ODPOWIEDZ
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

10.


Zmęczenie rozproszyło się chciwie po jego ciele jak duże skupisko larw - dotarło wszędzie - nawet do zakamarków tych które skrzętnie ukrywał, tych, o których miał w zwyczaju powtarzać że absolutnie choćby w najmniejszym stopniu nie istnieją. Zmęczenie było jednak zbyt silne, rozpulchniając podłoże jego mięśni i klejąc się giętkim bluszczem do fundamentów jego kręgosłupa. Przez chwilę miał wrażenie że znowu się tam znajduje, przy stole operacyjnym tak jakby zabieg wcale się nie skończył bo trwał rzeczywiście długo, Whipple pochłaniał wszystko co powierzchowne i może też samą duszę, zmuszając operatorów do stania przez kilka godzin najpierw przy resekcji, a później przy wytwarzaniu nowego zespolenia. W głowie wciąż mu szumiały słowa profesora, któremu asystował, a który przez pewien okres pozwolił mu przejąć stery przechodząc w cień, obserwując - pomyśl o tym, Iverson. Ja widzę, że się nadajesz. Czas dłużył się jakby tylko chichotał, huśtając się bezustannie na placu zabaw wskazówek, nadal słyszał miarowe dźwięki aparatury i piszczenie narzędzi razem z zapachem tkanek, nadal dostrzegał dziurę pola operacyjnego w którego otwartej torbie błyszczały śliskie narządy, wrażliwe i odsłonięte. Rozważał przede wszystkim to, co usłyszał tuż po samym zabiegu - profesor proponował mu żeby zaczął poszerzać swoje kompetencje specjalizując się, tak jak on, w zakresie chirurgii wątroby, trzustki i dróg żółciowych. Nie wiedział, pomimo tego, jaką dać mu odpowiedź, nie wiedział, bo już sama chirurgia była dla niego maską, a przechodzenie w kierunku bardziej elitarnym mogło stać się pułapką bez żadnej poświaty wyjścia. Bał się, że gdyby tylko zdjął maskę, nie znalazłby pod nią nic, bał się, że tak naprawdę nie istniał, jakkolwiek to było już w samym prostym założeniu nierozsądne. Bał się. Niepokój momentalnie szamotał się w jego gardle, podnosząc się opuchlizną. Co robić? Co powinien, do cholery, uczynić ze swoim życiem?
Zmrużył przez chwilę oczy. Dyżurka, którą zajmował, była zupełnie pusta. Ułożył się na kanapie - skóra, orzeźwiona, nosiła jeszcze wspomnienia chłodnej fali prysznicu wziętego po operacji. Na sali, po tych kilku godzinach, zrobiło się silnie duszno, pot ściekał po ciele słoną i nieprzyjemną rosą. Westchnął. Nie miał w tej chwili żadnych obowiązków. Wszystko musieli umyć i przygotować na ich następny zabieg. Leżał na plecach, zajmując całkiem siedzenie z czystej, naturalnej potrzeby swojego wzrostu i bawił się telefonem. Wyglądał tak jak znużony i rozpieszczony kocur któremu do pełni szczęścia brakowało jedynie wygrzewania się na słońcu. Osadził łydki na oparciu - wiedział, że zaczął wracać do przyjemnego stanu. Do stanu, w którym nie czuł emocji, do stanu wyprutego ze zmartwień. Do stanu, w którym chciał się znajdować, podobnego do bezpiecznej oraz stałej dla niego mantry odurzenia.
Drgnął, gdy usłyszał dźwięk klamki. Drzwi uchyliły się, a on w tym czasie - choć bez zbędnego pośpiechu - wycofał się, siadając wreszcie jak człowiek, robiąc miejsce dla innych potencjalnych osób, które miały dołączyć do chwilowego odpoczynku. Wpatrzony w przestrzeń przed siebie znów przypominał czujne, skupione na celu zwierzę, z obwolutą jasnych kontrastujących się tęczówek, ostrych jak wyciągnięty nóż.
- Co jest? Znów jakaś politrauma? - zwrócił się do przybysza. Doktor Howard, jak miał w zwyczaju mówić ze względu na górujące nad nim doświadczenie i niewystarczającą ilość interakcji aby przełamać etykietę, nie był dobrym zwiastunem w dyżurce bloku operacyjnego. Obecność chirurga urazowego mogła oznaczać często katastrofę i kilka godzin zabiegów w zespołach o różnej specjalności. Sam kiedyś mu asystował, gdy biegał po różnych stażach, jeszcze zanim zdał egzamin i stał się w pewnym znaczeniu niezależny.
- Czy może przeszkodziłem panu w chwili samotności? - nie mógł sobie odpuścić tej cienkiej warstwy przytyku, dlatego, że bez względu na pierwsze skojarzenia przyczyna mogła być prosta - czasami szło się wyłącznie porozmawiać z osobą która akurat przebywała na bloku, czasami chciało się odpocząć bo było to jedno z miejsc gdzie nie wchodzili zazwyczaj ludzie z administracji, bo było tu znacznie ciszej, spokojniej niż na oddziale ratunkowym. Pytanie, które mu zadał, zawisło teraz w powietrzu - jak prowokacja, która tylko czekała, by podejść w jej stronę bliżej, by drasnąć ją - by ją dotknąć.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

