ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
I'm scared that I'll miss you, happens every time
I don't want this feelin', I can't afford love
I try to find a reason to pull us apart
It ain't workin' 'cause you're perfect
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

I'm missing all these memories
maybe they were never mine


— Dziewczyny, nie piję już więcej, bo jutro nie wstanę. — Paris uniosła dłoń, odganiając jedną z przyjaciółek, podstawiającą jej drinka pod sam nos. Lubiła imprezować. Ba, można nawet powiedzieć, że uwielbiała to robić, bo właśnie na tego typu eventach, wpadała na te najbardziej głupie i szalone pomysły. Nie chciała jednak zaliczyć tej nocy black outa, bo miały fajne plany na jutrzejszy poranek, o ile reszta będzie w stanie w ogóle podnieść się z łóżka. Poza tym Rissy nienawidziła kaca; starała się przestać pić w momencie, gdy kręciło jej się w głowie. Wtedy wiedziała, że musiała zwolnić i chociaż połowicznie wytrzeźwieć, zanim położy się do łóżka. To był jej jedyny działający trik, żeby nie umierać przez cały kolejny dzień po intensywnym piciu. Dlatego chwiejnym krokiem, uciekła z rąk kumpel, by ruszyć ścieżką w kierunku pensjonatu, w którym zatrzymały się na te trzy dni, by uciec od obowiązków i szarego świata. To był ich przedostatni dzień; Paris niczego nie potrzebowała tak bardzo, jak tego resetu.

Zaciskając palce na pasku torebki, Kingsley oddaliła się od swoich koleżanek. Droga do noclegu nie była długa, ale przez te parę drinków, na pewno może jej się wydłużyć. Zwykle Paris niczego się nie bała — w jej odczuciu, to inni powinni bać się właśnie jej. Poza tym miała gaz pieprzowy w torebce, lepiej jej nie prowokować, bo nigdy wcześniej go nie testowała. Co, jeśli nie działa? Tego już akurat nie wzięła pod uwagę. Po piętnastu minutach spaceru, dziewczyna przystanęła pod jakimś budynkiem, żeby zapalić papierosa. Uniosła zapalniczkę, rozglądając się spokojnie po ulicy; w oddali dostrzegła sylwetkę jakiegoś mężczyzny, ale zignorowała ten fakt, bo przecież nie była cholerną paranoiczką. Zaciągnęła się dymem, po czym na nowo ruszyła w stronę pensjonatu, czując jak po jej ciele przechodzą dreszcze, ilekroć zawiał choć odrobinę silniejszy wiatr. Papieros jarzył się w jej palcach, a ona szła zupełnie bezstresowo, dopóki nie usłyszała tych kroków bliżej siebie. Dlaczego ta osoba jej nie wyprzedzała?

Dziewczyna rzuciła niedopałek na ulicę i przyspieszyła tempo. Serce podeszło jej nieco do gardła, a oddech znacznie przyspieszył; na samą myśl o tym, chciało jej się śmiać. Tego typu adrenaliny, nie odczuła od bardzo, bardzo dawna. Miała ochotę zacząć uciekać na swoich wysokich obcasach, żeby poczuć jeszcze większe drżenie serca. Dopiero parę metrów od pensjonatu, Paris odwróciła się na pięcie, ciskając torebką prosto w mężczyznę, który szedł za nią od parunastu dobrych minut.

— Chcesz się bić?! — krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści, prawie łamiąc sobie przy tym paznokcie. Dopiero, gdy odsunęła nieznacznie ręce od swojej twarzy, dostrzegła znajome rysy. Paris opuściła palce, patrząc na niego z niedowierzaniem. — Leo? — wydusiła. Nie powinna być zaskoczona, bo słyszała, że mieszka w Toronto, jednak kompletnie nie spodziewała się, że na niego trafi. Nie była na to jeszcze gotowa. — Oszalałeś?! Mogłabym ci wydłubać niechcący oczy! — rzuciła głośno. Nie było to powitanie, które zawsze myślała, że rzuci w jego stronę, kiedy w końcu spotkają się po takim czasie. — Ty… Co tu robisz? — wydusiła w końcu, gdy zdołała nieco ochłonąć.

Leo był… Mężczyzną, którego zapamiętała na lata. Osobą, za którą się oglądała, o której bezustannie myślała, którego pocałunki na wiele miesięcy pozostały w jej pamięci. Miała wrażenie, że swoją obecnością namieszał jej w głowie do tego stopnia, że nie potrafiła spojrzeć na nikogo innego w ten sam sposób; jak była młoda i głupia, nie potrafiła się do końca obudzić z tego transu. A potem odszedł, wybierając karierę i inne życie zamiast jej.

hello, dear
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Waiting in the car
Waiting for a ride in the dark


Przeklęte Toronto i architektura z zeszłego wieku. Przysięgam, gdyby Leo wiedział, ile zdrowia kosztowałby go brak garażu podziemnego przy pensjonacie, zrzekłby się spadku po ciotce albo sprzedałby tę głupią nieruchomość od razu po nabyciu. Parkowanie kilkaset metrów dalej i maszerowanie w nocy przez miasto nie należało do jego ulubionych rozrywek, zwłaszcza teraz, gdy oficjalnie był już rozwodnikiem, a jego mózg wciąż próbował przetworzyć ekspresowe małżeństwo i jeszcze bardziej ekspresowy rozwód z Luną. Ostatnio z Caspianem stwierdzili, że miał naprawdę wielkiego pecha do kobiet. Najpierw Jiji, która odrzuciła jego oświadczyny, potem Luna, która oszukiwała go z tą ciążą… Powinien zostać wiecznym singlem, nie? Wtedy ryzyko, że kolejny raz któraś kobieta złamie mu serce, byłoby bliskie zeru.

No, anyway…

Szedł powoli za jakąś kobietą, całkowicie pogrążony w swoich myślach, i już planował w głowie randkę z Whisky i Flavią - lub z samą Whisky - kiedy nagle ów kobieta wyraźnie przyspieszyła kroku. Nie przejął się tym zbytnio, dalej szedł sobie zamyślony przed siebie i zaczął się nawet zastanawiać, czy zapłacił rachunek za prąd i czy wstawił to nowe ogłoszenie na recepcjonistkę do sieci, bo ostatnia zaszła w ciążę i pracowała tylko do końca miesiąca. Przy okazji kątem oka zauważył, że idąca przed nim kobieta właśnie wyrzuciła niedopałek na ulicę. No, ładnie. Tak to było z tym nowym pokoleniem. Nie szanowali nie swojej własności i ciężko im było trafić śmieciem do śmietnika. Po-raż-ka. Westchnął pod nosem i już miał skręcać w stronę pensjonatu, kiedy kobieta odwróciła się na pięcie i cisnęła w niego torebką.

Chcesz się bić?! WAIT A SEC, WHAT?! NO, WARIATKA! Odsunął się od niej o dwa kroki i uniósł dłonie w obronnym geście. - Chryste, kobieto, ja do domu idę! - odkrzyknął, ściskając jej torebkę w jednej ręce. Spojrzał na typiarę jak na kosmitkę, gdy zacisnęła dłonie w pięści. Kurwa, czy ona serio planowała mu jebnąć? Kurwa - za co?! Postąpił krok w jej stronę i przyjrzał się jej uważniej w świetle latarni i dopiero po sekundzie do niego dotarło, na kogo on właściwie patrzył. Opuścił dłonie i spojrzał z niedowierzaniem na… Kingsley? - Rissy? No nie wierzę… Paris? - rozłożył ramiona i stanął jak wryty, a damska torebeczka w jego dłoniach wyglądała jak trofeum. For real.

Um. Owszem, czasem lajkował jej zdjęcia na Instagramie, czasem wspomnienia z Oakville wracały do niego w losowych momentach, aleeee zobaczyć ją tutaj? Żywą, wściekłą i piękną jak dawniej? Pod jego pensjonatem? Nooo nieeee do wiary. Uśmiechnął się pod nosem. Zerknął na jej buzię i wydawało mu się, że nic się nie zmieniła. - Nic mi nie wydłubuj, i tak już mam ciężki miesiąc - zaśmiał się, po czym wyciągnął do niej rękę, aby oddać jej torebkę. Spojrzał na nią jak na kosmitkę ponownie, gdy zapytała go, co tutaj robił. Okej, musiał się nad tym porządnie zastanowić. Najpierw spojrzał na budynek za sobą, a potem na nią. Potem spojrzał na nazwisko na skrzynce na listy i znowu na nią. Potem zamrugał dwa razy oczami i… znowu spojrzał na nią. - Hm, no nie wiem? Mieszkam tu? Prowadzę ten pensjonat? - zaczął, po czym postąpił dwa kroki do przodu i wskazał na skrzynkę na listy przymocowaną do murku, na której jasno i wyraźnie było wygrawerowane "L. Rosenhall". Zaraz odwrócił się do niej z powrotem, oparł o murek, skrzyżował ręce na piersi i posłał jej szeroki uśmiech. - Lepiej powiedz, co ty tu robisz? Myślałem, że nadal mieszkasz w Oakville - zagadnął, po czym wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wyciągnął w jej stronę, mimo że przed chwilą skończyła jednego palić.

A nuż widelec miałaby ochotę na jeszcze jeden. Razem z nim.

