W ujęciu naukowym, w obszarze fizyki,
siła nie była cechą ciała. Wynikała z relacji, powstając dopiero wtedy, kiedy jedno ciało zaczynało oddziaływać na drugie.
Sal od dawna wierzył, że z ludźmi działało to bardzo podobnie. Bo ludzie przecież nie przychodzili na świat silni, ale się tacy
stawali, pod naporem zdarzeń fundowanych im przez los, hartowani przez własne okoliczności. Już kiedy ją poznał, Diane wyróżniała się cechami, których jemu samemu ewidentnie brakowało. Była bardziej opanowana, zwłaszcza w obliczu kryzysu. Cierpliwsza i zdolna by podejść na chłodno do kwestii, które jego samego natychmiast wprawiały w stan najwyższej gotowości (lub zwyczajnej paniki). Nie wyobrażał sobie jednak, że taka właśnie się urodziła; czasem podziwiał, a czasem rozżalał się nad faktem, że musiała
nauczyć się taka być.
Rozumiał, i doceniał (
za późno?), że przez wszystkie te lata to ona dźwigała ciężar ich wspólnego życia zawsze wtedy, kiedy on się pod nim chwiał albo - najpierw metaforycznie, a potem dosłownie, zawsze gdy w grę zaczął wchodzić alkohol - słaniał na nogach. Była silna, bo on pozwalał sobie być słabszy. Zachowywała kontrolę i panowanie nad sobą wtedy, kiedy on je tracił. Miała odwagę by pozostawać
obecną, podczas kiedy dla niego, łatwiejszą okazywała się dezercja w teorię i hipotezy, niewiele mające wspólnego z przyziemnością ich własnej, wspólnej egzystencji.
A potem stało się coś, czego żadne z nich zdawało się nie spodziewać.
Ich
relacja przestała istnieć.
Z punktu widzenia fizyki, siła powinna była zatem zniknąć razem z nią. Podczas jednak, gdy Sal zdawał się rozsypywać z miesiąca na miesiąc coraz bardziej, Diane — przynajmniej z jego perspektywy — zdawała się trwać niewzruszona, lub wręcz stawać jeszcze
mocniejsza, jeszcze bardziej opanowana niż przed rozwodem. Jakby rozstanie odebrało równowagę wyłącznie jednemu z nich, w drugim budząc tylko kolejne, nieodkryte do tej pory pokłady perfekcjonizm i kontroli.
Gapił się. Trochę tępo, trochę beznadziejnie, zastanawiając się, co powinien teraz zrobić - i z każdą kolejną sekundą nabierając tylko coraz większej pewności, że na cokolwiek by się nie zdecydował, i tak każdym słowem i czynem zaraz wykopie sobie grób w ich dzisiejszej interakcji.
Ty za to pachniesz winem, chciał powiedzieć najbardziej. Winem, i tremą, i perfumami, których zapach musi Cię irytować, bo jest zbyt intensywny, zbyt intencjonalny jak na Twój gust. W ostatnich miesiącach ich małżeństwa Sal skutecznie się jednak nauczyć, że czasem naprawdę lepiej jest porzucić sarkazm i ironię, i zamiast tego wybrać mniejsze zło, najczęściej przybierające formę ugryzienia się w język. Teraz, wydawało się, ukąsił się w jego czubek z taką siłą, że aż się skrzywił, za grymasem tym kryjąc wszystko, co cisnęło mu się na wargi.
- Diane - Zaczął, i wypadło to miękko. Zawsze, kurwa, zbyt miękko, nawet kiedy tak bardzo starał się dorównywać jej chłodem. - Dotarłem tu minutę temu - Powiedział, wszelkie dostępne mu (i przy tym raczej dość wątłe) pokłady siły woli wkładając w staranie, żeby nie zabrzmieć za ostro, oskarżycielsko albo konfrontacyjnie, tylko po prostu poważnie. Spokojnie i dorośle, jak na odpowiedzialnego ojca przystało - Ja też jej jeszcze nie widziałem, więc wiem pewnie tyle samo, co ty - Wsunął dłonie do kieszeni, palcami lewej wyczuwając papierek po cukierku na gardło, drobniutki, pojedynczy gwóźdź, który znalazł się tam jakimś dziwacznym przypadkiem, oraz celulozowe drobiny - pozostałości po tym jednym epizodzie, gdy uprał kilka par spodni nie sprawdziwszy, czy przypadkiem w ich kieszeniach nie ukryła się jakaś chusteczka. - Najważniejsze, że jest cała. - Dodał, bo owszem, to właśnie było najważniejsze - i przynajmniej w tej jednej kwestii zdawali się mieć z Diane identyczne zdanie.
Otworzyły się jakieś drzwi - drzwi, których Sal w zasadzie wcześniej w ogóle nie zauważył - i w ich progu zamajaczył młody funkcjonariusz, niepokojąco neutralnym tonem pytając ich o nazwisko nazwiska, i nakazując poczekać kolejną chwilę. Mężczyzna wskazał ręką na rząd plastikowych krzeseł, chyba w sugestii, że mogą usiąść, zamiast tak stać, w kontrze do siebie nawzajem. Sal nie sądził, że jemu samemu uda się teraz usiedzieć w miejscu, ale mimo to powziął krok w lewo, usuwając się Diane z drogi, jeśli ta chciałaby zająć miejsce na krześle.
- Twój prawy kolczyk - Wypalił odruchowo nim udałoby mu się pomyśleć. Nie było to krytyką, próbą wytknięcia blondynce tej jednej, jedynej niedoskonałości której dopatrzył się w jej nieskazitelnej dziś prezencji. Nie było też jakąś zuchwałą, narcystyczną manifestacją uważności, dowodem, że mogli się starzeć zmieniać, a jednak Sal nadal był bystry i błyskotliwy, potrafiąc dostrzegać te drobne szczegóły, które zwykle skutecznie umykały uwadze innych osób. Jego słowa były po prostu wynikiem nawyku, instynktu, który odzywał się na długo przed tym, jak do głosu szansę miał dojść intelekt. Gdy Diane stanęła do niego profilem, zauważył bowiem, że... - Coś jest nie tak z zapięciem?
A chyba nie chciała go zgubić? Kolczyki wyglądały na zupełnie nowe, wolne jeszcze od zwyczajowych zaśniedzeń albo zadrapań związanych z regularnym noszeniem. Kupione na okazję, nie zaś wynikiem kaprysu albo spontanicznej potrzeby zrobienia samej sobie drobnej, codziennej przyjemności. Kupione, żeby pasowały do sukienki. Do drobin brokatu, niezwykle subtelnie połyskujących pod linią jej brwi, u szczytu górnej powieki. Kolczyki były przemyślaną decyzją. Podjętą - ewidentnie - nie dla samej siebie. I nie dla niego.
Diane Walker