-
what a wicked game we play.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Po zaparkowaniu zatrzasnął drzwi samochodu i ruszył w stronę domu. Gdy tylko przekroczył próg, do jego nozdrzy dotarł zapach pysznego jedzenia. Co jak co, ale Maria jako kucharka była zajebista. Na stole zawsze czekały jakieś niesamowite porcje, od których trudno było oderwać wzrok. Nic nie szkodziło, że pół godziny wcześniej opił się kawy. Dla jej potraw zawsze znajdował drugi żołądek. Postawił teczkę z dokumentami na szafce przy wejściu, zsunął buty i wszedł głębiej. - Hola, mi corazón - rzucił w jej kierunku. Rzadko zwracał się do niej po imieniu. Robił to właściwie tylko wtedy, kiedy był naprawdę wkurwiony. Podszedł od tyłu, położył dłonie na jej biodrach i musnął ustami kark. Jej słodkie perfumy przebijały się przez aromat gotowanego jedzenia, drażniąc jego zmysły bardziej, niż powinny. Dopiero po chwili odsunął się od niej i usiadł przy stole, chwytając leżącą tam gazetę. Odruchowo zaczął przeglądać kolejne strony, co jakiś czas spoglądając ponad nimi na swoją żonę.
Kiedy odwróciła się, żeby po coś sięgnąć, uniósł brew znad gazety. Wyglądała naprawdę p i ę k n i e. O wiele lepiej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Promieniała, dbała o siebie, nosiła ubrania, które idealnie podkreślały jej sylwetkę. Zmieniła się. I właśnie to uderzyło go najmocniej. Złość powróciła niemal natychmiast. Doskonale wiedział, że nie robiła tego dla niego. Robiła to dla innego mężczyzny. Młodszego mężczyzny. Czy ona naprawdę miała go za takiego idiotę? Myślała, że nie zauważy? Że nie dostrzeże, jak kobieta, która jeszcze niedawno niemal zupełnie przestała o siebie dbać, nagle zaczęła wyglądać jak milion dolarów? Ha. Dobre sobie. Palce zacisnęły się na gazecie, gniotąc papier pomiędzy nimi. - Maria, czy ty naprawdę masz mnie za jakiegoś idiotę? - wydusił w końcu, nie potrafiąc ukryć frustracji. - Date la vuelta cuando te hable. - Podniósł się z krzesła i zrobił kilka powolnych kroków w stronę żony. Dawno nie czuł czegoś podobnego. Takiej złości, zazdrości i tego kurewskiego pociągu do niej, który pojawił się nagle, uderzając z siłą, z jaką nie potrafił już walczyć...
𝓶𝓲 𝓪𝓶𝓸𝓻𝓬𝓲𝓽𝓸
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Hola, mi corazon, rzucone na powitanie straciło na wiarygodności, a dotyk nie wprawiał ciała w przyjemne drżenie. Czując jego dłonie na swoich biodrach spięła się, a ciepło oddechu na jej karku, które kiedyś przecież potrafiło rozgonić wszelkie troski, teraz budziło w niej jedynie zniecierpliwienie. Magia wymknęła się wraz z nim i jego nocnymi ucieczkami
Ruszała.
Długi czas próbowała sklejać te wszystkie pęknięcia, tak jak skleja naczynia w swojej pracowni złotym lakierem. Może łudziła się, że blizny dodadzą im uroku. Może była naiwna wierząc, że jeszcze uda się wrócić do tego co było. Dźwigała to początkowo dla nich, z czasem dla dzieci, a teraz? Teraz zrozumiała, że nie może ciągle próbować skleić wazy, gdy jedna osoba ciągle ciska nią o ziemię. Wcale się z tym nie pogodziła, zwyczajnie straciła wiarę. Wiarę w niego. Wiarę w nich. Musiała znów uwierzyć w siebie.
