26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Proste czynności były najprzyjemniejsze. Mógł się nim oddawać bez większego zastanowienia. Nie żeby robił cokolwiek bezmyślnie. Musiał się pilnować ze wszystkim, nawet z ilością kremów, które w siebie wcierał. Poza tym lubił również ten swój poranny rytuał, że oddawał się sobie i swoim przyjemnościom, zanim odda się innym. Niewiele miał w ciągu dnia takich momentów, że mógł pobyć naprawdę sam. Dzisiejszy poranek traktował w sumie tak samo, bo obecność Edwarda nie była przytłaczająca. Mężczyzna nie wymagał od niego nic poza obecnością. Było to a swój sposób urocze. I dziwne, dlatego, że Alfie był przyzwyczajony do zupełnie innego zachowania i traktowania. Większość mężczyzn, z którymi się spotykał chciała i wymagała od niego różnych czynności. W końcu mu płacili, więc oczekiwali od niego, że w jakiś sposób się odwdzięczy. Bo jego relacje z innymi nie były szczere, bezinteresowne. Nie przeszkadzało mu to.
   Z Edwardem również zawierali pewne transakcje. Wiedział, że ten od niego czegoś oczekuje, jednak nie wydawał poleceń, nie mówił Alfiemu, co powinien zrobić. W sumie oczekiwał tego od niego. Co Bloom traktował jako błogosławieństwo, bo faceci potrafili być wymagający. A bogaci mieli wymagania, o których nie śniło się innym ludziom, którzy nie żyli na ich poziomie.
   Czuł, jak wilgoć osiada na jego rękach, karku i nogach. Czuł też, jak jego włosy się skręcają od zaparowanej i dusznej, przepełnionej zapachami żelu, olejków i lawendy. Był to przyjemny aromat, który sprawiał, że Alfie przez chwile mógł poczuć się jak w domu. Nie dlatego, że jego rodzinny dom korzystał z tych samych produktów, ale przypomniał mu się płyn do płukania tkanin – również o zapachu lawendy, jednak mniej naturalny, a znacznie bardziej chemiczny. Tani.
   – Cieszę się – odpowiedział na jego słowa. Była to jednak wyuczona i automatyczna odpowiedź. Wiedział, że Edward będzie bardziej niż zadowolony z faktu, że Alfie kazał mu coś zrobić. Nawet jeśli jutrzejszego dnia nie będzie już tego pamiętać i blondyn będzie mógł mu o tym przypomnieć jeszcze raz. Bo nawyki ciężko było zmienić, jeśli nie robiło się tego specjalnie. Alfie na przykład wielokrotnie musiał pilnować się, by robić coś w sposób inny, niż było to dla niego intuicyjne.
   Uśmiechnął się, słysząc krzątaninę za drzwiami, co mogło oznaczać, że Marta przyniosła mu tabletki. Nie śpieszył się z pójściem po nie, bo dłonie miał zajęte wcieraniem kolejnej porcji kremu w drugą nogę. Na szczęście nie musiał nigdzie iść, bo Edward go wyręczył i przyniósł tacę z tabletkami.
   – Znalazłeś moje skarpetki – powiedział, patrząc na niego z dołu. Jego uśmiech się poszerzył, gdy Edward stanął przed nim. Bez nuty skrępowania, czy jakiegokolwiek zawahania, oparł swoją stopę o jego biodro. Tak było łatwiej rozsmarowywać krem, niż pochylać się, zwłaszcza jeśli bolała kogoś głowa. Potrzebował tych tabletek. Musiał się jak najszybciej uporać z sobą. Powoli wcierał krem w swoją łydkę, napierając stopą na zakryte ręcznikiem ciało swojego towarzysza. Szorstki i gruby materiał ręcznika drapał podbicie jego stopy i łaskotał go lekko w podbicie.
   – Ale najpierw śniadanie – powiedział. Musieli coś zjeść, coś lepszego niż zwykłe, robione na szybko tosty. W sumie to jego żołądek powoli się uspokajał. Już nie tańczył piruetów, więc Alfie uznał, że jest głodny. Nie mogli też paradować po sklepach z pustymi brzuchami.
