ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zaproszenie było jak zwykle krótkie. The Collector’s Wake. Z krótką adnotacją: Bring something beautiful you can bear to lose. I nic więcej.


Na długim, mahoniowym stole w bibliotece nie było ani jednego talerza. Zamiast kolacji leżały przedmioty. Dziesiątki przedmiotów. Srebrna papierośnica z wygrawerowanymi inicjałami. Polaroid z wyblakłym podpisem na odwrocie. Szmaragdowa kolczyk. Stara pozytywka. Pęk kluczy przewiązany aksamitną wstążką. Pierwsze wydanie powieści z pozaginanym grzbietem. Porcelanowa figurka charta. Jedwabny szal pachnący czyimiś perfumami. Rolex bez wskazówek.
Każdy z gości zostawił coś przy wejściu. Nikt nie pytał dlaczego. Edward jedynie dziękował, odkładając przedmiot na stół z ostrożnością kustosza, który właśnie przyjmuje nowe dzieło do kolekcji.
— Wszystko, co kochamy, prędzej czy później trafia do kogoś innego — powiedział tylko raz, zanim zniknął w tłumie. Każdy z gości musiał zostawić jeden przedmiot, tylko po to, aby przy wyjściu zabrać inny - obcy, nowy. To jak anonimowa wymiana skarbu.
(…)

Była druga w nocy. Dom zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek miał być elegancki. Kryształowy żyrandol uginał się pod ciężarem marynarek, jedwabnych szali i kilku elementów garderoby, których właścicieli nikt nie próbował nawet odnaleźć. Na schodach ktoś spał, obejmując jak poduszkę aksamitną pufę. Fortepian od ponad godziny służył za barek, zastawiony kieliszkami, butelkami burgunda i porzuconymi kartami do pokera.
Muzyka przestała być tłem. Teraz prowadziła cały dom. Ciężki bas odbijał się od drewnianych boazerii, mieszając z echem śmiechu, tłuczonych kieliszków i rozmów, które zaczynały się od filozofii, a kończyły wyznaniami składanymi ludziom poznanym czterdzieści minut wcześniej. I to tylko w tych mniej odważnych, wstydliwych przypadkach.
W oranżerii para tancerzy wirowała nago między palmami, jakby zapomnieli, że ktokolwiek na nich patrzy. Kilka metrów dalej ktoś czytał na głos fragment Portretu Doriana Graya, skutecznie zagłuszany przez grupę architektów kłócących się o to, czy brutalizm można uznać za romantyczny.
Na tarasie otwarto kolejną skrzynkę szampana. W ogrodzie ktoś rozpalił niewielkie palenisko, choć było zdecydowanie zbyt ciepło, by potrzebować ognia. Ludzie siedzieli wokół niego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, przekazując sobie kieliszki, papierosy i historie, których prawdziwości nikt nie zamierzał sprawdzać. Jeden z młodzieńców był kompletnie nagi. Jego skóra z przyjemną, wręcz karmelową opalenizną błyszczała i i dobijała ciepłe światło ognia. Ktoś polewał idealnie płaski brzuch szampanem, a zebrani dookoła nie mogli doczekać się alkoholu wypitego z tej żywej rzeźby.
Edward przechodził przez ten chaos z zadziwiającym spokojem. Zabierał z czyichś rąk pusty kieliszek tylko po to, by chwilę później wcisnąć w to samo miejsce pełny. Nie próbował zatrzymać szaleństwa. Pilnował jedynie, żeby wyglądało pięknie.
To właśnie wtedy wpadł na niego. Dosłownie. Edward, wycofując się tyłem z biblioteki z kieliszkiem szampana w dłoni, otarł się ramieniem o wysokiego mężczyznę stojącego przy framudze. Kilka złotych kropel rozlało się na parkiet, ale on nawet nie spojrzał na kieliszek.
[akapit]Spojrzał za to na niego. Był wysoki. Niepokojąco przystojny. I wyglądał, jakby przez ostatnią godzinę próbował przekonać samego siebie, że dobrze się bawi. Edward zmrużył lekko oczy. On bowiem był już w pełni wesoły. Jego tęczówki wręcz błyszczały od nadmiaru alkoholu i naskórków, a twarz jaśniała w uśmiechu. Przez chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.

- Powiedz mi… - odezwał się, jakby zadawał pytanie staremu znajomemu.