008.
Wątły cień ironii przesuwał się tuż za jego plecami i przy każdym jego kroku, kiedy tylko przekroczył próg szpitala. Nie miał dziś dyżuru, nie był także z nikim umówiony, a lista pacjentów w ostatnim czasie nawet się u niego zawęziła, co wcale nie ratowało go przed obecnością w TYM miejscu, tj. w sterylnie czystym budynku i jednocześnie niebezpiecznie wypełniającym jego grafik codzienności aż po brzegi. Niemal tak, jakby jego domem stały się meandry publicznych korytarzy, przodujące przed ścianami zakupionego z dawna apartamentu w Financial District.
Ten jeden raz, gdy zdecydował się wziąć wolne, kapryśność losu i tak popchnęła go dyskretnie w tę samą przestrzeń, do tych samych ludzi, a nawet… do dokładnie tej samej dyżurki, którą zazwyczaj okupował w krótkich przerwach od pracy na oddziale.
Wchodząc do pomieszczenia, na krótko spłynął na niego wąski strumień światła, rzucany natrętnie od jedynego okna, osadzonego centralnie na przeciwko wejściowych drzwi. Powieki opadły wtedy bezwiednie, pozostając na wpół zmrużone, ale jaskrawa poświata i tak jednak sięgnęła jego oczu, przyćmiewając na moment widok wnętrza dyżurki.
Co jest? Znów jakaś politrauma?
Najpierw go usłyszał, zanim go zobaczył.
Wiedział z kim ma do czynienia już po samym głosie, kojarzył Jude’a jeszcze z czasów, gdy ten był rezydentem, nie był jedynie pewien, czy pamięta, jak młodzieniec dokładnie wygląda w fartuchu lekarskim, albo w jaki sposób marszczy brwi, gdy pozostaje skupiony. Detale towarzyskich spotkań umykały mu tak często, jak potencjał do rozmów ze współpracownikami, dlatego też, gdy wreszcie wdarł się do wnętrza pokoju, zamykając za sobą drzwi i umykając przed źródłem światła, nie zdziwiło go, że o czymś jednak zapomniał: choćby o tym, jak wysoki jest Jude Iverson. Jego nogi, choć spoczywające twardo na dywanie, przy nisko osadzonej kanapie zdawały się niemal odlatywać, zgięte w kolanach ponad wysokością siedziska.
Uśmiechnął się mimowolnie, rozbawiony samą tą perspektywą, jak również tym, że w ostatnim czasie nie spotkał nikogo, kto byłby niższy, lub chociaż w podobnym do niego wzroście. Młodsze pokolenie zdawało się być wyjątkowo sowicie obdarzone pod tym względem. Nie odezwał się jednak, a przynajmniej nie w sposób, jakiego można było od niego oczekiwać. Nie rozwiał bowiem wątpliwości odnośnie politraumy, ani nie narzucił tematu zastępczego.
Dzień dobry.
Pojedyncze, zdawkowe powitanie zadźwięczało krótko w przestrzeni, jak subtelne dygnięcie dzwoneczka przy otwarciu drzwi. Może właśnie taką funkcję w jego mniemaniu pełniło, bo na tym zakończył kontakt. Chwilę później, po niemal niezauważalnej pauzie w słowach i w ruchach, przeszedł przez całą długość pokoju, dotykając dłonią sznurka przy roletach. Zasunął je do połowy, by zminimalizować ilość wtłoczonego do środka słońca. Naturalne światło dnia, choć skoncentrowane tylko w jednej części pomieszczenia, drażniło go, sprawiając wrażenie natrętnego skoczka, który raz za razem obijał się w kontuszu czaszki, rozsadzając głowę, a co za tym idzie, także myśli.
Migrena zabierała mu dziś chęć do zaczynania i podtrzymywania kurtuazyjnych rozmów, ale to nie ona była powodem dzisiejszej wizyty w dyżurce.
Tymczasem wrócił spojrzeniem do towarzysza, powstrzymując się od wyjaśnienia, w czym dokładnie przeszkodził mu dziś Jude. Wolałby być sam, ale nie wyraził tej myśli głośno. Ograniczył się do założenia ręki za kark, pełnego niewyjaśnionej krępacji, i podejścia do kanapy. Zamiast jednak usiąść na niej, nachylił się w kierunku poduszek, wkładając palce pomiędzy ciasne szczeliny poszczególnych części mebla. Dopiero gdy wachlarz poszukiwań zaczął się zamykać, a jedyne niesprawdzone miejsce tkwiło przy i pod ciałem Iversona, westchnął cicho.
Zostawiłem pager… gdzieś tutaj — mruknął niechętnie, bo przyznawanie się do błędów, czy niedociągnięć rzadko przechodziło mu gładko przez gardło. Nie mówiąc o zapominalstwie: do tego niemal nigdy nie doprowadzał, by nie musieć się z podobnych uchybień tłumaczyć.
Przesuniesz się?
Kolejne pytanie wypowiedział samemu siadając wolno obok niego, by nie wisieć nad nim nachalnie i ponaglająco.

Jude Iverson
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”