Waiting for a ride time


𝑅𝑖𝑠𝑠𝑦
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
I'm scared that I'll miss you, happens every time
I don't want this feelin', I can't afford love
I try to find a reason to pull us apart
It ain't workin' 'cause you're perfect
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Paris przez krótką chwilę, zastanawiała się, czy jednak nie jest cholernie pijana.
A może ktoś dosypał jej czegoś do drinka, przez co zaczęła mieć jakieś halucynacje? Prawdę mówiąc, nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek go spotka. Tego jednego dnia, gdy odszedł, zostawiając ją z dziwną rozsypką w sercu, Kingsley obiecała sobie, że nie pozwoli kolejnemu mężczyźnie tak bardzo namieszać w swojej głowie. I rzeczywiście, uparcie się tego trzymała, owijając sobie każdego faceta wokół palca, ale nigdy się nie związując. Nie potrafiła, tłumacząc to traumą w żartobliwym tonie. Miłość ją przerażała. Traktowała to uczucie jak toksynę, której musiała uniknąć za wszelką cenę. Lubiła adrenalinę, wiążącą się z bliskością, flirtem i tymi pierwszymi krokami, gdy się kogoś poznawało, ale jak tylko zrobiło się poważnie i nie daj boże, słyszała jakieś wyznania, uciekała gdzie pieprz rośnie. Stawiała mur, niemożliwy do przeskoczenia, nawet dla tych najbardziej upartych.

A jednak niezależnie od tego, jak mocno wlepiała w niego zszokowane spojrzenie, Leo nie rozpływał się w powietrzu, a na jego miejscu nie pojawiał się nikt bardziej realny od niego. Paris nieświadomie zrobiła krok w jego stronę, oscylując spojrzeniem wokół jego twarzy; nic się nie zmienił. Może trochę zestarzał, ale nadal wyglądał tak dobrze, jak to zapamiętała. Mogłaby przysiąc, że zaledwie parę tygodni wcześniej, trzymała go za rękę, robiąc wszystko, by skupić na sobie jego uwagę. Czuła się, jakby tamta Paris była młodziutka i głupiutka; jeszcze nie wiedziała, jak nieprzewidywalne potrafiły być relacje z mężczyznami.

Rissy.
Kingsley drgnęła, słysząc znajome przezwisko, którym nazywał ją tylko Rosenhall. Jej serce ścisnęło się nagle, przez co przełknęła gulę w gardle, czując dziwny sentyment, którego nie znała do tej pory. Zerknęła na swoją torebkę, którą starszy chłopak trzymał w swojej dłoni i zaśmiała się na ten widok. — Ciężki miesiąc? Myślałam, że świetne małżeństwo i kariera to gwarancja udanego życia — rzuciła. Nie chciała być złośliwa, naprawdę. Te słowa wyszły z niej automatycznie przez żal, który czuła, gdy szczątkowe informacje docierały do niej po jego odejściu. Żałowała, że nie mogła być tego częścią. Czuła, że całkiem dobrze mogłaby się w tym odnaleźć. No cóż, czasu nie cofnie, prawda? A i tak podjęłaby teraz zupełnie inne decyzje niż kiedyś. Odebrała od niego torebkę, zawieszając ją z powrotem na swoim ramieniu i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, wciąż na niego spoglądając.

Nadal wyglądał, jak grzech, który chętnie by popełniła.

Widząc jego zachowanie, Paris parsknęła pod nosem, podążając za nim spojrzeniem. Podobnie jak on, zerknęła najpierw na budynek, potem na jego sylwetkę, a następnie na skrzynkę na listy i grawer, na widok którego uniosła obie dłonie do ust, czując jednocześnie szok i zażenowanie.
— O mój boże, jestem ślepa — rzuciła, śmiejąc się pod nosem ze swojego roztrzepania. Chociaż czy wybrałaby inny pensjonat, gdyby wiedziała, że ten należy do niego? Prawdopodobnie nie. Zerknęła na jego szeroki uśmiech, po czym sama podeszła do murka, żeby się o niego oprzeć, tuż obok Leo. Dziwnie było znów mieć go tak blisko i móc z nim porozmawiać; czuła się szalenie, mając świadomość, że to naprawdę on. Bez wahania wyjęła jednego papierosa, ale zanim włożyła go do ust, odwróciła głowę w jego stronę. — Mój ojciec zmarł, więc stwierdziłam, że nic mnie już tam nie trzyma — wyjaśniła. — Poza tym większe szanse na rozwój na torze mam w Toronto — dodała, wzruszając ramieniem, zanim subtelnie nachyliła się w jego stronę, żeby użyczył jej zapalniczki, która pewnie wypadła gdzieś, jak cisnęła w niego swoją torebką. Całkiem normalne spotkanie po latach, prawda? — Jezu, czuję się jak idiotka. To mój drugi dzień w pensjonacie, a ja kompletnie nie miałam pojęcia, że należy do ciebie — zaśmiała się pod nosem, czując się, jakby straciła rozum. Może to przez alkohol?

Leo
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

We'll never be as young as we were then,
Never lived like we did back then


Um. Zawsze miał do Paris wyjątkowy sentyment, którego nie wymazały ani lata rozłąki, ani inne kobiety. Czy to dlatego, że była jego pierwszą? Byli młodzi, szaleni i przede wszystkim - mieli dla siebie zbyt mało czasu, dlatego nie nazwałby ich przelotnej relacji związkiem. Zanim w ogóle zdążyli pomyśleć o jakichkolwiek deklaracjach, Leo spakował walizki i wyjechał, goniąc za marzeniem o wielkiej karierze kierowcy wyścigowego. W ten oto sposób Rissy stała się najpiękniejszym - choć niedokończonym - rozdziałem z miasta rodzinnego, który... może warto byłoby dokończyć? Tak tylko przemknęło mu przez myśl, well. Serio, nevermind, dziwne myśli przychodziły mu do głowy o tej godzinie.

Zresztą, przecież Anglia nie ucięła wszystkiego tak od razu - przecież za każdym razem jak wracał do Oakville na wakacje lub święta, by odwiedzić rodziców, wystarczało jedno spotkanie, by dawne emocje wróciły i sprawiły, że znów nie mogli się od siebie odkleić, jakby próbowali nadrobić każdy miesiąc rozłąki. Było intensywnie, gorąco i kompletnie bez zobowiązań - przynajmniej według Leo. Niestety, gdy tylko skończyli szkołę, każde z nich już definitywnie poszło w swoją stronę i kontakt im się urwał. Aż do dzisiaj. Ciężki miesiąc? - Um, masz przestarzałe informacje, Kingsley - rzucił Leo pod nosem i parsknął śmiechem. Oparł się o murek obok niej, ramię w ramię, tak blisko, że czuł delikatne ciepło bijące od jej ciała. Oh, shit. - Małżeństwo trwało dwa tygodnie, a kariera… cóż, pensjonat to teraz moja jedyna kariera - dodał i wzruszył ramionami. Nawet się nie zdziwił, że nie słyszała o jego wypadku, w końcu nie rozpowiadał o tym na prawo i lewo, a szum w mediach został ucięty przez jego prawników z powodu śpiączki. Zdziwił się natomiast, że słyszała o jego ex-vegas-wifey, ale nie chciało mu się o nią dopytywać.

Przekazał blondynie torebkę i mierzyli się przez chwilę wzrokiem - zastanawiał się, czy myślała o tym samym, co on? O tych wszystkich chwilach, które spędzili w jego aucie albo domku na drzewie na jego podwórku? Fuck, tyle wspomnień. Naprawdę miał do niej sentyment, to było przerażające. A teraz, gdy nachyliła się w jego stronę, żeby użyczył jej zapalniczki? Jezu, nie znał tych perfum, ale zapach był mega pociągający, z jakąś cięższą, zmysłową nutą.

Kiedyś pachniała inaczej.

Mój ojciec zmarł, więc stwierdziłam, że nic mnie już tam nie trzyma. Um. Spoważniał. Kurde. Współczuł jej, zwłaszcza, że jego mama chorowała teraz na nowotwór i… łatwo mu się było wczuć w jej sytuację. - Moje kondolencje, Rissy. Naprawdę bardzo mi przykro z powodu twojego taty, to był równy gość - powiedział. Przy okazji odważył się objąć ją ramieniem, początkowo na chwilę, żeby pogłaskać ją po ramieniu i dodać jej otuchy, ale jakoś tak… nie cofnął ręki. No chyba że zaczęłaby protestować, ale na razie protestu nie usłyszał. Zapalił oba papierosy - najpierw jej, potem swój - po czym schował zapalniczkę do kieszeni i zaciągnął się dymem. - Poza tym… rozwój na torze? Powiedz coś więcej, brzmi interesująco - zaciekawił się tematem. Czym się zajmowała? Prowadziła auta? Remontowała je? Kurwa, nic o niej nie wiedział. A raczej - nic nie wiedział o dorosłej Rissy.