- Gdybyś mógł wiedzieć dokładnie, jak skończy się twoje życie… chciałbyś? - Nie czekał od razu na odpowiedź. Uniósł kieliszek, dopił resztkę szampana i uśmiechnął się pod nosem.
- Ja chyba nie. To zepsułoby całą zabawę. - Odstawił pusty kieliszek na najbliższy parapet.
- A teraz druga teoria. - Wskazał na niego palcem z przesadną powagą.
- Albo jesteś śmiertelnie znudzony… albo właśnie poznałeś miłość swojego życia i jeszcze o tym nie wiesz… - ale gdy kontynuował swój wywód, z salonu dobiegły ich piski i zamieszanie. Ktoś właśnie zemdlał na samym środku, pociągając za sobą szal wiszący na żyrandolu. Kryształy i metalowa rama stawiły opór. Ledwie kilka pomniejszych elementów urwało się i z cichym łoskotem opadło na drewniany parkiet.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007.
Emocje już nie tylko rozciągały się na deskach podłogi pod postacią pijanych, tańczących szalenie ludzi. W tym eleganckim, nieznanym mu domu intymność i kontrowersja zdawały się bowiem przybierać nowy, niebezpieczny kształt, daleki od standardów, które Miles znał z codzienności. Nigdy wcześniej nie był w takim miejscu, gdzie zachowania i nastroje zaproszonych gości wychodziły poza wszelkie granice rozsądku. Zupełnie nie tego się spodziewał, gdy Ethan – jego kolega jeszcze ze studiów – zaprosił go tutaj w ramach towarzystwa, sugerując mu, by ubrał się elegancko i modnie (nie powiedział przy tym, że na wejściu straci swoją ulubioną, aksamitną poszetkę, wyrwaną mu z kieszonki przez kolegę). Spoglądając pokątnie na nieznajomych, bezceremonialnie pieszczących się po udach i wpółnagich korpusach, wątpił teraz w wartość założonych ubrań. Pierwszy raz sam przed sobą musiał też przyznać, że biologia – w jej głęboko fizycznej odsłonie – ukazywała przed nim więcej, niż miał ochotę doświadczyć. Nagość nie była wprawdzie tematem tabu dla jego lekarskiego oka, ale cudze ręce: zachłanne, pożądliwe, niemal z agresywną niecierpliwością chwytające wszystko co się rusza (a takie mógł z łatwością wskazać wśród przynajmniej kilku nieznajomych)... budziły w nim rosnący niesmak, stemplem grymasu odbity na dojrzałej twarzy Howarda.
Krótka zmarszczka, jako pokłosie jego własnego nastroju, przecięła jego czoło, gdy ostatecznie, nie potrafiąc odnaleźć swojego kolegi wśród tłumu obecnych, oparł się zrezygnowany w losowym przejściu, które jak mu się wydawało, było rozsądnym punktem poszukiwań. Ethan prędzej czy później musiał tędy przejść, by wyjść z posiadłości.

Chaos był tu najdotkliwszą i najbardziej odczuwaną stałą nocy – wił swój własny kokon, zaciągając w ciepłe, kuszące pielesze większość zebranych w domu osób. Twarze gości tymczasem, nieskończenie nieprzytomne, przypominały zbiorowy portret grzeszności, a ich powyginane niekiedy ciała, wydarte z jakichkolwiek społecznych norm, pozostawiały za sobą nierozwiązane cienie zagadek i niejednoznaczności. Choćby chciał, nie potrafił wskazać choćby jednej osoby, która w tym miejscu kierowała się... prawdą.
Kłębowisko kłamstw i przewinień miało tutaj swój własny trakt, a na nim aż kurzyło się od nieprzyzwoitości. Nie był specjalnie pruderyjny (może nieco tylko sztywny), był jednak uparcie powściągliwy, gdy przy intensywności obrazów i udziwnień tego wieczoru szukał spokoju. Był nawet skłonny zignorować wpadkę z nieznajomym, wpychającym mu się wprost na ramię, gdyby nie to, że ten, zupełnie nieoczekiwanie, postanowił go zagadać.
Hm?
