29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Za ich plecami ogród nadal żył własnym życiem. Z oranżerii wypłynęła grupa ludzi śpiewających coś, co jeszcze godzinę temu było francuską piosenką, a teraz przypominało jedynie chóralne wspomnienie melodii. Dziewczyna w srebrnej sukni zdjęła szpilki i wrzuciła je do fontanny, wywołując głośny aplauz kilku kompletnie obcych osób. Ktoś rozlał burgunda na biały obrus rozłożony na trawie, po czym uznał powstałą plamę za wystarczająco piękną, by postawić na niej świecznik. Edward obserwował to wszystko z czułością. Uwielbiał chwilę, w której ludzie przestawali kontrolować własne gesty. Kiedy każde zachowanie stawało się odrobinę bardziej szczere niż godzinę wcześniej. Bas dobiegający z wnętrza domu znów przeszedł przez ziemię. Edward poczuł go aż w żebrach. Na moment zamknął oczy.
– Nigdy nie narzucam limitu. Pozwalam żeby los decydował. – wzruszył ramionami, nieco rozbawiony.
– Oczywiście, że podołam. – niemal oburzył się!
– Jestem wręcz pewien, że nie zaskoczysz mnie żadnymi zachciankami. – to chyba była nawet forma wyzwania.
– Jedyne czemu muszę stawić czoła to szalejący błędnik. – jego twarz przez moment rozjaśniała w uśmiechu. Alkohol działał. Mieszał się z chemicznymi związkami, buzował w krwioobiegu.
Edward przystanął przy drzwiach, ale ich nie otworzył. Przez chwilę jedynie patrzył na Deana, jakby próbował zdecydować, czy bardziej go bawi, czy fascynuje. Im dłużej na niego patrzył, tym trudniej było mu przypomnieć sobie, o czym rozmawiali jeszcze kilka minut wcześniej. Alkohol rozmywał chronologię wydarzeń. Zostawiał jedynie obrazy. Dym unoszący się nad tarasem. Granatowe pióra pawia. Jedwabny szal zsuwający się z ramion. Ciemne oczy stojącego naprzeciw mężczyzny.
Edward poczuł jego oddech na skórze szyi. Niemal równie gładki co jedwabny szal z długimi frędzlami, który ktoś mu wcześniej sprezentował. Przesunął dłonią po mosiężnej klamce. Metal był przyjemnie chłodny. Nacisnął na nią dopiero, gdy Dean wpił się w jego szyję. Wydał z siebie niewerbalny pomruk. Jakby z ulgą wypuścił powietrze z płuc. Edward przywiązywał olbrzymią wagę do zapachu. Do ich mieszania. Jego ulubionymi perfumami były włoskie Santa Maria Novella. Ale zazwyczaj też przez całe dnie wcierał w szyję, w kark, w linię żuchwy i nadgarstki - olejki eteryczne. Od drzewa cedrowego, przez sandałowe, od słodko-gorzkiego neroli, aż przez czarny pieprz. Cokolwiek wpadło mu w ręce. Pachniał jak mieszanka suszonych ziół i kwiatów, jak coś orientalnego.
Drzwi zamknęły się za nimi niemal bezgłośnie. Muzyka nie zniknęła. Stała się jedynie odległym pomrukiem, który drżał gdzieś w ścianach niczym serce ukryte głęboko pod deskami podłogi. Po drugiej stronie nie było wystawnych korytarzy ani marmurowych schodów, których spodziewałby się każdy gość. Zamiast nich rozciągało się wąskie przejście dla służby. Kamienna posadzka nosiła ślady setek lat użytkowania, a ściany pokrywały stare, pobielone cegły. Pachniało chłodem, drewnem i świeżo wypieczonym chlebem.
Edward właściwie wciągnął Deana w ciemny korytarz. Kilka kroków dalej korytarz skręcał ostro w prawo. Boczne schody prowadziły w dół, do nowoczesnej części posiadłości. Kamień ustąpił miejsca surowemu betonowi, czarnemu dębowi i szkłu. Przez wysokie przeszklenie widać było garaż przypominający bardziej prywatną galerię niż miejsce na samochody. W równym szeregu stały klasyczne Aston Martiny, ciemnozielony Jaguar E-Type i srebrne Porsche z lat siedemdziesiątych, odbijające miękkie światło ukrytych lamp.
– Możemy przemknąć do sypialni. Albo wypróbować siedzenia… – skinął na samochody za szybą.
[akapit]– Tylko błagam, nie każ mi długo czekać. – mrukną.


Dean Vanberg
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”