Zaśmiał się głośno, kiedy nazwała się idiotką. - Wyluzuj, żadna z ciebie idiotka - uśmiechnął się i spojrzał na nią z ukosa. Ciekawe, czy gdyby wiedziała, że pensjonat należał do niego, nadal zdecydowałaby się na rezerwację w tym miejscu? Znowu zaciągnął się papierosem, po czym wypuścił dym gdzieś w bok. - W ramach rekompensaty wystarczy kawa - dodał, niby od niechcenia, aleee... jakaś tam NADZIEJA na kolejne spotkanie zaczęła się tlić. Z drugiej strony - serio to powiedział? Kawa? Naprawdę, Rosenhall? Brzmiał jak napalony nastolatek, który chciał wyciągnąć numer od koleżanki z ławki. Cholera, ale on serio chciał z nią usiąść i pogadać, chętnie odnowiłby tę znajomość, fuck.

Nastała krótka, nagła cisza, przerywana jedynie cichym szumem wiatru. Leo spojrzał na blondynę z boku i jakoś tak... zawiesił na niej wzrok. Troszkę za długo. Jego dłoń, wciąż spoczywająca na jej ramieniu, wykonała niespieszny ruch. Zaczął znowu delikatnie, niemal podświadomie, gładzić kciukiem miękki materiał jej ubrania. No i nagle zapaliła mu się w głowie czerwona lampka. Co on odwalał? To, że kiedyś się znali, nie oznaczało, że dalej była singielką. Minęło mnóstwo czasu. Paris mogła ułożyć sobie życie, mogła mieć kogoś na stałe… a on obejmował ją tutaj jak swoją i jeszcze bezczelnie gładził po ramieniu, lol. No i mimo tych alarmujących myśli, i tak nie zabrał ręki, HEHE. - No a tak poza pracą i torem… - zagadnął. - Czy jakiś zazdrosny facet nie połamie mi rąk za to, że jego kobieta śpi u mnie w domu? - rzucił, po czym puścił do niej oko. Niby rzucił to półżartem, ale w jego oczach pojawiła się ciekawość. Naprawdę chciał wiedzieć, czy Paris była wolna, nawet jeśli zakończył swoje małżeństwo… yyy… miesiąc temu.

Miał do niej słabość, cholera.


Cigarettes in the night, burning hot, bright
Never too young, never too wrong


𝑅𝑖𝑠𝑠𝑦
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
I'm scared that I'll miss you, happens every time
I don't want this feelin', I can't afford love
I try to find a reason to pull us apart
It ain't workin' 'cause you're perfect
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Paris nie potrafiła oderwać od niego spojrzenia, choć bardzo starała się to ukryć. Przeniosła wzrok na samochody, pędzące po ulicy i na pojedynczych ludzi, prawdopodobnie wracających z jakichś szalonych imprez — i to tylko po to, żeby po paru sekundach znowu na niego zerknąć. Z jednej strony nie chciała dać mu tej satysfakcji i poczucia, że nadal mógłby mieć ją w garści, jakby pewnie chciał. Z drugiej nie potrafiła się zwyczajnie napatrzeć, bo Leo miał w sobie pewną aurę, której nie potrafiła zupełnie zignorować. Szczególnie teraz, gdy mogła dostrzec te małe aspekty, które zmieniły się na przestrzeni lat; przede wszystkim Leo wydoroślał. Jego spojrzenie było inne; wwiercało się niemal w samą jej duszę, sprawiając przy tym, że jej serce biło niespokojnie.

To na pewno dlatego, że jestem pijana.

Uśmiech też miał inny, kiedyś rozczulający, a dziś wywołujący szalone myśli w jej głowie. To chyba efekt tak długiej rozłąki, podczas której zdążyła odzwyczaić się zarówno od jego widoku, jak i obecności samej w sobie. Rissy doskonale pamiętała pierwsze dwa lata po ostatnim spotkaniu z Rosenhallem; każdy chłopak, z którym się spotykała był do niego porównywany. Wszyscy mieli czegoś za mało albo za dużo. Nikt nie był nim, nikt nie nazywał jej Rissy, nikt nie sprawiał, że nie potrzebowała tak dużo fałszywej adrenaliny w swoim życiu. No, bo spędzanie czasu z Leo, dawało jej wystarczająco dużo skrajnych emocji, których tak bardzo niegdyś pragnęła.

Kingsley na początku nie mogła narzekać na ich relację. No przecież prościej się nie dało. Mogła go całować, ile chciała. Mogła rozmawiać z nim, spędzać każdą minutę, by potem bez zbędnych gierek, wciągnąć go ze sobą do łóżka. Dobry układ — znany i bezpieczny. Gdzieś w tym wszystkim, zaczęła jednak… cholera, czuć. Czuć, że może chciałaby coś więcej, że może wolałaby, jakby inaczej to pociągnęli. Ale potem Leo znikł już na dobre, a jej nie pozostało nic innego, jak zaakceptować obecny stan rzeczy i zacząć żyć po swojemu.

Prawdę mówiąc, myślała, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Już parę lat temu pogodziła się ze świadomością, że został jej jedynie Instagram i może, zobaczą się przypadkiem gdzieś w Oakville, jeśli los okaże się tak dobry… albo właściwie złośliwy? To dlatego wpatrywała się w niego z taką frustracją i niedowierzaniem; jak mógł pojawić się ot tak, znikąd?

— Dwa tygodnie? — powtórzyła zaraz za nim, śmiejąc się złośliwie pod nosem. — Nie wiedziałam, że z ciebie taki casanova, Rosenhall — zażartowała. — Dłużej widywałeś się ze mną niż ze swoją… Cóż, byłą żoną — dodała z rozbawieniem, odgarniając włosy za ramię. Czy trochę połechtało to jej ego? Oczywiście, że tak. — W takim razie musisz mnie oświecić, Leo. No, żebym nie miała takich przestarzałych informacji. Strasznie to frustrujące — rzuciła niewinnie, znowu na niego zerkając.

Boże, żaden mężczyzna nigdy nie był bliski bycia jak on.

Ten uśmiech, ten wzrok, ta gestykulacja, wszystko w nim było i d e a l n e.
Miała ochotę wypić jakiegoś szota, który ocuci ją z tego letargu. Nie mogła się tak zachowywać. Nie miała osiemnastu lat, żeby znowu się za nim uganiać jak jakaś idiotka; była już zupełnie inną osobą.

Dziewczyna pokiwała lekko, niemal automatycznie głową, słysząc jego kondolencje. Przez ostatnie dwa lata, słyszała je notorycznie; od niedawna przestała je nawet przetwarzać. Pogodziła się ze stratą obojga rodziców — na tyle, na ile się dało. Została już całkowicie sama, bez rodzeństwa, bez bliskiej rodziny. To było ciężkie, ale do przywyknięcia. Bywały noce, gdy ta myśl ściskała jej gardło, ale zwykle radziła sobie nie najgorzej. Bywały dni, gdy wcale nie czuła się, jakby była całkowicie sama.

— Robił najlepsze pancakes na świecie. Nic dziwnego, że ważyłam tak dużo jak byłam gówniarą — zaśmiała się, przechylając subtelnie głowę, nieświadomie opierając ją na ramieniu Leo. W tym czasie zdążyła już zaciągnąć się swoim papierosem, po chwili wydychając dym w stronę nieba. Nadal się od niego nie odsunęła, czerpiąc pewną przyjemność z tego, że nie zabrał swojej ręki. Mogła poczuć jego perfumy i wyczuć ciepło jego ciała; znajome, a jednocześnie bardzo odległe odczucie. — Och, to ty nie wiesz? — zapytała z zaskoczeniem, w końcu unosząc głowę. Wyciągnęła swoją komórkę z kieszeni swojej spódniczki, żeby wyszukać zdjęcie, zrobione przez któregoś z jej przyjaciół. — Biorę udział w wyścigach. Co prawda nielegalnych, ale można za to dostać mega dobrą kasę — powiedziała, strzepując papierosa, zanim znowu na niego spojrzała. — Byłeś moją inspiracją — rzuciła, stukając go palcem wskazującym w klatkę piersiową. — I jestem w tym naprawdę dobra — dodała z dumą, zanim znowu zaciągnęła się dymem. — Może zaproszę cię na kolejny wyścig, staruszku, żebyś zobaczył na co mnie teraz stać — powiedziała kąśliwie.


Na wspomnienie o kawie, dziewczyna przechyliła głowę do boku, nie potrafiąc ukryć swojego rozbawionego uśmiechu. Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem, jednak ostatecznie skinęła głową. Skoro już spotkali się po takim długim czasie, co im szkodzi spotkać się jeszcze… parę razy, prawda? Och, Rissy wyraźnie odczuła na sobie jego wzrok, ale nawet nie drgnęła. Gdy zaczął gładzić jej ramię, Kingsley musiała pochylić głowę, udając że dogasza niedopałek swojego papierosa, by nie zdradzić tego, jak znowu zaczęło bić jej serce.

Głupie, głupie serce.

Dopiero jego pytanie, wyrwało z jej ust cichy śmiech. Spojrzała na niego, subtelnie przesuwając się, by stanąć tuż przed chłopakiem i ułożyła dłonie na jego klatce piersiowej, pochylając się w jego stronę, by spojrzeć mu prosto w oczy. — Nie potrafisz się bić, Leo? — zapytała teatralnie, zaraz jednak parskając pod nosem. — Całkiem sprytny sposób, żeby dowiedzieć się, czy mam faceta — odparła, klepiąc go po klatce, zanim nieznacznie się odsunęła. — Śpię w pokoju na piętrze, a nie u ciebie — powiedziała, skinieniem głowy, wskazując na jedno z okien. — Pewnie to nic w porównaniu z twoją częścią mieszkalną — dodała, unosząc kącik ust w kpiącym uśmiechu.

