Rissy nigdy do końca nie dojrzała.
W teorii zaraz po śmierci matki, powinna brutalnie zderzyć się ze ścianą i wskoczyć w świat odpowiedzialności, dorosłości i powagi. W jej przypadku skutek był nieco odwrotny; zapragnęła emocji, adrenaliny i poczucia, że balansuje nad przepaścią, dzielącą ją zaledwie milimetry od…
końca. Robiła wszystko, co mogło przynieść jej zgubę; spotykała się z niewłaściwymi ludźmi, imprezowała dzień w dzień, brała udział w nielegalnych wyścigach i nawet sięgała po substancje, których później gorzko żałowała. Nie widziała więc nic złego lub skrajnie głupiego w całej tej akcji z Vegas w przypadku Leo; żałowała jedynie, że sama nie mogła wziąć w tym udziału. Czy to nie byłoby zabawne? Ciekawe, czy gdyby pojechali tam razem, to też wpadliby na tak durny pomysł.
— Nie ma czego się wstydzić, Rosenhall. Dobrze wiedzieć, że nie wyrosłeś na sztywniaka — zażartowała, spoglądając w jego oczy z błyskiem rozbawienia. Lubiła ludzi, którzy podobnie jak ona, potrafili podjąć się ryzyka lub wskoczyć w nieznane. Nie ukrywała, że przez bardzo długi czas, Leo był jej najlepszym towarzyszem wielu dziwnych atrakcji. Dostarczał jej emocji jak nikt inny, a przy tym po prostu… cholera,
po prostu był i rozumiał ją dokładnie, jakby czytał jej w myślach. Zawsze podobało jej się to, że mogła zwyczajnie chwycić go za nadgarstek i pociągnąć tam, gdzie chciała; bez zbędnych pytań lub wyjaśnień. A wtedy była jeszcze nastolatką i była znacznie mądrzejsza niż teraz, bo nadal miała ojca, o którego musiała zadbać. Teraz nie miała już
żadnych ograniczeń.
Dostrzegając zmianę na jego twarzy, Kingsley uniosła pytająco brew, mimo wszystko nie spuszczając spojrzenia z jego oczu. Słysząc jego pytanie, Paris mruknęła pod nosem, jakby nie była do końca pewna, co powinna odpowiedzieć. W rzeczywistości już teraz była w stanie zapakować swoją podróżną torbę i udać się z nim nawet na drugi koniec świata, jeśli miało to oznaczać nową przygodę lub doświadczenia. Przecież znała Leo, przez pewien czas lepiej niż ktokolwiek inny. Jeśli nie zmienił się aż tak bardzo od czasu, gdy widywali się regularnie, to chętnie wróciłaby do tego, co ich kiedyś łączyło. Bo czemu nie? Przypatrując się jego twarzy i jednocześnie, czując dotyk na swoim ciele, nie potrafiła zebrać swoich myśli w jedno. Było to znajome, przyjemne uczucie, za którym najwyraźniej tęskniła.
Cóż, może po prostu tęskniła za całym Leo.
I za każdą pojedynczą rzeczą, która jakkolwiek się z nim wiązała. Za dniami, spędzonymi przy jego boku. Za jego pocałunkami, od których brakowało jej oddechu. Za rozmowami, które nigdy się nie kończyły. Za pieprzoną adrenaliną, ilekroć chwytała jego koszulkę w dłonie, chcąc aby był bliżej. T ę s k n i ł a. I przez wszystkie te lata, jedyne o czym myślała, to potrzeba zapełnienia dziury; po matce, po ojcu, po sobie, po Leo.
Ja pierdolę, nic nigdy nie było wystarczające.
— Mogę jechać, gdzie zechcesz, Rosenhall — rzuciła w końcu, znowu muskając palcami jego policzek. Miała ochotę go pocałować. Znowu namieszać mu w głowie. A może bardziej sobie, niż jemu?
— Tylko bez ślubów. Nie kręci mnie to teraz — stwierdziła, wzruszając ramieniem; nie przeżyłaby tytułu
drugiej żony. Miała być jedyna w swoim rodzaju, do cholery.
Dziewczyna na nowo skupiła całą swoją uwagę na jego słowach. Nie podobało jej się to, jak skończyła się jego historia. Skoro wyjechał, biegnąc za karierą, to powinien korzystać z niej w pełni. To niesprawiedliwe. Zerknęła na jego nogę, od razu po tym wracając spojrzeniem do jego oczu. Serce zakuło ją boleśnie na samą myśl o tym, przez co musiał przejść. Uderzyła go zaciśniętą pięścią w jego klatkę piersiową, po chwili chwytając jego kurtkę w swoje palce, jakby chciała mu przyłożyć. —
I nawet nie dałeś znać, że coś takiego miało miejsce? — rzuciła nerwowo.