W pierwszym momencie podniósł wzrok z podłogi na mężczyznę i wyrwany z marazmu chwili przyjrzał się jego oczom — W tym momencie chciałbym raczej wiedzieć jak skończy się ten wieczór... — przyznał szczerze, bezpośredniością i absolutną szczerością równoważąc wszystkie te bajki, które zdawali się opowiadać wokół siebie inni — ...i gdzie do diabła jest Ethan — dodał ciszej, do siebie, wzdychając bezradnie. Ręce, do tej pory skrzyżowane na ramionach, zostały przez niego opuszczone, gdy przetarł dłonią wierzch marynarki na barku, sprawdzając przy tym, czy kieliszek z zawartością szampana, nie pozostawił na nim śladu. Suchość pod palcami wskazywała jednak, że krople trunku wylądowały na parkiecie.
Nie wierzę w m...
W gardle korytarza dobiegł niespodziewany pisk i dźwięk upadających elementów żyrandola (o czym przekonał się dopiero po wejściu do salonu), przerywając próbę odpowiedzi. Plecy Howarda niemal automatycznie oderwały się wtedy od drewnianej framugi, a on poruszył gwałtownie korpusem w kierunku dobiegającego zamieszania. Po kilku pierwszych tonach potrafił określić, że zgiełk ten wynikał z ogólnej paniki. Nie raz był tego świadkiem na oddziale w szpitalu. Teraz więc, czując się w obowiązku do pomocy – jako że w pomoc pijanych gości nie wierzył – pierwszy zaangażował się w działanie. Widząc na podłodze nieprzytomną sylwetkę, uderzony jednocześnie buchem gorąca po wejściu – wynikającym pewnie z ilości osób i z podkręconego przez kogoś niepotrzebnie ogrzewania, pierwsze co zrobił, to otworzył na oścież okno.
Dajcie jej trochę przestrzeni! — rzucił krótko i stanowczo, przepychając się między ciekawskimi ciałami, by dotrzeć do nieprzytomnego ciała kobiety pośrodku salonu. Klękając na podłodze, linia spojrzenia Milesa przypadkowo i ponownie przecięła się z tęczówkami gospodarza, choć wciąż nie miał pojęcia, że to właśnie ten mężczyzna to legendarny Edward Wentworth, o którym niejednokrotnie słyszał już dzisiejszego wieczoru (dzisiejszej nocy?).
Tyle zostało z nudy.
Niewątpliwie zwracał się do niego. Bliżej niezidentyfikowana nutka utkwiła mu wtedy na końcu języka, mogąc zarówno oznaczać pretensję, jak i odrobinę przekory. Nie rozwiązał przed Edwardem tej zagadki, gdy przerwał kontakt wzrokowy i pochylił się do kobiety, chwytając za nadgarstek celem zbadania jej pulsu.

Edward Wentworth
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Na krótką chwilę cały dom wstrzymał oddech. Muzyka grała dalej, ale jakby z drugiego końca świata. Kilka osób odruchowo odsunęło się od kobiety leżącej na parkiecie. Inni, przeciwnie, podeszli bliżej, napędzani tą samą ciekawością, która od stuleci kazała ludziom zatrzymywać się przy wypadkach i płonących budynkach. Ktoś nerwowo się roześmiał. Ktoś inny zaproponował wodę, choć nikt nie wiedział komu. W powietrzu mieszał się zapach rozlanego burgunda, drogich perfum i wosku ze świec, które zdążyły już wypalić się do połowy.
Edward nawet nie drgnął. Stał z pustym kieliszkiem w dłoni, obserwując, jak nieznajomy jednym zdecydowanym ruchem przecina tłum. Ludzie rozstępowali się przed nim niemal odruchowo. Nie dlatego, że wiedzieli, kim był. Dlatego, że on wiedział, co robi. To było rzadkie. Większość osób obecnych tej nocy próbowała wyglądać interesująco. On jeden wyglądał, jakby interesowało go coś więcej niż własne odbicie w cudzych oczach.
Edward poczuł, że mimowolnie się uśmiecha.
- Ethan... - powtórzył cicho pod nosem, smakując obce imię, jakby mogło mu coś powiedzieć. Prawda była taka, że nigdy nie kontrolował listy gości. Nie pamiętał nawet imion wszystkich mijanych i witanych osób.
- Mam nadzieję, że istnieje. Byłoby przykro odkryć, że uciekasz przed wyimaginowanym przyjacielem. - Dopiero wtedy ruszył. Powoli. Może nawet przez moment poczuł drobne ukłucie zazdrości o nieznajomego Ethana.