Uwierzyła, ale nie stało się to z dnia na dzień, nie przyszło do niej wraz z powiewem młodości, która ją zachwyciła i porwała, w romans uwikłała. Dzieci podrosły, a ona miała więcej czasu dla siebie. Zaczęła poświęcać więcej czasu swojej pracy, wychodzić z domu, uczęszczać na tańce. Faktycznie zaczęła o siebie bardziej dbać — dla siebie, ale on tego nie rozumiał, prawda? Bo przecież kobieta nie może rozkwitnąć sama dla siebie? Zawsze musi chodzić o mężczyznę. Typowe.
Czy ty naprawdę masz mnie za jakiegoś idiotę?
Nie zareagowała od razu, spokojnie dokończyła krojenie pomidora słysząc w tle szelest gniecionej gazety. Zaskoczył ją jego ton, władczy… nieco zachrypnięty. Nie zamierzała jednak dać się wytrącić z równowagi.
Date la vuelta cuando te hable.
Uniosła deskę zsuwając z niej pomidory do miski i powoli odłożyła zarówno ją, jak i nóż. Sięgnęła po ścierkę przecierając dłonie o materiał i dopiero wtedy odwróciła się opierając biodrem o blat i krzyżując ręce na piersi.
— Za idiotę? — zapytała nie rozumiejąc, o co mu chodzi. — No, Javier. Nunca te he considerado un idiota — choć pewnie wiele gorszych słów kierowała pod jego adresem w niejednej kłótni, nie mówiąc już o własnych myślach.
Przyglądała się mu uważnie, widziała ten przypływ złości, który plątał się w jego rozżalonych oczach. Coś nowego, doprawdy fascynujący widok, ale Maria nie zamierzała ulec jego frustracji. Ze spokojem się mu przyglądała, choć nie miała pojęcia do czego zmierza i skąd to nagłe poruszenie. — The Painted Lady. Znajomy adres, prawda? — zapytała, postanawiając zbić go z tropu.
I kto kogo miał za idiotę?
𝓑𝓲𝓮𝓷𝓿𝓮𝓷𝓲𝓭𝓸 𝓪 𝓬𝓪𝓼𝓪, 𝓭𝓮𝓽𝓮𝓬𝓽𝓲𝓿𝓮 ⋆˚࿔
-
what a wicked game we play.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Najbardziej nie podobało mu się jednak to, że jego żona naprawdę miała go za jakiegoś kretyna. Za kogoś, kto nie wykorzystałby swoich kontaktów, żeby dowiedzieć się, z kim widywała się, kiedy go nie było w domu. Czy naprawdę myślała, że ten jej romansik ze szczeniakiem, a do tego chłopakiem ich córki, nie wyjdzie na jaw? Nie zamierzał niczego mówić Aurelii. Musiała na własnej skórze poczuć, jak smakowało złamane serce, ale jeśli miała dowiedzieć się o tym również od własnej matki, która tak perfidnie zabawiała się kimś innym pod jego dachem? Na to nie mógł pozwolić. Zwłaszcza że teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, chciał o nią zawalczyć.
Maria Perez była tylko i wyłącznie jego.
Jeżeli potrzebowała tego epizodu, żeby odnaleźć samą siebie, so be it, ale on nie zamierzał tak łatwo odpuszczać. Chciał tylko, żeby powiedziała mu prawdę. Żeby nie chowała się za tymi nowymi, barwnymi ubraniami, czerwoną szminką i pięknie rozwianymi włosami. Kiedyś starała się tak dla niego. Kiedyś to on był tym, dla którego chciała wyglądać dobrze. A teraz? Teraz robiła to wszystko dla tego gówniarza.