— Mam ochotę ci dołożyć, Leo — mruknęła zdenerwowana, ostatecznie wypuszczając materiał ze swojej dłoni. Sapnęła z frustracją, odrywając od niego wzrok. Wewnętrznie było jej przykro, że dowiadywała się o tym dopiero teraz, choć pewnie zachowałaby się podobnie jak on, gdyby znalazła się na jego miejscu.
Wyczuwając dłonie mężczyzny na swojej talii, Paris westchnęła pod nosem. No i jak miała zachowywać się jak na odpowiedzialną osobę przystało, jeśli los czy tam przeznaczenie, ciągle wystawiało ją na jakieś próby? Komplement, padający z jego ust sprawił, że zaśmiała się, przechylając głowę do boku, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Och, jak ona kochała takie słowa, głaszczące jej ego. Była jeszcze pewniejsza siebie niż kiedykolwiek wcześniej.
— Bezpiecznie? — powtórzyła za nim z niedowierzaniem, muskając paznokciami skórę na jego karku.
— Od kiedy alkohol brzmi jak coś bezpiecznego? — zapytała z rozbawieniem. Wiedziała, że jak tylko kolejny drink pojawi się w jej organizmie, jej granice… całkowicie się już zamażą. Choć czy ona w ogóle jeszcze jakieś posiadała? Boże, Leo był przecież tak blisko, że Rissy straciła resztki rozsądku; a jak miała szaleć to już na całego. Nie przeoczyła więc momentu, gdy jego dłonie wsunęły się pod jej kurtkę. Mógłby je włożyć nawet pod jej bluzkę i nawet by tego nie skomentowała.
Samochody były jej bajką, podobnie jak praca w barze; sprawnie łączyła oba te światy, które za to miały jedną wspólną cechę —
noc. Paris kochała życie po zmroku, a przy tym zabawę, ekscytację i poczucie, że gdy tylko nadchodziła ciemność, mogła być po prostu sobą. Dzień, poranek i słońce, wysysały z niej całą energię. Lubiła spać do późnych godzin i uaktywniać się dopiero popołudniami, gdy każdy zwalniał swoją pracę, a ona dopiero zaczynała. A wyścigi… Cóż, były nie tylko świetnym zarobkiem, ale też dostarczały jej emocji, które skutecznie utrzymywały ją jeszcze przy życiu.
Paris zupełnie nieświadomie, przylgnęła bliżej niego, gdy tylko Leo nachylił się w jej stronę. Jego słowa sprawiły, że uderzyło w nią ciepło, a jej policzki lekko się zarumieniły.
— To świetnie. Kocham kłopoty — szepnęła do jego ucha. Motylki w brzuchu. Czuła się jak nastolatka. Głupiutka nastolatka, na którą wszystko działało z podwójną siłą.
Nie daj się prosić, Rissy. Kręciło jej się w głowie. Ten pocałunek mógłby zwalić ją z nóg, ale była zbyt uparta, żeby dać to po sobie poznać.
Poza tym chciała znacznie więcej.
Paris podreptała na swoich szpilkach tuż za nim, prawie potykając się o własne nogi. Zerknęła na ich splecione dłonie, a potem na całą jego sylwetkę. Czuł się tak jak ona? Jakby jego wytrzymałość wisiała na włosku? Czy to tylko ona znowu traciła dla niego głowę? Musieli naprawdę dorosnąć, skoro tak dobrze udawali. Rissy bezustannie go obserwowała, ostatecznie śmiejąc się cicho pod nosem, gdy tylko dostrzegła, że Rosenhall ma problem z otwarciem drzwi. —
Co by było, gdybym była jeszcze bliżej? — zapytała, nachylając się w jego stronę. Przechwyciła klucze, wsuwając się tuż przed niego; zadrżała, gdy usłyszała jego dwuznaczne słowa, zagryzając mocno dolną wargę. Musiała się jakoś skupić. Wsunęła klucze w zamek i przekręciła je, ale zanim otworzyła wejście, nagle odwróciła się do niego przodem, opierając się plecami o drzwi. Przysunęła go do siebie za koszulkę, przez co ich usta dzieliło zaledwie parę milimetrów.
— Jak wejdę to już szybko stąd nie wyjdę, Rosenhall — ostrzegła prawie w jego wargi, nie całując go jeszcze. Było tak ciemno, że wszystkie jej zmysły prawdopodobnie dwukrotnie się już wyostrzyły.
— Ani z mieszkania, ani z twojego życia, więc lepiej to przemyśl, bo nie zamierzam przyjmować pieprzonych reklamacji — mruknęła, układając jedną z dłoni na klamce.
Leo