Z tą samą niespieszną elegancją, z jaką kilka godzin wcześniej układał na mahoniowym stole cudze skarby. Minął kobietę płaczącą bardziej z przejęcia niż ze strachu, ominął chłopaka próbującego bezskutecznie zebrać rozsypane kryształki żyrandola i schylił się po jeden z nich. Maleńki, zimny od marmurowej posadzki pryzmat zatrzymał między palcami. Uniósł go pod światło. Przez chwilę obracał, obserwując jak świat rozpada się na drobne tęcze.
- Tyle zostało z nudy. - Zaśmiał się cicho.
- Nie. - pokręcił delikatnie głową. Odwrócił wzrok w stronę mężczyzny klęczącego przy kobiecie.
- Tyle zostało z grawitacji. - Schował kryształ do kieszeni marynarki, jakby właśnie znalazł kolejny eksponat do swojej kolekcji. W głowie słyszał cichy szum. To musiał być alkohol, może nawet pomieszany z narkotykami. Przez pewien czas zdawał się wręcz nie zauważać leżącej na podłodze kobiety.
- Wiesz, co jest zabawne? - Nie podniósł głosu. Nie było takiej potrzeby. Stał wystarczająco blisko, a zebrane dookoła osoby powoli traciły zainteresowanie.
- Miałem zamiar zaproponować ci coś znacznie mniej odpowiedzialnego. - Uniósł dłoń, gładząc kieszeń marynarki.
- Ale chyba właśnie zepsułeś mi plan. - Westchnął teatralnie.
- To okropnie niewygodne spotkać o drugiej w nocy jedynego człowieka w tym domu, który ma odruch ratowania innych. - Na jego twarzy znów pojawił się ten charakterystyczny uśmiech. Lekki. Trudny do rozszyfrowania.
- To prawie nieuczciwe. - Odwrócił głowę w stronę tłumu, który powoli odzyskiwał oddech.
- A ja tak bardzo lubię ludzi z pięknymi wadami. - ściągnął na moment wargi, gdy nagle z tłumu wypadły dwie młode dziewczyny. Obie trzymały szklanki z wodą. Zakołysały się, prawie trącąc równowagę. Jedna z nich wylała niemal połowę zawartości na perski, miękki dywan.
Za wysokimi oknami salonu noc zdawała się należeć do zupełnie innego świata. Taras pulsował ciepłym światłem lampionów, które kołysały się leniwie na letnim wietrze, rzucając złote plamy na biały kamień. Ktoś wspiął się na balustradę z kieliszkiem szampana uniesionym wysoko ponad głowę, jakby wygłaszał mowę do gwiazd, choć nikt już go nie słuchał. Dwie dziewczyny tańczyły boso na mokrych deskach, zostawiając za sobą ślady rozlanego prosecco, a kilku mężczyzn siedziało na krawędzi fontanny z nogami zanurzonymi w wodzie, przekazując sobie butelkę burgunda, papierosa i zdania urwane w połowie, jakby kończenie myśli było stratą czasu.
Jeszcze dalej, przy palenisku, płomienie odbijały się w kieliszkach niczym małe pożary zamknięte w krysztale. Co chwilę ktoś wybuchał śmiechem, ktoś obejmował pierwszą lepszą osobę, ktoś tańczył samotnie z zamkniętymi oczami. Alkohol nie był już napojem. Stał się częścią krajobrazu. Rozlewał się po marmurowych parapetach, błyszczał na poręczach schodów, spływał po nadgarstkach i szyjach, jakby tej nocy wszystko miało zostać ochrzczone szampanem.
Edward uwielbiał ten moment. Chwilę, w której przyjęcie przestawało być zbiorem ludzi, a stawało się jednym organizmem. Oddychało ciężko, nierówno i zachłannie. Z jednego pokoju dochodził śmiech, z drugiego muzyka, z trzeciego czyjś płacz. Wszystko działo się jednocześnie, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Jakby dom przestał mieć ściany, a jedynie pulsujące serce.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza między kolejnymi słowami była tak gęsta i wiążąca, że przez chwilę miał wrażenie, jakby mógł ją dotknąć. Być może jednak to tylko sam kontrastujący z jego milczeniem zgiełk otoczenia i pobudzony do myślenia mózg, a przy tym także opuszki palców, gładzące kobiecy przegub, składały się na tę fantazyjną wizję. Zaraz potem odrzucił wszelkie dekoncentrujące go bodźce, skupiając się wyłącznie na wyliczeniu pulsu. Wszystko było w porządku.