Dlatego nie wytrzymał. Hamulce puściły, a on zażądał, żeby spojrzała na niego, kiedy do niej mówił. Słuchał jej uważnie, podchodząc odrobinę bliżej z każdym kolejnym słowem. Na końcu nawet parsknął śmiechem. - Ah, ¿nunca me has considerado un idiota? - zapytał z niedowierzaniem. Widział po jej spojrzeniu, po tym, jak stała, że miała jeszcze coś w rękawie. I po chwili okazało się, że się nie mylił. Rzuciła mu w twarz adresem, pod który niegdyś dość często uczęszczał. Uśmiechnął się wtedy krótko, prawie bezczelnie, podchodząc jeszcze bliżej. Nachylił się, wsuwając dłoń w jej ciemne włosy i zaciskając je lekko, tak by jej szyja bardziej się uwydatniła. - Ay, María, María - wymruczał cicho. - ¿Qué te gustaría escuchar? - Złożył na jej szyi powolny pocałunek, kładąc drugą dłoń na jej biodrze i przyciskając ją do siebie. - ¿Que solía ir allí a tomar algo después del trabajo? - zapytał, zanim musnął ją kolejny raz, drażniąc jej skórę swoim zarostem. - ¿O que me permitía acostarme con alguna mujer de vez en cuando porque mi esposa siempre estaba cansada? - Poluzował ucisk na jej włosach i przesunął dłoń na jej podbródek, zaciskając palce na tyle mocno, by musiała spojrzeć mu prosto w oczy. - Donnie Bowen to nie tylko chłopak Aurelii, prawda? - Mogli się tak bawić przez całą noc, a Javier? Miał cholernie dużo czasu.
𝗆𝗂 𝗉𝖾𝗊𝗎𝖾ñ𝖺 𝗍𝗋𝖺𝗏𝗂𝖾𝗌𝖺
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Była jego żoną i matką jego dzieci.
Javier Perez był jej.
Całym światem. Jej wielką miłością, którą zapłonęła dawno, dawno temu pośród barcelońskich ulic skąpanych w słońcu. Mężem, przy którym czuła całkowite spełnienie
Donnie Bowen nie był jej.
Nie był też tylko chłopakiem jej córki... a na pewno nie był nim w jej oczach, kiedy go poznała po raz pierwszy. W tłocznym i dusznym klubie, gdzie uświadomił jej, że wciąż można na nią spojrzeć w taki sposób, o którym jej mąż dawno już zapomniał. Na nowo rozpalił ogień, którego jej własny mąż nie potrafił podtrzymać… może był zbyt zmęczony? Albo zbyt zajęty wzniecaniem ognia między nogami swoich kochanek, ale nie o nim mowa, a o Donniem, który jednej nocy stał się jej przebudzeniem z tego zimowego kanadyjskiego snu, a innego dnia stał się jej największym zagrożeniem, bo finalnie okazał się chłopakiem Aurelii. I nie to w tym było najgorsze, a fakt, że dla Marii nigdy nie był tylko nim. Był powiewem świeżości, tchnieniem życia, sekretem, którego nie chciała wyjawiać ani przerywać.
Krew go zalewała. Widziała to, ale nie rozumiała prawdę mówiąc. Po tylu latach spokoju i obojętności do ich domu i małżeństwa wdarło się coś zupełnie nowego. Słabość do zielonookiego adonisa? Owszem, ale nie o tym mowa. Javiera coś ugryzło! Aż się zagotował, a ona tylko stała i obserwowała wracając pamięcią do swoich własnych wybuchów, gdy to ją krew zalewała i gdy to jemu z płaczem zdradę wypominała. Dobrze pamiętała jego obojętność, której jej nie szczędził, gdy po nocnych nieobecnościach i alkoholowym upojeniu zagrzewał miejsce na skraju łóżka z dala od niej. Może powinna odpłacić się pięknym za nadobne? Udawaniem, że nic się nie stało?
Nie. Nie potrafiła być obojętna, kiedy zaczynał swoją demonstrację siły, choć początkowo próbowała. Chociażby wtedy, gdy poczuła szarpnięcie za włosy, a jego usta dotknęły jej skóry. Szorstki zarost drażnił jej skórę, a ona nawet nie drgnęła. Nie, gdy robił to w taki sposób. Nie, gdy takie słowa opuszczały jego usta. Była chłodna i niedostępna… a jednak okazało się, że Perez po wielu latach znów potrafił sprawić, że zrobiło się gorąco. Powoli czuła to palące ciepło w swoich żyłach.
Wściekłość czuła.
Co chciałabyś usłyszeć?
Że zwykłem tam chodzić na drinka po pracy?
Czy że pozwoliłem sobie od czasu do czasu przespać się z jakąś kobietą, bo moja żona zawsze była zmęczona?
