—
Zjadam je, aby jedzenie się nie zmarnowało. Nie przywykłem do tego, że się je po prostu wyrzuca — powiedział, patrząc na nią dość wymownie. Już powinna dawno temu zauważyć, że ją obserwował. Że obserwował na dobrą sprawę wszystko i wszystkich, bo taką miał po prostu naturę. A to, że była w jego zasięgu o wiele bliżej oraz częściej niż inni, to znaczyło też tyle, że… patrzył na nią częściej. Nie to, że miał z tym problem, ale zauważał rzeczy, przyswajał je i to się działo samoczynnie. Nie mogła mu mieć tego za złe!
Brew mu drgnęła wyżej, gdy przeczytała mu jedną ze swoich wróżb i spojrzał na nią wzrokiem pełnym… politowania, jakby chciał zapytać „serio?”. Ale ona się tym niespecjalnie przejmowała, bo jeszcze go obraziła. Chyba.
—
Widzisz? Nie dziękuj — rzucił, kiedy uznała go za swoje wielkie szczęście. Nawet nie mógł zaprzeczyć, że był dziadem. I nie mógł się też kłócić z tym, że był przerośnięty, bo w swoich kręgach zdecydowanie był większy i wyższy niż… no, reszta. Niby nie było to trudne w Korei, ale patrząc na jego gabaryty, to zdecydowanie się wyróżniał.
Szkoda tylko, że jemu też miała znaleźć w tym wszystkim jakąś przepowiednię.
—
Spierdalaj jest życzliwe — uznał. Jak dla niego to było miłe, ale on akurat nie był dobrym człowiekiem do wyróżniania takich rzeczy. Miał nieco zaburzone poczucie „życzliwości”.
Mówiło się, że to Korea Północna była dziwna, a jak tak słuchał tych zwyczajów, które miał zachód, to wydawało się, że… to oni tu byli dziwni. Znaczy, dobra, Danon miał dyktatorów i każdy tam chodził jak w teatrze, odgrywał swoje role i nie mógł się wyróżniać, bo inaczej on oraz cała jego rodzina byli przeklęci przez kilka pokoleń. Jednak wygrywał.
—
Serio? — Serio, Danon. Przyzwyczaisz się. Jeszcze trochę pobędziesz wśród normalnych ludzi i sam tak będziesz mówić. Co prawda twoim jedynym znajomym jest Senna, bo innych do siebie nie dopuszczasz i nawet nie chcesz z nimi nie rozmawiać, nie mówiąc o tym, że nawet nie chodzisz do klubów czy innych publicznych miejsc, gdzie możesz kogoś spotkać. I szczerze mu to nie przeszkadzało. Dopuścił do siebie Senne i całkowicie mu to wystarczało. Ona sama będzie robić za przyjaciela i nauczyciela życia. —
Macie jeszcze jakieś dziwne powiedzonka? — Na cholerę się pytasz, Danon. Zaraz ona ci coś powie i dowali takiego, że w ogóle twoja głowa się spali.
Jeszcze trochę i nie będziesz tak odstawał od społeczeństwa.
Prychnął rozbawiony pod nosem, kręcąc w niedowierzaniu głową, kiedy stawiała kolejne pieniądze na zakłady. Pewnie to była ta sama dycha, którą chciała postawić na to, że wszystko zje i się porzyga, a że się poddał walkowerem, to teraz mogła postawić na coś innego. Równie prawdopodobnego.
—
Ty już więcej hajsu nie przepierdalaj — powiedział, zerkając na nią wymownie. Chociaż o to akurat mógł się z nią założyć, bo coś czuł, że jak dzisiaj zaśnie, w dodatku ululany, to naprawdę padnie jak zabity i tym razem ciężko będzie go dobudzić. Tu raczej nie liczył na nóż wbity w plecy, bo Senna mogłaby to zrobić dawno temu… chociaż z ich szczęściem może lepiej będzie jak jednak zachowa odrobinę czujności.
Spojrzał na nią z wymownie uniesioną brwią, przekrzywiając bardziej głowę w jej stronę.
—
A normalnie ci się podobam? — spytał. Sama się na minę właśnie wrzuciła. I w zasadzie nie umiał określić czy miało to znaczenie, czy nie. Normalnie miał na to wyjebane, ale ona była tym dziwnym przypadkiem, wyjątkiem od reguły. Nie dość, że się nią interesował bardziej niż powinien, to jeszcze o nią dbał. I odpierdalał dla niej szajs.
I nie zauważył kiedy stała się na tyle ważna, by tak się działo.
Ale fakt, że chciała mu oddać wygraną walkowerem, a co za tym szło, dać mu sesję usypiającą, było dość ciekawym zjawiskiem… w dodatku przyjemnym, chociaż przecież nie przyzna tego na głos, bo wtedy by wyszło, że mu się podobało.
—
Przyznaj, że po prostu boisz się, że moje sesje będą tak dobre, że się uzależnisz — powiedział luźno, wzruszając ramionami, jakby to było oczywiste.
Zaraz jednak podniósł się z ziemi, aby ogarnąć nieco jedzenie z podłogi, aby… no Tex już go nie zje, ale chociaż aby się nie walało.
—
Dobra, ale laptopa przenieś, bo chce wiedzieć co dalej — rzucił, chociaż nawet nie wiedział co włączył. Ale to nie miało znaczenia. Wziął się za sprzątanie. Jako takie. Mimo, że był facetem, to był dość porządnym. Dlatego nieco uprzątnął ten ich bufet i zaniósł resztki do kuchni, a później wrócił do sypialni, aby zalec jaj na łóżku, jak taki wielki (naprawdę wielki) naleśnik, brzuchem do materaca. —
Twoje łóżko jest wygodniejsze niż kanapa — powiedział, odwracając mordę w kierunku ekranu. —
Możemy się tam przenieść, bo jak zasnę tutaj, to mnie już nie przeniesiesz — powiedział. Skoro to miała być sesja usypiająca, to musiała się liczyć z tym, że to ona będzie spać na kanapie. Albo z nim tutaj.
Candace Callahan