Wszystko poza jego własną godnością, która wraz z przekroczeniem progu nieznanego domostwa zdawała się rozsypywać kawałek po kawałku. Wpierw za sprawą pozostania w roli świadka zbyt licznych sodomistycznych scen, by samą nawet obserwację tychże czynów mógł przed sobą usprawiedliwić. Potem z racji tego, że w ogóle tu został, tłumacząc sobie, że przecież nie zostawi Ethana samego w tak nieprzewidywalnym miejscu. Może to jednak nie przyzwoitość, a ciekawość sprawiała, że nie wyszedł poza obręb imprezy?
… a może każdy, kto został tu przed nim, miał podobne wrażenie?
Miles odrzucił wszelkie refleksje na rzecz trzeźwego działania. Odebrał od kogoś szklankę wody, pojąc nią półprzytomną dziewczynę i odczekał kilka dłużących się minut, by przekonać się, czy to wystarczy, by powoli przywrócić ją do pełnej żywotności.
Uciekam od niego? — Powtórzenie wyrywkowych słów za mężczyzną nie niosło żadnej treści. Świadczyło jednak o tym, że Miles potrafił połączyć udzielenie pierwszej pomocy z rozmową na boku, co było pokłosiem jego własnej pracy, w której podzielność uwagi była wręcz kluczowa. Szybko również okazało się, że stan „pacjentki” nie jest poważny. Koloryt skóry, puls na nadgarstku i powoli wybudzająca się świadomość kobiety wskazywały na to, że powodem omdlenia najpewniej były gorące warunki w salonie i być może przemęczenie organizmu.
Przeciwnie... dawno już by mnie tu nie było, gdybym go znalazł wśród tłumu — wyjaśnił sucho, przez moment tracąc zainteresowanie swoją tymczasową pacjentką. To wyjaśniało, dlaczego wzdrygnął się lekko, czując jak miękkość cudzej ręki uchodzi spod jego palców, gdy chwilę po udzielonej pomocy, i po wycofaniu się ograniczających wcześniej przestrzeń gapiów, kobieta poruszyła się nieznacznie, by wreszcie, z jego asekuracją, podnieść się wolno do pozycji półsiedzącej.
Jak już poczujesz się lepiej, zrób coś dla mnie... stań przy oknie dla własnego, lepszego samopoczucia — Kobieta kiwnęła na te słowa głową, a on, wreszcie, wzdychając cicho, podniósł się z klęczek, otrzepując kolana. Nie miał pewności co do tego, kim była nieznajoma, skąpy strój, ledwie pokrywający granicę półdupków, wskazywał jednak na to, że definitywnie nie dogadaliby się w normalnych warunkach.
Po prawdzie to samo mógł powiedzieć o nieznajomym: z pozoru wydawało mu się bowiem, że żyją w dwóch różnych światach. Świat Milesa był przy tym znacznie bardziej ograniczony przez wiecznie powściągane emocje i własne zasady.
Natręctwo zawodu — skwitował, w podgardlu pozostawiając dalszą część tej wypowiedzi:
Jestem lekarzem utknęło w krtani, zakorkowane przez skrzętnie skrywane skrępowanie. Bo doskonale wiedział, że człowiek o jego reputacji nigdy nie powinien znaleźć się – nawet przypadkiem – w tak gorszącym miejscu. Teraz jednak nie mógł zrobić z tym już absolutnie nic, niż pogodzić się z ów faktem i przynajmniej próbować utrzymywać bezpieczny dystans z zebranymi gośćmi.