Ręka świerzbiła ją, by go uderzyć. Nie wierzyła, że naprawdę te słowa wyszły z jego ust. Tych samych, które kiedyś czule całowały jej usta pomiędzy kolejnymi wyznaniami miłości. To było tak głupie, że aż śmieszne. Zaśmiała się, parsknęła prosto w jego twarz, na która zmuszona była patrzeć.
To prawda, była cholernie zmęczona trzymaniem w ryzach całego tego pieprzonego domu. Rodziny. W chwilach, kiedy on wolał chlać po barach i leczyć swoje zawodowe traumy między udami przypadkowych lasek wyrwanych w The Painted Lady. Miała do tego prawo, do cholernego zmęczenia, bo pilnowała by ich całe rodzinne życie nie rozsypało się w pył, gdy on emocjonalnie był niedostępny. Fakt, że próbował tłumaczyć własne skurywsyńsywo jej wycieńczeniem, było tak słabe, że zabrakło jej na moment słów iiiiii wtedy na dokładkę rzucił nazwiskiem Bowena.
W pamięci wciąż miała ich ostatnie rozstanie. Przy krzewie róży, w pośpiechu. Nie przyłapał ich, choć światło w jego sypialni zaświeciło się, gdy w pracowni rozległ się hałas. Więc skąd te przypuszczenia? Czy mógł widzieć kątem oka to zapatrzone w nią zielonookie spojrzenie, wtedy w kuchni podczas rodzinnego zapoznania? Czy mógł dostrzec te ukradkowe spojrzenia, gdy opowiadali o Barcelonie? Wiedziała, że nie mógł mieć niczego poza domysłami napędzanymi zazdrością.
Niczego nie miał.
Stał w kuchni rozgorączkowany i zazdrosny, ale poza domysłami nie miał nic. Gdyby tak było to zaraz przy wejściu na stół rzuciłby jej zdjęciami, bilingami
Dać mu taką satysfakcję?
Nie ma takiej opcji.
Spojrzała na męskie palce zaciśnięte na brodzie i zahaczające o policzek, a później znów podniosła na niego chłodne spojrzenie. — Donnie Bowen? — powtórzyła spokojnie, choć z lekkim politowaniem. — Llegas más de una década tarde con estos celos — spóźniłeś się o kilkanaście lat z tą zazdrością; jak na to, że uwięził jej podbródek w dłoni mówiła całkiem wyraźnie i liczyła, że dobrze ją zrozumie, bo nie zamierzała się powtarzać. — Te están nublando la mente, Javier, si ves una amenaza en el novio de tu propia hija — mąci ci ona w głowie, Javier, skoro w chłopaku swojej córki widzisz zagrożenie; dodała niespiesznie sięgając dłonią do jego nadgarstka zaciskając ją.
Stanowczo.
— Suéltame — puść mnie; rozkazała mu czując, że i ją krew zalewa — Y no vuelvas a justificar el tirarte a otras mujeres con mi cansancio. Nunca más! — i nigdy więcej nie tłumacz moim zmęczeniem swojego rżnięcia innych kobiet, wysyczała napierając na jego nadgarstek próbując odsunąć jego dłoń od swojej twarzy. Nigdy więcej.
Poza swoimi domysłami nie miał nic, a ona nie zamierzała mu dać niczego więcej.
el hipócrita
-
what a wicked game we play.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Kanada, w porównaniu do Hiszpanii, była smutnym krajem. Chyba nigdy się do niej nie przyzwyczaił. I choć to właśnie przeprowadzka była jego pomysłem, może gdzieś w głębi serca miał sobie za złe, że Maria pognała za nim tutaj, za lepszym życiem, a jedyne, co jej podarował, to samotność i zdradliwego męża. Mężczyznę, który nie potrafił się zachować. Który nie potrafił dotrzymać najważniejszej obietnicy, że zawsze będzie jej wierny. Może właśnie dlatego, widząc swoją małżonkę, która znowu rozkwitała, której garderoba ponownie zaczynała przypominać tę kobietę, w której zakochał się do szaleństwa, jedynym logicznym wytłumaczeniem wydawało mu się to, że poznała kogoś innego.