Och, jak bardzo za tym tęskniła.

Leo
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak w sumie… nie interesowały go pędzące w oddali samochody ani pijani ludzie wracający z klubów. Wpatrywał się w Paris jak w obrazek, jakby każdą sekundą tego spotkania próbował nadrobić lata nieobecności. Śledził wzrokiem ułożenie jej włosów, sposób, w jaki marszczyła nos, gdy się nad czymś zastanawiała i to, jak układały się jej usta przy każdym uśmiechu. Chciał to wszystko zapamiętać i wyryć sobie w pamięci, gdyby rano ten wieczór okazał się tylko pięknym snem.

Gdy wyjechał do Anglii, miał bardzo bogate życie towarzyskie i niejedną kobietę u swojego boku. Piękne, ambitne, czasem szalone… ale nigdy żadnej z nich nie porównywał do Rissy. Zupełnie tak, jakby podświadomie nigdy nie zamierzał szukać ideału, który mógłby jej dorównać - jakby szufladka w jego sercu została zamknięta na cztery spusty i oznaczona etykietą NIEMOŻLIWE DO POWTÓRZENIA. Po prostu… każda inna dziewczyna, która pojawiała się w jego życiu, była niewystarczająca.

Dłużej widywałeś się ze mną niż ze swoją… Cóż, byłą żoną. Auć. Zaśmiał się pod nosem i zaciągnął się papierosem. No, nie dało się z tym polemizować w żaden sposób. - Na to wygląda - przytaknął i pokiwał powoli głową, przy okazji wypuszczając dym prosto w rozgwieżdżone niebo. Cóż, nie zamierzał zaprzeczać. Z Luną zaliczył pijaną wpadkę w Vegas, z Rissy natomiast miał lata wspólnej historii - powroty na święta i wakacje, godziny przegadane w samochodzie i noce, które mogły trwać w nieskończoność. Kurwa, przez jakiś czas Paris Kingsley była jedyną stałą w jego życiu, zawsze czekającą w Oakville. Zaciągnął się dymem po raz ostatni i rzucił niedopałek na ulicę, mimo że wcześniej zjechał Rissy w myślach za to samo. Hipokryta. - Dobrze, ale sama tego chciałaś - uprzedził ją. Oparł się wygodniej o murek i spojrzał w niebo. Musiał zebrać myśli, okej? - Pojechałem do Vegas z kumplem, a ona poderwała mnie przy barze. Najebaliśmy się, wzięliśmy ślub i przyjechała za mną do Toronto, ale oboje uznaliśmy, że to było… hm, lekkomyślne - wzruszył ramionami. - Ot, cała historia mojego ślubu w Vegas. Z powrotem jestem szczęśliwym singlem - posłał jej czarujący uśmiech. Ciekawe, czy Rissy też była szczęśliwą singielką, booo tak w sumie to chyba serce by mu ścisnęło, gdyby się okazało, że ułożyła sobie życie. I to wcale nie chodziło o to, że nie chciał, żeby była szczęśliwa - wręcz przeciwnie - jednak… gdy tylko ją rozpoznał, gdy tylko zaczęli rozmawiać, gdy tylko znów zobaczył jej uśmiech, odżyły w nim uczucia, o których już dawno zapomniał. Co z nim było nie tak?

Dobrze, koniec tych sentymentów, Leo, skup się. O czym to oni rozmawiali? A, tak. Kariera. - A co do mojej kariery, miałem wypadek prawie dwa lata temu i już nie wróciłem na tor - dodał trochę ciszej, bo mimo upływu czasu, to wciąż cholernie bolało. Nienawidził dnia, w którym lekarze powiedzieli mu, że już nigdy nie wróci do bolidu. Niby odziedziczył pensjonat, ale ten biznes nie był w stanie zastąpić odgłosu ryczącego silnika, zapachu palonej gumy i adrenaliny na każdym zakręcie. Codzienność była po prostu… cicha. Za cicha.

Na szczęście Rissy zmieniła temat. Naleśniki? - Dla mnie wyglądałaś obłędnie, Rissy - zaprotestował, po czym - bez żadnego zastanawiania się - przesunął dłoń z jej ramienia niżej, na jej talię, żeby przyciągnąć ją lekko do siebie. - Nie pamiętasz już, jak nie mogłem się od ciebie oderwać? - przypomniał jej i przewrócił oczami. Pewnie dodałby coś jeszcze, gdyby Paris nie zaczęła opowiadać mu o wyścigach. NIELEGALNYCH. Nachylił się nad telefonem, gdy pokazała mu zdjęcie - siedziała za kierownicą, skupiona, niebezpiecznie seksowna i… cholera? Wait a second. W czym ona brała udział?! Że on był czym?! - Inspiracją? Chyba oglądałaś moje wyścigi od tyłu, skoro wyciągnęłaś z nich wniosek, że uciekanie w nocy przed policją to świetny plan na życie, nie masz innych hobby? - spytał, kręcąc głową z niedowierzaniem. Zaraz uśmiechnął się lekko. Dalej potrafiła go zaskoczyć. - Poza tym… staruszku? Jestem tylko rok starszy, Kingsley - przypomniał jej. I jeszcze chciałaby - może - zaprosić go na wyścig? Kurczę, czy ta dziewczyna w ogóle zdawała sobie sprawę, w czym brała udział? Kurczę x2, czy ona ścigała się po nocach z jakimiś obcymi typami? - Przyjadę chyba tylko po to, żeby wyciągnąć cię z aresztu - odparował i puścił jej perskie oczko.

Czuł zbyt wiele emocji naraz. Po pierwsze, zmartwił się, że igrała z prawem jak z ogniem. Po drugie, czuł dziwny ścisk w klatce piersiowej, gdy pomyślał, że mogłaby ścigać się z jakimiś bananami. Po trzecie, tak kurewsko chciał znowu uczestniczyć w jej życiu.

Cholera.

Nagle Paris zrobiła krok wprzód, zmniejszając dzielący ich dystans. Stanęła tuż przed nim i - patrząc mu prosto w oczy - ułożyła dłonie na jego klatce piersiowej. No i super, serce znowu mu przyspieszyło. Tęsknił za tym uczuciem, dawno go nie czuł. Tylko ona potrafiła je wywołać. Objął ją mocno w talii, a gdy poklepała go lekko po klatce i chciała się odsunąć, nie pozwolił jej na to. - To chociaż odpowiedz szczerze, masz faceta? - spytał, dalej ją obejmując i śledząc wzrokiem jej twarz. Chciał wiedzieć. Tu i teraz. Zanim jednak zdążyła jakkolwiek zareagować na jego bezpośredniość, uciekł wzrokiem w stronę okna na piętrze, które wcześniej mu wskazała, i uśmiechnął się bezczelnie. - A może chcesz to zmienić? Mam u siebie naprawdę wygodne łóżko, Rissy - odpowiedział bez namysłu, zniżając głos do szeptu tylko dlatego, że akurat przeszedł obok nich jeden z gości pensjonatu. Rzucił im szybkie, zaciekawione spojrzenie i jeszcze szybciej zniknął we wnętrzu budynku.

Hmmm… No, najwyżej dostanie w ryj albo oberwie torebką po raz drugi, ale co tam.

𝑅𝑖𝑠𝑠𝑦
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
I'm scared that I'll miss you, happens every time
I don't want this feelin', I can't afford love
I try to find a reason to pull us apart
It ain't workin' 'cause you're perfect
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Paris mimo wszystko, cholernie mocno starała skupić się na czymkolwiek innym niż Leo Rosenhall. Nie chciała być jedną z tych dziewczyn, które na widok chłopaka, na którym im zależało, zaczynały kompletnie tracić rozum. A jego widok nie był przecież dla niej łatwy, bo budził w niej uczucia i sentyment, który wrócił do niej z zawrotną prędkością, zupełnie bez żadnego ostrzeżenia. Czy to nie było cholernie żałosne? Wystarczyło zaledwie krótkie spojrzenie, jeden z tych charakterystycznych dla niego uśmiechów, żeby jej myśli całkowicie się rozbiły, wywołując w niej falę wspomnień i tej typowej ekscytacji dla ich relacji, przez którą nieznacznie wstrzymała oddech. Miała do niego słabość od samego początku, cholera jasna. A jeszcze jego zachowanie… niezwykle utrudniało jej zgrywanie jakiejś niedostępności lub dystansu. Szczególnie, że i jej serce biło prędko, ilekroć nawiązywała z nim kontakt wzrokowy. Kogo ona chciała oszukać? Wciąż na niego leciała, a nic nie lubiła bardziej od flirtu i poczucia, że jest zwyczajnie chciana. A Leo spoglądał na nią, jakby nie widział dziś nic lepszego; zapomniała, jakie to uczucie. Miłe. Uzależniające. To fascynujące, że poza drobnymi zmianami wizualnymi, Kingsley czuła się, jakby minęło zaledwie parę tygodni lub miesięcy od ostatniego razu, jak się widzieli. A mogli przecież być już zupełnie innymi ludźmi; i pewnie poniekąd tak było, bo oboje dorośli i mieli swoje rzeczy na głowie. Rissy była zdecydowanie bardziej bezpośrednia niż kiedyś, a przy tym niczego się nie bała. Co było widać po jej gestach, odważnym spojrzeniu i słowach, które wypadały z jej ust bez pomyślunku, a które często sprawiały jej nie lada kłopoty.