Nie wiem na ile będzie to dla Ciebie piękne... może wcale... ale prawdopodobnie jestem do porzygu nudny w porównaniu do... — zawiesił na moment głos, rozglądając się po otoczeniu, szukając inspiracji do zakończenia zdania — ...do innych tutaj — zakończył bezpiecznie. Tym samym odwodził myśli nieznajomego od ewentualnych pytań o jego zawód, podając mu temat zastępczy. Sięgnął przy tym po pozostawioną na parkiecie szklankę, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że w międzyczasie, ironią chwili, została ona zastąpiona jedną z tych, trzymanych przez odurzone dziewczyny. Któraś z nich, poprawiając pasek szpilki, zostawiła swoją na deskach i po ponownym zniknięciu w tłumie zgarnęła nie tę co trzeba, pozostawiając pod butami Milesa tę feralną szklankę z wodą i... prawdopodobnie czymś mocno odurzającym, jak GHB. Howard wypił resztę zawartości ów szkiełka, w pełnym przekonaniu o tym, że ma tę samą szklankę, którą podawał wcześniej nieprzytomnej kobiecie.
Powodzenia w poszukiwaniu tego piękna, czymkolwiek dla Ciebie jest.
Mówiąc to, klepnął mężczyznę krótko w ramię i wręczył mu w międzyczasie w dłoń pustą już szklankę. Zamiast jednak ruszyć od razu w nieznanym sobie kierunku, rozejrzał się orientacyjnie, znów próbując dojrzeć w przestrzeni Ethana.
Bezskutecznie. Miles po części miał nadzieję, że jego zniknięcie ma przynajmniej jakąś wartość. Może spał gdzieś na piętrze pijany i zrelaksowany, albo schował się w którymś z pokojów z innym uczestnikiem imprezy, doświadczając odrobiny przyjemności... jeżeli bowiem oboje nudzili się w tym samym miejscu, ale z osobna, to oznaczałoby jedynie, że marnowali tutaj czas.
Nie znasz żadnego Ethana, prawda? — spytał dla pewności, zanim opuścił nieznajomego.

Kto pyta nie błądzi...

(Choć gdyby wiedział w jakie meandry niebawem zbłądzi jego świadomość,
pewnie kłóciłby się z tą sentencją).

Edward Wentworth
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie odpowiedział od razu. Patrzył. Nie na kobietę, która zdążyła już odzyskać kolor policzków. Nie na rozbawiony tłum, który niemal natychmiast znalazł sobie nowe widowisko. Nie na dwie dziewczyny, które przed chwilą z impetem wpadły do salonu, a teraz zniknęły gdzieś pomiędzy ciałami, zostawiając za sobą mokre ślady na perskim dywanie. Patrzył wyłącznie na niego.
Jak odkrywca, który przez przypadek znalazł odcień, którego od lat bezskutecznie próbował domieszać na palecie. Przez ułamek sekundy cała scena przypominała Caravaggia. Nie przez światło. Przez gest. Jeden człowiek pochylony nad drugim, podczas gdy wokół świat nie przestawał grzeszyć.
Za oknami ogród nadal żył własnym rytmem. Ktoś wskoczył do fontanny w ubraniu, wywołując salwę oklasków. Chwilę później przez otwarte drzwi wpadł podmuch ciepłego powietrza pachnącego mokrą trawą, dymem z paleniska i jaśminem. Niósł ze sobą śmiech ludzi, którzy byli już zbyt pijani, by pamiętać, z czego właściwie się śmieją. Edward zamknął oczy tylko na ułamek sekundy. Dom pulsował. Oddychał. A alkohol rozpuszczał granice między dźwiękami, światłem i myślami. Wszystko zdawało się należeć do jednego organizmu. Lampiony kołyszące się za szybą, cienie przesuwające się po ścianach, odbicia płomieni w kryształach żyrandola i ten mężczyzna stojący kilka kroków od niego.
Na dźwięk słowa nudny Edward parsknął cicho.
- Nie. - Pokręcił głową z autentycznym niedowierzaniem.
- Nie jesteś nudny. - Zrobił krok bliżej, zupełnie nieświadomie skracając dzielącą ich odległość.
- Jesteś... źle obsadzony. - Uśmiechnął się do własnej myśli.
- Powinieneś znaleźć się w zupełnie innej scenie. - Przez chwilę wyglądał, jakby sam próbował zrozumieć, co właśnie powiedział. Zaśmiał się pod nosem. Pusta szklanka, którą Miles wcisnął mu do ręki, zabrzęczała cicho o sygnet na jego palcu. Edward obrócił ją powoli, obserwując świat przez cienkie szkło.
- Lubię zbierać rzeczy, które nie pasują do reszty. - - mruknął. Uniósł wzrok. Jego spojrzenie znów zatrzymało się na twarzy Milesa. Tak, jakby zapomniał, że wypada od czasu do czasu mrugnąć.