Oczywiście, że nie miał dowodów na Danny’ego. Nie był jednak głupcem. Odczytywanie myśli z twarzy innych ludzi przez ostatnie kilkanaście lat żmudnej pracy weszło mu w krew. Widział te spojrzenia. Widział ich wtedy, kiedy spoglądał przez okno. Miał jedynie nadzieję, że jego żona się złamie. Że przyzna się do wszystkiego, a on w końcu będzie miał możliwość wyrzucenia jej, jak bardzo był niezadowolony.
Sam brał, ale dzielić to już się nie chciał.
Żałosne.
Nie pamiętał już, kiedy tak bardzo się zmienił. Gdzie był ten Javier, który zabrałby swoją żonę na spontaniczną kolację i obsypywał ją komplementami od chwili, gdy tylko przekroczyłaby próg? Gdzie był ten mężczyzna, który wracając z pracy do domu, zatrzymywał się w kwiaciarni i kupował taki bukiet, który przypominał mu o niej od samego rana? O tej Marii, z którą żegnał się w pośpiechu, składając szybki pocałunek pomiędzy jednym łykiem kawy a ugryzieniem tosta, przygotowanego przez nią w biegu, bo znowu spóźniał się do pracy przez to, że spędzili za dużo czasu pod prysznicem. Czemu to wszystko tak mocno go uderzało? Kurwa. Musiał być cholernie zmęczony.
Stał przy niej i czuł jej słodki zapach. Chciał, żeby się przyznała. Chciał mieć powód, żeby dalej się na nią złościć. Po prostu tego potrzebował. Jakaś część jego chorej, męskiej dominacji wiła się w klatce, w której kiedyś biło serce, a teraz została jedynie namiastka czegoś, co powoli znowu budziło się do życia. Szczególnie kiedy zdawał sobie sprawę, że naprawdę ją tracił. Zaciskał palce na jej brodzie, wpatrując się w jej brązowe tęczówki. Słuchał jej, a na jej słowa tylko zmarszczył brwi. Miała rację. Spóźnił się. Ale to, że miał tego świadomość, nie zwalniało go z pragnienia, żeby walczyć. Chciał jej pokazać, że jeszcze czuł. Że mimo wszystkiego nie wszystko w nim umarło. - Lo sé, quiero cambiar eso - odparł niskim głosem. - ¿Quizás tengo miedo de perderte? - Spojrzał na jej dłoń zaciśniętą na swoim nadgarstku. Prawie nic nie poczuł. Była przy nim taka drobna. Niedźwiedź ze swoją łanią. Mógłby przerzucić ją przez ramię i porwać do sypialni jak za dawnych czasów, ale teraz wiedział, że nie było to na miejscu. Chociaż, kurwa, była jego żoną. Tylko że… no właśnie.
Puścił jej podbródek i odsunął się od niej, opierając dłonie o stół. Stał tam przez chwilę, przyglądając się jej. Jej krągłościom. Pięknej twarzy, która przez dwadzieścia pięć lat tylko nabrała jeszcze więcej uroku. I wkurwiał się. Nie na nią, ale na samego siebie. Ah, jebać to. Podszedł do niej i położył dłonie na jej biodrach, przysuwając ją do siebie. - Lo siento, cariño - powiedział ciszej. Przesunął dłońmi wzdłuż jej ciała, aż w końcu ujął jej twarz. - Sé que no me lo vas a perdonar, pero voy a hacer todo lo posible para que recuerdes por qué te convertiste en la señora Pérez. - Zawahał się przez moment, ale zaraz przechylił głowę i musnął ustami jej policzek. - Jesteś moja.
mi rayito de sol
-
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
…a spodziewała się, że będzie. Nie wyobrażała sobie Kanady, choć pojawiała się ona w ich rozmowach coraz częściej i coraz to poważniej. Bała się. Pragnęła zamknąć ich w tej barcelońskiej bańce. Karmić go śmiechem, promieniami słońca i opiekanym chlebem z pomidorami. Nie chciała go wypuścić, dopuścić do głosu również. Kochali się wtedy do szaleństwa, jakby bała się, że gdy tylko się oddalą między nich wedrze się chłód. Jednak ten chłód wisiał nad nimi jak jakiś wyrok, a ją przeszywał lęk.