Gdy mężczyzna przyznał jej rację, Kingsley zerknęła na jego profil od boku. Zaciągnęła się swoim papierosem, śledząc spojrzeniem całą jego buzię. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby znowu widywać go regularnie. To, że spotykali się długo i przy każdej możliwej okazji, nie było jednak niczym zaskakującym. Dobrze się kiedyś dogadywali, czuli się przy sobie swobodnie, a przy okazji mieli ten spark, który nie gasł wraz z końcem nocy. Poza tym nigdy im się nie nudziło, a emocji nie brakowało, przez co Paris zawsze było za mało; jego. Bo Leo zadowalał ją na każdej możliwej płaszczyźnie, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Korzystając z okazji, dziewczyna odwróciła się do niego bokiem, opierając się biodrem o murek, by móc na niego wygodnie patrzeć. Nie chciała przegapić żadnej zmiany w mimice jego twarzy. Słysząc pierwszą część jego historii, Kingsley zaśmiała się pod nosem, kiwając lekko głową; od tej strony jeszcze go nie znała. Damn, Leo. Nie wiedziałam, że jesteś takim cholernym imprezowiczem — skomentowała, klepiąc go łagodnie po ramieniu. — Zaimponowałeś mi — dodała, a jej słowa były kompletnie pozbawione złośliwości. To była historia, która zdecydowanie mogłaby jej się przydarzyć. — Dałeś się poderwać pierwszej lepszej lasce w Vegas, kiedy cały czas miałeś mnie pod nosem. Niesamowite. Powinnam poczuć się urażona — rzuciła żartobliwie, mimo wszystko ciesząc się, że Leo znowu był singlem. I to szczęśliwym. Bo to oznaczało dla niej otwartą furtkę, z której rzeczywiście chciała skorzystać. Chociaż na samą myśl, że miał choćby chwilową żonę, czuła dziwne rozdrażnienie. Serio? Przypadkowa dziewczyna? Jak szybko musiał o niej zapomnieć? Paris musiała mu chyba przypomnieć, kto był najlepszym towarem w mieście, jak nie w całej Kanadzie.

Dopiero wspomnienie o jego skończonej karierze sprawiło, że coś w niej drgnęło. O tym akurat nie wiedziała; informacje na temat Leo zawsze docierały do niej szczątkowo. Wysuwała pewne wnioski po swoich obserwacjach na Instagramie albo przez wspólnych znajomych. Nie sądziła, że Rosenhall musiał porzucić swoje marzenia i wielką karierę, dla której wyjechał z kraju. Nie chciała jednak wyglądać na przejętą, bo podejrzewała, że mężczyzna usłyszał już wystarczająco dużo „wyrazów współczucia”. Pewnie po jakimś czasie miał ich dość — ona by na pewno miała. Człowiek chciał w końcu wziąć się za siebie i pójść naprzód, a ludzie bezustannie przypominali o twojej porażce.
— Przejebane — westchnęła. To był jedyny komentarz, na jaki było ją obecnie stać. — To koniec? To znaczy… nawet za jakiś czas, nie będziesz mógł wrócić? — zapytała z nutą niedowierzania, której już nie potrafiła tak dobrze ukryć. Nie potrafiła uwierzyć, że za sprawą jednego wypadku, Rosenhall nie mógłby wrócić do jazdy. Przecież on… od zawsze tego chciał.

Paris odetchnęła z zaskoczeniem, kiedy Leo zsunął dłoń na jej talię, żeby przyciągnąć ją do siebie, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Odważnie. Komplement z jego ust sprawił jednak, że na jej wargach zakwitł rozbawiony uśmiech; splotła dłonie za jego karkiem, spoglądając w jego oczy z błyskiem.
— No właśnie chyba nie pamiętam. To było tak dawno temu — westchnęła z udawanym przejęciem. — Już nie wyglądam tak obłędnie, Rosenhall? — wymruczała złośliwie, leniwie znów się nad nim nachylając. Czuła zapach jego perfum, subtelnie zmieszany z dymem papierosowym, ale kompletnie jej to nie przeszkadzało. Ba, mogłaby śmiało stwierdzić, że było to całkiem pociągające.

Słysząc jego słowa, roześmiała się, wzruszając niewinnie ramionami. Kiedyś nie była aż do tego stopnia szalona. Kiedyś lepiej odróżniała niebezpieczne rzeczy od tych, które nie wyrządza jej krzywdy. Kiedyś też bardziej dbała o takie detale, a teraz stawiała wszystko na jedną kartę. Szukała emocji, energii i adrenaliny, dzięki której jakkolwiek potrafiła teraz funkcjonować.
— Robię też fajne drinki? — zaproponowała, bo to było o wiele spokojniejsze hobby. Jak zaczynała pracować w barze to zajmowała się alkoholem, dopiero po roku dostała rolę menadżerki. Odpowiadało jej to; była to idealna ilość odpowiedzialności i jednocześnie swobody. — Rok to już wystarczająco dużo, żeby zostać w tyle z trendami — rzuciła złośliwie, wytykając w jego stronę język. Zaraz poklepała go pocieszająco po ramieniu.
— Nie martw się, Leo. Ścigam się już od ponad trzech lat. Znam się lepiej na samochodach niż większość mechaników w okolicy — powiedziała pokrzepiająco. Nie było to kłamstwo; to była jej największa pasja, a to, że robiła to nielegalnie… Potrzebowała adrenaliny. Dużo. W jakiejkolwiek formie. Jak mogła wprowadzić sobie ją w życie na stałe, to nie zastanawiała się dwa razy. Szturchnęła go w lekko w bok. Jeszcze nigdy nie dała się złapać policji i nie zamierzała tego zmieniać w najbliższym czasie. — Och, mój bohaterze — rzuciła teatralnie i kąśliwie, zanim zaśmiała się pod nosem.

Paris spojrzała prosto w jego oczy, gdy nie dał jej uciec z jego dłoni. Uśmiechnęła się zaczepnie, przechylając głowę do boku, by subtelnie przesunąć palcami po jego policzku. Ha. Nadal nie mógł jej się oprzeć. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią.
— Nie mam, Rosenhall. I co teraz? — zapytała niewinnie, jakby nie rozumiała, dlaczego pytał o takie rzeczy. — Żadnych chłopaków, niedoszłych narzeczonych i byłych mężów — dodała złośliwie, mrużąc przy tym oczy. Oczywiście, że zamierzała wbijać mu za to wszystko malutkie szpileczki. Denerwowanie go zawsze sprawiało jej frajdę.

— Och, moje koleżanki, mogą się zdziwić, jak wrócą i nie będzie mnie w pokoju — powiedziała z udawanym przejęciem, zanim subtelnie przesunęła opuszkami palców po jego szczęce. — Co zrobić? Chętnie bym obejrzała twoje mieszkanie. I może pokazała ci od razu, jakich drinków nauczyłam się przez ostatnie lata — parsknęła, spoglądając po raz kolejny w stronę pensjonatu. Szybko powróciła do niego spojrzeniem z typowym dla siebie uśmiechem. — Jak wygodne masz to łóżko, Rosenhall? — zapytała, jakby wystarczająco się namyśliła.

A d r e n a l i n a.
E m o c j e.
L e o.

Leo
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mógł się jej oprzeć. W ogóle.

Miał wrażenie, jakby ostatnie dziesięć minut w jej towarzystwie obniżyło mu IQ o połowę i sprawiło, że przestał myśleć w jakikolwiek logiczny sposób. Znowu czuł się jak nastolatek, któremu robiło się gorąco na sam widok Paris Kingsley. Wciąż mu się cholernie podobała, a może nawet bardziej niż kiedyś. Damn, właśnie zaczął się zastanawiać, czy nie traktował jej teraz w jakiś nachalny sposób, zwłaszcza, że po tym pamiętnym ślubie w Vegas wreszcie powinien zacząć być odpowiedzialnym człowiekiem, ale… to była Paris. Znał ją prawie całe życie i każde jej spojrzenie działało na niego jak zapalnik. - Nie ma się czym chwalić - mruknął z cichym rozbawieniem, kręcąc głową na jej komentarz o imprezowiczu. Uch, aż za dobrze pamiętał pierwszy raz, gdy urżnął się na jakiejś domówce, a potem Rissy była na niego w chuj wściekła, bo nie był w stanie odwieźć jej do domu i o trzeciej nad ranem musieli po nich przyjechać jego rodzice, ale hej, RAZ SIĘ ŻYJE, DOBRA?