Ktoś przebiegł przez salon z ramą obrazu zamiast marynarki, trzymając ją jak absurdalną koronę. Dwie dziewczyny tańczyły, trzymając się za ręce, a ich cienie wirowały po suficie większe od nich samych. Mężczyzna w smokingu spał zwinięty na fortepianie, podczas gdy nieznajoma dopisywała komuś numer telefonu szminką na marmurowym kominku. Dom przestał przypominać rezydencję. Bardziej galerię, w której wszystkie obrazy postanowiły wyjść z ram.
- Chyba ja jestem dzisiaj zdecydowanie zbyt pijany na poszukiwanie piękna. - Zapach jaśminu z ogrodu mieszał się z dymem papierosów i bergamotką czyichś perfum. Smaki szampana i czerwonego wina przestały się od siebie różnić. Światło świec było miękkie jak aksamit, a muzyka wydawała się mieć kolor ciemnego bursztynu. Edward od dawna nie próbował już oddzielać jednego od drugiego. Alkohol lubił odbierać rzeczom ich właściwe miejsca.
- Nie znam żadnego Ethana. - Krótka pauza.
- Ale zaczynam mieć do niego pretensję. - Lekki uśmiech wrócił na jego twarz. - Jeśli naprawdę istnieje, powinien już dawno cię odnaleźć. - Oparł się niedbale ramieniem o framugę drzwi. Palce odruchowo wsunął do kieszeni marynarki. Natrafiły na małe metalowe pudełeczko. Przez moment obracał je wewnątrz materiału, słysząc ciche stuknięcie pojedynczej tabletki. Zamiast tego patrzył na Milesa z tą samą, niebezpiecznie skupioną uwagą. Jakby cała reszta przyjęcia powoli rozpływała się za jego plecami. Jakby spośród setek przedmiotów pozostawionych tej nocy na mahoniowym stole właśnie znalazł jedyny, którego nikt nie zamierzał oddać.
- Jako dobry gospodarz, pomogę Ci go znaleźć. Chodź. - mruknął. I nim minęła sekunda, palce ich dłoni splotły się w uścisku. Edward, mimo że zmysły były zmiękczone przez alkohol, z niesamowitą wprawą złapał dłoń mężczyzny. Pociągnął go nawet w stronę przestronnej biblioteki. Ktoś przemknął obok z niekontrolowanym śmiechem i, nie zatrzymując się nawet na sekundę, zarzucił Edwardowi na ramiona długi jedwabny szal. Pachniał irysem i dymem. Edward nawet nie odwrócił głowy. Od niechcenia poprawił materiał, jakby należał do niego od początku wieczoru. Kilka sekund później właścicielka szala tańczyła już na stole w jadalni, tracąc kolejne elementy garderoby, najwyraźniej nie zauważając nawet swojej straty.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wrażenie o świecie, a tym bardziej o tej nocy – było miękkie, niemal plastyczne. Jak rozżarzony grzechami gości pręt, podatny na zgięcie, o którego kształcie każdy decydował z osobna. Idealnym na to dowodem byli Miles i Edward. Gdyby tylko doktor Howard był w stanie choć przez chwilę przejrzeć myśli gospodarza, z pewnością doszedłby do wniosku, że rozpiętość tego, jak postrzega się jedną i tę samą sytuację, jest wręcz absurdalnie szeroka.
Nie czuł – jak Wentworth – pulsowania, nie oddychał razem z rytmem domu. Każdy jeden incydent, widziany kątem oka lub dławiony wewnątrz jego moralnego kompasu, choć dla jednych mógł stanowić przyjemne mrowienie ciekawości, bądź podniecającą ciało wibrację, dla niego przypominał incydentalny wstrząs; silne drgnięcie emocji, które w każdym momencie mogło zwalić go z nóg, stwarzając realne zagrożenie. To nie było kwestią tego, CZY podda się trzęsieniu środowiska, a KIEDY to zrobi. Był niemal pewien, że gdy tylko wszystkie granice jego dobrego smaku zostaną przekroczone, a nogi zadrżą pod naporem zbyt wielu ustępstw, wyjdzie stąd i nigdy już nie wróci.

Może więc Edward miał rację.
Może został źle obsadzony.

