człowieka. Wszystko miało swój cel. Nie żeby się z tym zgadzał, bo pismo mówiło również o pomocy ubogim, głodnym i schorowanym, a tego zdawało się brakować w społeczności wiernych. Dillion był pewny, że gdyby część tego bogactwa została oddana potrzebującym, to znacznie przybliżyłoby to wiernych i parafian tego kościoła do nieba.
   No ale on tu tylko zamiatał i grał na organach, a nie martwił się o zbawienie wiernych. To było rolą proboszcza. A trzeba było przyznać, że świątynia, w której się znajdował aktualnie, chociaż niezwykle piękna, nie należała do najbardziej zdobnych, które widział w swoim życiu.
   Nie spodziewał się, że jego pojawienie się w parafii okaże się takim wydarzeniem i w sumie do tej pory nie odczuł, żeby tak było. W sumie poza pastorem i gosposią, która kręciła się po plebanii i z którą codziennie rano pił kawę, nie spotkał jeszcze żadnych innych pracowników. Nie żeby jakoś usilnie starał się ich wszystkich poznać. Jego głowa i samopoczucie nie były w odpowiednim miejscu do tego, by szukać sobie towarzystwa wśród parafialnej rodziny. Zresztą Harry uważał, że i tak nie byłoby to dla niego odpowiednie towarzystwo, bo miał wrażenie, że wszyscy będą osobami dużo starszymi od niego. Nie żeby mu to jakoś przeszkadzało, bo z gosposią spędzał swój czas całkiem przyjemnie, z proboszczem również, chociaż mężczyzna lubił filozofować na różne tematy i pytał Harry’ego co sądzisz o tym, a co o tym, co czasem doprowadzało go do szału, bo filozofia była okropnie nudna.
   Dlatego też zdziwił się solidnie, gdy usłyszał za swoimi plecami głos, który z pewnością nie mógł należeć do osoby spoza jego pokolenia. Odwrócił się trochę nieśmiało i spojrzał na mężczyznę, który szedł w jego stronę.
   Był całkiem przystojny, ale o tym nie wypadało myśleć, będąc w kościele.
   Uśmiechnął się lekko, przyjaźnie, nie chcąc wyjść na gbura, chociaż nie był w nastroju na bycie przesadnie miłym.
   – Tak, cześć – odpowiedział, wyciągając i ściskając dłoń Jasona. Przypomniał sobie, że faktycznie ktoś wspominał mu, że przyślą kogoś do oprowadzenia go, jednak wydawało mu się, że osobą ta będzie jakiś pospinany i sztywny staruszek albo inna dewotka, która była bardziej obeznana w kościelnym środowisku niż duchowny, który zajmował się tą parafialną trzódką. No ale w sumie ich pastor sam nie był jakimś starym człowiekiem, bo Harry dawał mu maksymalnie czterdzieści parę lat, bo nie miał jeszcze odwagi zapytać go o jego rzeczywisty wiek. Kiedyś, gdy już się oswoi ze świadomością, że przyszło mu spędzić życie w tym miejscu, to zapyta mężczyznę o jego prywatne życie. – Dużo się dzieje… zamiatanie jest mało wymagające, pozwala się uspokoić – przyznał. Nie chciał udawać, że ta cała sytuacja była dla niego łatwa, uznał więc, że będzie udawać, że jego nastrój wynika po prostu ze zmiany miejsca zamieszkania i znalezienia się w otoczeniu, które jakby nie było, było mu całkowicie obce.
 – Cóż… macie tu całkiem przyjemny kościół – mruknął, opierając trzonek miotły o łokieć.

Jason Choi
Harry wikary
nuda i brak zaangażowania
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”