Jezu, właśnie zdał sobie sprawę, że wtedy Rissy musiała uchodzić za tę rozsądniejszą. Well, czas szybko zmieniał ludzi... No, anyway. Dałeś się poderwać pierwszej lepszej lasce w Vegas, kiedy cały czas miałeś mnie pod nosem. Och. Uśmiech zszedł mu na moment z twarzy. Przechylił głowę na bok, posłał jej zaskakująco poważne spojrzenie i zerknął w jej ciemne oczy. - A co, też chcesz wybrać się ze mną do Vegas, Kingsley? - rzucił pod nosem. Kurde. Sam fakt, że to powiedziała… nieważne, czy był to żart sytuacyjny czy mówiła bardziej serio… Zaraz. WAIT A SEC. Czy ona kiedykolwiek myślała o nich jak o czymś więcej niż tylko przelotnej relacji bez zobowiązań? Tak w sumie to przez te wszystkie lata nawet tego nie rozważał, ale… Cholera, co by się stało, gdyby po prostu do niej napisał po wyjeździe do Anglii? Gdyby nie dał tej relacji umrzeć śmiercią naturalną? Damn. Ech, Leo. To były zdecydowanie zbyt grube rozkminy jak na pierwszą czy tam drugą w nocy, zwłaszcza z zapachem jej perfum w nozdrzach. Odpuść, Leo. I weź się skup, do diaska.

Okej, zmiana tematu. Czy tylko on zauważył, że rozmowa kleiła im się nadzwyczaj dobrze? Mhm… To koniec? To znaczy… nawet za jakiś czas, nie będziesz mógł wrócić? Robiło się coraz poważniej, tak? Westchnął. - Niestety - zniżył głos i dyskretnie wskazał na swoją nogę, na której wciąż znajdowały się pamiątki po operacjach. - FIA cofnęła mi licencję - wyjaśnił krótko, bo nie miał ochoty zagłębiać się w szczegóły i przeżywać tego wszystkiego ponownie. Zresztą… przyznawanie się do porażki zawsze było w chuj trudne. Jak niby po latach miał jej powiedzieć, że jego noga nigdy nie odzyska pełnej sprawności, że nie zaliczył testów medycznych i że jeszcze jeden taki dzwon to wyląduje na wózku do końca życia? Nie chciał, żeby się nad nim użalała. - Gdybym mógł, wróciłbym tam choćby jutro - westchnął. Oddałby cały swój majątek, żeby znów wsiąść do bolidu, dać gaz do dechy i poczuć tę samą adrenalinę, która pojawiała się przy każdym seksie i wyścigu. Cholera, serio nie miał ochoty o tym gadać.

Zsunął obie dłonie na jej talię, jakby właśnie tam chciał znaleźć pocieszenie, podczas gdy Paris splotła palce na jego karku i zaczęła się z nim droczyć. Kurwa, uwielbiał tę kobietę. No i cyk, smuteczki na bok. Nie mógł być smutny, kiedy flirtowała z nim taka żyleta. - Nic się nie zmieniłaś, dalej wyglądasz obłędnie - uśmiechnął się do niej i puścił do niej perskie oko. No i super, znowu złapał się na tym, że zamiast myśleć racjonalnie, po prostu przyglądał się jej rysom, które teraz były o wiele bardziej zmysłowe i dojrzałe w porównaniu do czasów, gdy była nastolatką. Cóż za odkrycie, Leonidasie, wow. - Drinki brzmią bezpiecznie, zaprosisz mnie na drinka? - rzucił pod nosem, prawie muskając nosem jej nos. Teraz to już leciał flirtem na całego. Dawne wspomnienia odżyły, nic więc dziwnego, że trzymanie rąk przy sobie graniczyło z cudem, ale skoro Paris nie protestowała, a nawet sama wychodziła z inicjatywą i lgnęła do jego dotyku, uznał to za zielone światło. No i palce jednej dłoni niby przypadkiem zawędrowały pod jej kurtkę. Po prostu chciał poczuć ją jeszcze bliżej siebie.

Chwilę później z dumą ogłosiła, że ścigała się już od trzech lat i znała się na autach lepiej niż większość lokalnych mechaników. No i kurde… zaimponowała mu. Serio. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek będą dzielić pasję, którą ona dopiero co zaczęła rozwijać, a on… właśnie musiał o niej zapomnieć. Zostało mu z tego jedynie okazjonalne grzebanie w silnikach w warsztacie kumpla, dokładnie tak samo, jak za gówniarza, kiedy składał stare gruzy z tatą w garażu obok domu. - Ufam ci, Kingsley, tylko tego nie spierdol - skomentował krótko z uśmiechem, mimo że w jego głowie dalej zapalała się i gasła na zmianę wielka czerwona żarówa, która wyświetlała tylko jeden napis. PRINCESS IN DANGER.

Nie mam, Rosenhall. I co teraz? Żadnych chłopaków, niedoszłych narzeczonych i byłych mężów. Nie miała absolutnie nikogo. Wygrał na loterii, prawda? Przesunęła palcami po jego policzku, chwilę później po szczęce… dokładnie tak jak kiedyś, w tym wszystkich momentach, kiedy wspinała się na palce, żeby go pocałować. Kurwa. - No to teraz masz kłopoty - mruknął drapieżnie pod nosem, poważniejąc. Zerknął na jej usta. Ciekawe, jak smakowały? Nachylił się bliżej. Czy on właśnie tracił nad sobą kontrolę? Fuuuuuck. - Napisz do nich - odparł krótko na jej tekst o koleżankach, dając jej jasny znak, że nigdzie jej dziś nie wypuści. Jej dotyk palił jego skórę, a spojrzenie rozgrzewało go całego. Była. Taka. Seksowna. Szybko poszło. - Wystarczająco wygodne, żebyś spędziła na nim resztę nocy - uśmiechnął się lekko. Nachylił się do niej bliżej, ale zamiast sięgnąć do jej ust, przysunął się do jej ucha. - Nie daj się prosić, Rissy - wyszeptał, po czym złożył powolny, gorący pocałunek na jej policzku, tuż przy kąciku ust, po czym ujął jej podbródek i zerknął jej prosto w oczy.

Nie wiedział, czy mu się to tylko wydawało, czy może naprawdę wyczytał z jej oczu dokładnie to samo, co sam czuł - dziką chęć powrotu do tego, co ich kiedyś łączyło? Cho-le-ra. Trudno, najwyżej spłonie w piekle za błędne interpretacje. Bez słowa splótł swoje palce z jej dłonią i zdecydowanym ruchem pociągnął w stronę drzwi pensjonatu. Minęli próg, po czym skierowali się w stronę klatki schodowej - szli na drugie piętro w lekkim półmroku i absolutnej ciszy przerywanej tylko przez ich głośne oddechy. Jezu. Szaleństwem byłoby rzucić na nią na ogólnodostępnym korytarzu, choć chęć była ogromna. Opanuj się, Rosenhall, ja pierdolę. No i udało mu się opanować, bo zatrzymał się dopiero przy ciężkich drzwiach prowadzących do jego prywatnego apartamentu, który zajmował całe ostatnie piętro.

Bez słowa sięgnął do kieszeni kurtki, żeby wyciągnąć klucze. No i kiedy zbliżył jeden z kluczyków do drzwi, trafił w futrynę. Fuck. Drugi raz? To samo. To na pewno przez Kingsley. Ciemność zdecydowanie nie pomagała. Um. - Jezu, Kingsley, stoisz za mną tak blisko, że zapomniałem, jak się używa kluczy - mruknął w ciemności, po czym po raz trzeci spróbował trafić kluczykiem w dziurkę. Bez powodzenia. Objął Rissy w talii, pod kurtką, po czym podał jej klucze do swojego mieszkania. - Potrzebuję cię - rzucił dwuznacznie, zaciskając palce na jej talii i oddychając głęboko. Poległ na tak prostym zadaniu jak otworzenie drzwi do mieszkania. I can’t.

To wszystko przez Kingsley.
A d r e n a l i n a
E m o c j e
R i s s y


𝑅𝑖𝑠𝑠𝑦
27 y/o
For good luck!
165 cm
menadżerka w The Fifth Social Club & street racer
Awatar użytkownika
I'm scared that I'll miss you, happens every time
I don't want this feelin', I can't afford love
I try to find a reason to pull us apart
It ain't workin' 'cause you're perfect
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rissy nigdy do końca nie dojrzała.
W teorii zaraz po śmierci matki, powinna brutalnie zderzyć się ze ścianą i wskoczyć w świat odpowiedzialności, dorosłości i powagi. W jej przypadku skutek był nieco odwrotny; zapragnęła emocji, adrenaliny i poczucia, że balansuje nad przepaścią, dzielącą ją zaledwie milimetry od… końca. Robiła wszystko, co mogło przynieść jej zgubę; spotykała się z niewłaściwymi ludźmi, imprezowała dzień w dzień, brała udział w nielegalnych wyścigach i nawet sięgała po substancje, których później gorzko żałowała. Nie widziała więc nic złego lub skrajnie głupiego w całej tej akcji z Vegas w przypadku Leo; żałowała jedynie, że sama nie mogła wziąć w tym udziału. Czy to nie byłoby zabawne? Ciekawe, czy gdyby pojechali tam razem, to też wpadliby na tak durny pomysł.
— Nie ma czego się wstydzić, Rosenhall. Dobrze wiedzieć, że nie wyrosłeś na sztywniaka — zażartowała, spoglądając w jego oczy z błyskiem rozbawienia. Lubiła ludzi, którzy podobnie jak ona, potrafili podjąć się ryzyka lub wskoczyć w nieznane. Nie ukrywała, że przez bardzo długi czas, Leo był jej najlepszym towarzyszem wielu dziwnych atrakcji. Dostarczał jej emocji jak nikt inny, a przy tym po prostu… cholera, po prostu był i rozumiał ją dokładnie, jakby czytał jej w myślach. Zawsze podobało jej się to, że mogła zwyczajnie chwycić go za nadgarstek i pociągnąć tam, gdzie chciała; bez zbędnych pytań lub wyjaśnień. A wtedy była jeszcze nastolatką i była znacznie mądrzejsza niż teraz, bo nadal miała ojca, o którego musiała zadbać. Teraz nie miała już żadnych ograniczeń.