Przesunął spojrzeniem nie wzdłuż ciała mężczyzny, a po podłodze, obserwując skracający się między nimi dystans, by ostatecznie rozluźnić mięśnie szczęki. Kimkolwiek był mężczyzna przed nim, wydawał się niegroźny i przede wszystkim – nie tak bezmyślnie napalony, jak co niektórzy w tym dobytku. Pozwolił więc twarzy oddać tchnienie bezpiecznej emocji: zamiast zdegustowania, postawił na zaskoczenie. Ukazało się ono między wzniesionymi brwiami i nad czołem w postaci cienkiej kreski.
W jakiej scenie powinienem się znaleźć... według Ciebie? – spytał, pierwszy raz od startu tej rozmowy szczerze zainteresowany ewentualną odpowiedzią.
Sam nie potrafił znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca bez względu na rolę, którą przyszłoby mu tutaj zagrać. Nawet teraz, po udzieleniu pomocy nieznajomej, na czym przecież się znał, czuł się pusty, wyłuskany z emocji. Jak wydmuszka, która straciła swą zawartość dawno temu.
Jego „dawno” miało pewnie miejsce tuż przed północą, kiedy część gości była już tak spita, że zaogniali oni proces trwającej tu rozpusty i degeneracji.
Chyba właśnie to mu nie leżało: fakt, że pod względem potencjału tego wieczoru szli w dół, nie w górę. Jako urodzony perfekcjonista, MUSIAŁ się rozwijać. Nie mógł zgodzić się na tak proste działanie, jak pierwotne instynkty.
Starał się ignorować wszystkie szaleństwa wokół niego, nie był jednak ani głupi, ani ślepy, by wyrzucić z pamięci niektóre z obrazów. Pozostało mu więc pogodzić się z tym, czego nie odzobaczy.
Możemy być jeszcze bardziej różni? Uwielbiam wszystko, co pasuje do siebie. Nawet części garderoby dobieram w ten sposób, żeby pasowało chociaż stylem.
W głosie Milesa nie było słychać antypatii, wskazywał jednak na pewne widoczne różnice między nimi, zaraz potem posyłając mu krótki, kurtuazyjny uśmiech... z początku zwiastujący pożegnanie. Nieznajomy nie znał Ethana, a to był wystarczający powód do tego, by swojego kolegi dzisiejszej nocy szukać gdzie indziej.
Jak tak teraz o tym myślę, to chyba od początku miałem robić za szofera – przyznał, nie czując wobec Ethana żalu. Zgodził się przyjechać tu z nim dobrowolnie, i również dobrowolnie obiecał mu, że odbierze go, gdy impreza się już skończy... to że kończyła się znacznie później, niż Miles się tego spodziewał, należało już do innej historii.
Jego zresztą w pełni pochłonęła teraźniejszość, gdy porwany przez dłoń Edwarda, ruszył w kierunku biblioteki.
Oo... Edward?
Jako że nie pił, szybko połączył kropki, spoglądając na gospodarza z lekkim, rozbawionym uśmiechem. W miarę rozwijającej się rozmowy czuł, jak relaksujące ciepło obejmuje jego skórę na ramionach i w podbrzuszu... w zasadzie z wolna zasadza się w tunelach wszystkich żył, jakby szczeliny dzisiejszego nastroju właśnie zaczęły wpuszczać w niego spokój. Nie mógł przewidzieć, że był to efekt wprowadzonego w krwiobieg narkotyku, który odzywał się w nim z wolna, wpływając na jego nastrój.
Jestem prawie pewien tego, że jeśli dotrwam do końca imprezy, to dowiem się wszystkiego o Tobie. Łącznie z tym, jakie nosisz majtki. Wszyscy goście chętnie o Tobie opowiadają... nie wiem tylko, co z tego jest prawdą.
Śmiech Milesa poniósł się miękkim dźwiękiem po nieco mniej pełnej od ludzi przestrzeni, gdy doprowadzony do pierwszych regałów książek, wreszcie stawił opór, stając w miejscu bez względu na to, czy Edward planował taki przystanek, czy nie.
Nie wiesz nawet jak wygląda... jak chcesz mi pomóc? – zadał całkiem adekwatne do sytuacji i sensowne pytanie, przyglądając się cierpliwie tęczówkom gospodarza.

Edward Wentworth
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”