Obiecał jej tyle pięknych rzeczy wtedy. Obiecał jej, że ta dziewczyna wychowana w wąskich, rozgrzanych i tętniących życiem uliczkach nie zatraci się w chłodnej kanadyjskiej codzienności. Obiecał, że będzie tam miejsce dla jej brzoskwiniowych plam, potarganych włosów i śmiechu, który zawsze był trochę za głośny, ale w Barcelonie akceptowalny i wręcz pożądany.
Zgasła wtedy, gdy przestał widzieć ją jako kobietę, a zaczął traktować jako stały i pewny element swojego życia. Czuła, że przestał się starać; że nie patrzy na nią już tak jak kiedyś. Spojrzenie przestało rozpalać, a dotyk nie sprawiał, że czuła się jakby była jedyna na świecie. To on do tego doprowadził i pielęgnował tak długo, że teraz mógł zbierać żniwo.
Żniwo tych wszystkich nocnych wyjść, podczas których sięgał po alkohol i stołował się na mieście, a ją zostawiał z dziećmi, poczuciem samotności i odrzucenia. Wtedy nie czuł strachu przed utraceniem jej, huh? Zabawne, bo przecież każda taka noc była jak ciche zezwolenie, by kiedyś go opuściła. — Boisz się mnie stracić?! — gorzko się uśmiechnęła i prychnęła pod nosem obserwując jak w końcu puszcza jej podbródek i opiera się o stół. — A jednak konsekwentnie, dzień pod dniu robiłeś wszystko by mnie stracić — zauważyła kiwając głową z wyraźną dezaprobatą. Nawet jeśli już tego nie robił to uruchomił machinę, którą nie sposób zatrzymać. — No sé si tienes miedo de perderme a mí... — Nie wiem czy boisz się stracić mnie… bo przecież dawną siebie utraciła i zajęło jej sporo czasu, by zacząć do tej cząstki siebie wracać. Odzyskiwać dawną Marię. — O si tal vez tienes miedo de perder la sensación de que soy tuya... siempre esperando en la cocina — …czy może poczucia, że jestem twoja… zawsze czekająca w kuchni; była nieufna. Naprawdę coś czuł, czy to męskie ego nie potrafiło znieść myśli o porażce? O tym, że ktoś inny mógł zachwycać się nią w sposób, o jakim on sam zapomniał?
Przepraszam, kochanie.
W przeszłości oddałaby wszystko, za jedno takie przepraszam i za jeden taki wieczór. Czemu więc nie mogła oprzeć się wrażeniu, że spóźnił się dobrą dekadę? Drobna satysfakcja mieszała się z żalem w jej oczach, gdy wypowiadał kolejne słowa. Ciało pamiętało jego dłonie, a jego powolny dotyk, gdy przesuwał nimi wzdłuż jej ciała wywołał znajomy dreszcz, którego nie potrafiła kontrolować. Pamięć mięśniowa, czy faktycznie coś w niej drgnęło? Zadrżała, choć w tej krótkiej chwili przyjemności coś ją uwierało.
— Tú no eres mi dueño, Javier — nie jesteś moim właścicielem; zaprotestowała czując wzbierającą w niej złość, że pod osłoną tej czułości próbuje sprzedać jej romans, który bardziej brzmi jak deklaracja własności. Nie była rzeczą, którą może schować przed światem tylko dlatego, że ktoś inny zaczął się jej przyglądać. I nawet jeśli szczere miał w sobie zamiary to zszargane zaufanie i brak poczucia bezpieczeństwa sprawiły, że trudno było jej uwierzyć w szczerość wypowiadanych przez niego słów.
— No soy de tu propiedad — nie jestem twoją własnością; wyszeptała przymykając oczy, czując jego oddech na swojej szyi, bliskość na którą długi czas przecież czekała. Kiedyś bycie panią Perez było jej dumą.
Czy faktycznie był w stanie przypomnieć jej dlaczego nią została? Przypomnieć dlaczego było to jej chlubą nim zostało obrócone w jeden wielki żart?
Recuérdamelo, pero no va a ser fácil