Dostrzegając zmianę na jego twarzy, Kingsley uniosła pytająco brew, mimo wszystko nie spuszczając spojrzenia z jego oczu. Słysząc jego pytanie, Paris mruknęła pod nosem, jakby nie była do końca pewna, co powinna odpowiedzieć. W rzeczywistości już teraz była w stanie zapakować swoją podróżną torbę i udać się z nim nawet na drugi koniec świata, jeśli miało to oznaczać nową przygodę lub doświadczenia. Przecież znała Leo, przez pewien czas lepiej niż ktokolwiek inny. Jeśli nie zmienił się aż tak bardzo od czasu, gdy widywali się regularnie, to chętnie wróciłaby do tego, co ich kiedyś łączyło. Bo czemu nie? Przypatrując się jego twarzy i jednocześnie, czując dotyk na swoim ciele, nie potrafiła zebrać swoich myśli w jedno. Było to znajome, przyjemne uczucie, za którym najwyraźniej tęskniła.

Cóż, może po prostu tęskniła za całym Leo.


I za każdą pojedynczą rzeczą, która jakkolwiek się z nim wiązała. Za dniami, spędzonymi przy jego boku. Za jego pocałunkami, od których brakowało jej oddechu. Za rozmowami, które nigdy się nie kończyły. Za pieprzoną adrenaliną, ilekroć chwytała jego koszulkę w dłonie, chcąc aby był bliżej. T ę s k n i ł a. I przez wszystkie te lata, jedyne o czym myślała, to potrzeba zapełnienia dziury; po matce, po ojcu, po sobie, po Leo. Ja pierdolę, nic nigdy nie było wystarczające.
— Mogę jechać, gdzie zechcesz, Rosenhall — rzuciła w końcu, znowu muskając palcami jego policzek. Miała ochotę go pocałować. Znowu namieszać mu w głowie. A może bardziej sobie, niż jemu? — Tylko bez ślubów. Nie kręci mnie to teraz — stwierdziła, wzruszając ramieniem; nie przeżyłaby tytułu drugiej żony. Miała być jedyna w swoim rodzaju, do cholery.

Dziewczyna na nowo skupiła całą swoją uwagę na jego słowach. Nie podobało jej się to, jak skończyła się jego historia. Skoro wyjechał, biegnąc za karierą, to powinien korzystać z niej w pełni. To niesprawiedliwe. Zerknęła na jego nogę, od razu po tym wracając spojrzeniem do jego oczu. Serce zakuło ją boleśnie na samą myśl o tym, przez co musiał przejść. Uderzyła go zaciśniętą pięścią w jego klatkę piersiową, po chwili chwytając jego kurtkę w swoje palce, jakby chciała mu przyłożyć. — I nawet nie dałeś znać, że coś takiego miało miejsce? — rzuciła nerwowo. — Mam ochotę ci dołożyć, Leo — mruknęła zdenerwowana, ostatecznie wypuszczając materiał ze swojej dłoni. Sapnęła z frustracją, odrywając od niego wzrok. Wewnętrznie było jej przykro, że dowiadywała się o tym dopiero teraz, choć pewnie zachowałaby się podobnie jak on, gdyby znalazła się na jego miejscu.

Wyczuwając dłonie mężczyzny na swojej talii, Paris westchnęła pod nosem. No i jak miała zachowywać się jak na odpowiedzialną osobę przystało, jeśli los czy tam przeznaczenie, ciągle wystawiało ją na jakieś próby? Komplement, padający z jego ust sprawił, że zaśmiała się, przechylając głowę do boku, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Och, jak ona kochała takie słowa, głaszczące jej ego. Była jeszcze pewniejsza siebie niż kiedykolwiek wcześniej. — Bezpiecznie? — powtórzyła za nim z niedowierzaniem, muskając paznokciami skórę na jego karku. — Od kiedy alkohol brzmi jak coś bezpiecznego? — zapytała z rozbawieniem. Wiedziała, że jak tylko kolejny drink pojawi się w jej organizmie, jej granice… całkowicie się już zamażą. Choć czy ona w ogóle jeszcze jakieś posiadała? Boże, Leo był przecież tak blisko, że Rissy straciła resztki rozsądku; a jak miała szaleć to już na całego. Nie przeoczyła więc momentu, gdy jego dłonie wsunęły się pod jej kurtkę. Mógłby je włożyć nawet pod jej bluzkę i nawet by tego nie skomentowała.

Samochody były jej bajką, podobnie jak praca w barze; sprawnie łączyła oba te światy, które za to miały jedną wspólną cechę — noc. Paris kochała życie po zmroku, a przy tym zabawę, ekscytację i poczucie, że gdy tylko nadchodziła ciemność, mogła być po prostu sobą. Dzień, poranek i słońce, wysysały z niej całą energię. Lubiła spać do późnych godzin i uaktywniać się dopiero popołudniami, gdy każdy zwalniał swoją pracę, a ona dopiero zaczynała. A wyścigi… Cóż, były nie tylko świetnym zarobkiem, ale też dostarczały jej emocji, które skutecznie utrzymywały ją jeszcze przy życiu.

Paris zupełnie nieświadomie, przylgnęła bliżej niego, gdy tylko Leo nachylił się w jej stronę. Jego słowa sprawiły, że uderzyło w nią ciepło, a jej policzki lekko się zarumieniły. — To świetnie. Kocham kłopoty — szepnęła do jego ucha. Motylki w brzuchu. Czuła się jak nastolatka. Głupiutka nastolatka, na którą wszystko działało z podwójną siłą. Nie daj się prosić, Rissy. Kręciło jej się w głowie. Ten pocałunek mógłby zwalić ją z nóg, ale była zbyt uparta, żeby dać to po sobie poznać.

Poza tym chciała znacznie więcej.

Paris podreptała na swoich szpilkach tuż za nim, prawie potykając się o własne nogi. Zerknęła na ich splecione dłonie, a potem na całą jego sylwetkę. Czuł się tak jak ona? Jakby jego wytrzymałość wisiała na włosku? Czy to tylko ona znowu traciła dla niego głowę? Musieli naprawdę dorosnąć, skoro tak dobrze udawali. Rissy bezustannie go obserwowała, ostatecznie śmiejąc się cicho pod nosem, gdy tylko dostrzegła, że Rosenhall ma problem z otwarciem drzwi. — Co by było, gdybym była jeszcze bliżej? — zapytała, nachylając się w jego stronę. Przechwyciła klucze, wsuwając się tuż przed niego; zadrżała, gdy usłyszała jego dwuznaczne słowa, zagryzając mocno dolną wargę. Musiała się jakoś skupić. Wsunęła klucze w zamek i przekręciła je, ale zanim otworzyła wejście, nagle odwróciła się do niego przodem, opierając się plecami o drzwi. Przysunęła go do siebie za koszulkę, przez co ich usta dzieliło zaledwie parę milimetrów. — Jak wejdę to już szybko stąd nie wyjdę, Rosenhall — ostrzegła prawie w jego wargi, nie całując go jeszcze. Było tak ciemno, że wszystkie jej zmysły prawdopodobnie dwukrotnie się już wyostrzyły. — Ani z mieszkania, ani z twojego życia, więc lepiej to przemyśl, bo nie zamierzam przyjmować pieprzonych reklamacji — mruknęła, układając jedną z dłoni na klamce.

Leo
29 y/o
For good luck!
181 cm
właściciel pensjonatu The Rose Garden Inn
Awatar użytkownika
I got that summertime
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czym w zasadzie była dojrzałość? Hmm...

No… po wypadku na pewno się uspokoił, zmusiło go do tego życie, ale wcześniej? Czy był dojrzały? No… raczej nie. Gonił imprezę za imprezą, podrywał dziewczyny, podróżował po świecie z wyścigu na wyścig i zabierał rodzinę na zajebiste wakacje. Naprawdę dziwne, że po skasowaniu bolidu najgłupszą rzeczą, jaką zarobił, był pijany ślub w Las Vegas, a przecież bezustannie tęsknił za adrenaliną - naprawdę tęsknił za przyspieszonym tętnem i momentami, gdy świat wokół przestawał istnieć.

Dlaczego więc dopiero teraz, gdy znowu spotkał Paris na swojej drodze, te wszystkie emocje wróciły do niego ze zdwojoną siłą? Jak to możliwe, że przez ostatnie dwa lata pensjonat mu wystarczał? Cóż… pytanie powinno brzmieć - dlaczego myślał, że pensjonat mu wystarczał? Przecież... czuł pustkę i brakowało mu celu w życiu, a tym celem na pewno nie było prowadzenie pensjonatu w Toronto. Cholera. Serio, dlaczego dotarło to do niego dopiero teraz?

Nie ma czego się wstydzić, Rosenhall. Dobrze wiedzieć, że nie wyrosłeś na sztywniaka. Uśmiechnął się tylko pod nosem, gdy usłyszał jej rozbawiony głos. Może jednak trochę wyrósł na sztywniaka? Może stracił swoją SPARKLE po wypadku i teraz był tylko nudnym, młodym… yyy… boomerem? A może… może życie sprowadziło Rissy na jego drogę ponownie tylko po to, żeby przypomniał sobie o wszystkim tym, co kiedyś kochał? O jej roziskrzonym spojrzeniu, miękkich ustach, o cieple jej ciała i czystej adrenalinie, która krążyła w jego żyłach za każdym razem, gdy brała go za rękę albo porywczo ciągnęła go za koszulkę…? Nie, nie, nie chodziło przecież o Kingsley! Chodziło o auta, wyścigi, rywalizację… No i o Rissy jednak też. Cholera. Ona kiedyś wpędzi go do grobu, prawda?

Nagle wzruszyła ramionami i powiedziała coś, przez co wypuścił cicho powietrze z płuc. Mogę jechać, gdzie zechcesz, Rosenhall. Tylko bez ślubów. Nie kręci mnie to teraz. Dlaczego serce mu przyspieszyło? Fuck. - Uwierz mi, ślub to teraz ostatnia rzecz, o jakiej myślę - odpowiedział, wzdychając. Najpierw Jiji, potem pomyłka z Luną w Las Vegas… Nie, małżeństwo zdecydowanie nie było dla niego, powinien omijać ołtarze szerokim łukiem. Tak w sumie to nie wiedział nawet, czy chciałby się jeszcze kiedykolwiek w coś poważnie zaangażować - bo o ile w Jiji naprawdę był zakochany, tak z Luną po prostu zaliczył komiczną pomyłkę. Fairytale gone bad this time. Spojrzał na Rissy ze zdziwieniem, gdy zacisnęła dłoń na materiale jego koszulki. Zerknął na jej palce i stwierdził, że nic się nie zmieniła, dalej była tak samo impulsywna, porywcza i niebezpiecznie seksowna. No i cóż, wyraźnie nie spodobała jej się historia o zakończonej karierze. - Nie dałem ci znać, bo kiedy leżysz w szpitalu i dowiadujesz się, że twoje dotychczasowe życie właśnie się skończyło, to ostatnie, czego chcesz, to żeby ludzie patrzyli na ciebie z litością - odparł spokojnie, patrząc jej prosto w oczy. Ta odpowiedź musiała jej wystarczyć, nie zamierzał kontynuować tematu.

Ech, i jeszcze chciała mu za to dołożyć? Oj, Rissy… Jego spojrzenie na moment stało się odrobinę wyzywające, jakby chciał ją do tego zachęcić, ale Rissy ostatecznie puściła materiał jego ubrania i odwróciła wzrok. Cóż, przez dwa lata miał wystarczająco dużo czasu, żeby oswoić się z gorzką myślą o zakończeniu kariery, w przeciwieństwie do niej. Większym problemem był fakt, że powinien być odpowiedzialnym facetem, tak? Powinien zachowywać się jak dorosły. Dlaczego więc gdy obejmował Rissy w talii, czuł się jak ten sam dzieciak z Oakville, któremu wpadały do głowy najgłupsze pomysły na świecie? Cholera, to wszystko było jej winą - tych skrzących w oczach iskierek, lekkiego, złośliwego uśmiechu na ustach i tej pewności siebie, z jaką jej ciało wpasowywało się w jego objęcia.

Zaczynał sądzić, że Paris Kingsley została do niego przysłana przez samego diabła.

Umm… Myśl, Leo, myśl. Od kiedy alkohol brzmiał jak coś bezpiecznego? Um. Znowu go zagięła. Przechylił głowę na bok. O tym nie pomyślał, fuka. Przy niej po prostu zachowywał się jak idiotycznie zakochany małolat, który powoli delektował się dotykiem nagiej skóry kobiety pod jej kurtką i chciwie przesuwał dłoń coraz głębiej, pod bluzkę. - Od kiedy jest tylko marnym pretekstem, żebyś ze mną poszła - odparł z łobuzerskim uśmiechem, wzruszając niewinnie ramionami. Była po prostu boska. Od stóp do głów. Uwielbiał ją. A jak wyszeptała mu do ucha, że kochała kłopoty… Damn, uwielbiał ją jeszcze bardziej. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz. Zacisnął palce mocniej na jej gładkiej skórze - on też kochał kłopoty, zwłaszcza takie o nazwisku Kingsley. Jezuuu, jak on jej pragnął, i to nie była zwykła chęć na jej ciało, to była skrajna potrzeba zatracenia się w kimś, kto jako jedyny rozumiał go bez zbędnych słów.

Cholera, do diabła z tobą, Paris Kingsley.

I właśnie dlatego dziesięć minut później stali na drugim piętrze, po drzwiami prowadzącymi do jego apartamentu. Co by było, gdybym podeszła bliżej? Bez słowa przechwyciła jego klucze i wsunęła się przed niego. Odetchnął głęboko, a zapach jej perfum wypełnił jego nozdrza. Cho-le-ra. Ojezu. I can't. - Sprawdźmy - wymruczał jej do ucha, siląc się na swobodny ton. Miał nadzieję, że nie zdawała sobie sprawy, jak mocno biło mu serce. Po chwili wahania objął ją od tyłu i trzymał ją mocno w pasie, podczas gdy ona wsuwała klucz do zamka. W głowie mu się kręciło od bodźców, nic więc dziwnego, że nie mógł się już dłużej powstrzymać - nachylił się, odgarnął pasmo jej pachnących włosów z ramienia i złożył miękki, gorący pocałunek na gładkiej skórze jej szyi.

Złożyłby i drugi, gdyby Paris nie przekręciła zamka w drzwiach, nie odwróciła się do niego przodem i nie stanęła z nim twarzą w twarz, opierając się plecami o drewno. Przysunęła go do siebie za koszulkę tak mocno, że ich usta niemalże się ze sobą stykały. Podobało mu się, gdy była taka bossy. Cholera, czy Leo właśnie zapomniał, jak się oddychało? Jak wejdę to już szybko stąd nie wyjdę, Rosenhall. Wyszeptała te słowa prosto w jego wargi. Tak chciała się bawić? W porządku. Przysunął się jeszcze bliżej blondynki, po czym bez zastanowienia wsunął dłoń pod jej bluzkę, delektując się ciepłem jej ciała. Nie odsuwał ust od jej warg ani na milimetr. Czuł odurzający zapach jej perfum, słyszał jej przyspieszony oddech… Jezu, i to serce, jego serce biło teraz w szaleńczym, nierównym tempie. Pragnął jej. Teraz. Już. Natychmiast. Ani z mieszkania, ani z twojego życia, więc lepiej to przemyśl, bo nie zamierzam przyjmować pieprzonych reklamacji. Akurat ułożyła dłoń na klamce - Leo uśmiechnął się i wolną dłonią nakrył jej palce, mocno je ze sobą splatając. - Z mojego życia? Rizz… Ty nigdy z niego nie wyszłaś - rzucił w odpowiedzi, mierząc ją wzrokiem ostatni raz, zanim przymknął oczy i w końcu ją pocałował.

Ich usta złączyły się w powolnym pocałunku, jakby Leo najpierw chciał zbadać grunt i upewnić się, że to nie był tylko piękny sen. No bo, umówmy się, to byłby dość zajebisty sen… No ale to nie był sen, Rissy naprawdę tu była, a on naprawdę ją całował. Damn. No i kiedy już upewnił się o tym fakcie, pocałunek z ostrożnego przerodził się w głęboki i kompletnie pozbawiony hamulców, jakby chciał nadrobić stracone lata w zaledwie kilka sekund. Z każdą chwilą jego pocałunki stawały się szybsze, krótsze i bardziej natarczywe, nie dając jej ani chwili na złapanie tchu. Wspólnie nacisnęli klamkę do jego apartamentu, ani na sekundę nie przerywając pieszczot. Leo zrobił krok naprzód, wpychając Rissy do środka, a potem kopnięciem zamknął za nimi drzwi. W ciemnościach mieszkania obrócił ją i oparł plecami o drzwi z drugiej strony - przekręcił zamek na oślep, po czym w pośpiechu zrzucił kurtkę najpierw z siebie, a następnie z ramion Rissy. Wplótł palce jednej dłoni w jej jasne włosy, odchylając jej głowę lekko do tyłu, a drugą dłoń zacisnął na jej biodrze, bezczelnie wędrując palcami pod bluzką coraz wyżej i wyżej.

Przeniósł gorące pocałunki z jej ust na policzek, powoli schodząc wzdłuż linii żuchwy i składając krótkie muśnięcia na delikatnej skórze szyi. Nagle złapał ją za kraniec bluzki i pociągnął ją w górę, pozbywając się jej - gdy tylko materiał wylądował na podłodze, z powrotem odnalazł jej usta i wbił się w nie jeszcze mocniej, zatracając się w zapachu jej perfum i szybkim oddechu.

Jezu. Kilka dotknięć jej nagiej skóry wystarczyło, żeby w jego żyłach znowu zapłonął ogień.

Wreszcie czuł, że znowu żył.


𝑅𝑖𝑠𝑠𝑦
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rose Garden Inn”