   – Musisz mi ubrać skarpetki… i podać tabletki – powiedział, odkładając krem na bok, a dłonie obcierając o przedramiona. Wciąż był tłusty od kremu, więc musiał poczekać na to, aż specyfik wsiąknie.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward spojrzał najpierw na skarpety ściskane w dłoni. Potem na Alfiego. Dopiero po chwili zrozumiał, że nie było w tym ani grama żartu. Kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie. Serce może nawet lekko drgnęło. Chociaż nie. To nie było serce. To było to drugie, lepsze uczucie. Jego ulubione. Nie potrafił go nazwać. Stres? Zdenerwowanie? Ścisk gdzieś w okolicy podbrzusza. Czasami narastające, wraz z ciśnieniem krwi. W książkach czasami opisywano je jako stado motyli. On widział to inaczej, swoimi Angielskimi oczami. To przypominało mu stado ptaków zerwanych nagle do lotu. Podbijały się z trzepoczącymi skrzydłami, synchronizując ruch.
- Oczywiście. - Odpowiedział z tą samą naturalnością, z jaką kilka minut wcześniej zgodził się na prysznic. Wyciągnął rękę z porcelanowym spodkiem, podając mu tabletkę.
- Najpierw woda. - Odstawił spodek ponownie, nalał do szklanki chłodnej wody z karafki stojącej przy umywalce i dopiero wtedy wrócił. Najpierw szklanka. Potem tabletki. Wykonywał wszystkie czynności z tą samą spokojną dokładnością. Nie dlatego, że były ważne. Dlatego, że nie widział powodu, by wykonywać je niedbale. Kiedy Alfie połknął tabletki, Edward zabrał pustą szklankę i odstawił ją na miejsce. Odłożył porcelanowy spodek na blat umywalki, po czym bez pośpiechu uklęknął na chłodnym marmurze.
Marmur zawsze wydawał mu się dziwnie przyjemny dla kolan. Twardy, ale gładki. Wypolerowany przez dziesięciolecia bardziej ludzką obecnością niż samym czasem.
Rozwinął pierwszą skarpetę. Przez moment przyglądał się stopie Alfiego. Zaskakująco jasna tam, gdzie nie sięgało słońce. Na pięcie pozostał ledwie widoczny ślad po nowych butach, które kupili kilka tygodni wcześniej. Edward pamiętał je doskonale. Alfie twierdził, że absolutnie ich potrzebował. Ostatecznie założył je może dwa razy.
Ujął jego kostkę ostrożnie. Materiał gładko przesunął się po palcach, pięcie i łydce.
Edward poprawił go jeszcze dwoma krótkimi ruchami, wygładzając niewielkie zagniecenie przy kostce. To był odruch. Nie lubił fałd. Nigdy. Tak samo jak przekrzywionych obrazów, źle ułożonych książek czy źle zawiązanych krawatów. Drugą skarpetę założył jeszcze szybciej. Został jeszcze na kolanach przez moment, obejmując jego stopę. Czuł pod palcami materiał dzianiny, powoli przesuwając kciukiem po podeszwie. Przez parę dłuższych chwil zaczął rozmasowywać jego stopę.
- Śniadanie już czeka. - Powiedział z lekko uniesionymi brwiami.
- Martha pewnie od piętnastu minut udaje, że nie nasłuchuje pod drzwiami, czy wreszcie zejdziemy. - Parsknął krótkim śmiechem.
- Nie powie tego nigdy wprost. Ale jeśli każemy jej jeszcze kwadrans trzymać jajka na miękko, potraktuje to jako osobistą zniewagę. - pokręcił głową. Znał ją doskonale.
Faktycznie, wszystko było gotowe w mniejszej jadalni. Dom o tej porze pachniał zupełnie inaczej niż wieczorem. Nie było już papierosów ani alkoholu. Zamiast nich unosił się zapach świeżo wypiekanego chleba, herbaty i ciętych kwiatów, które Martha co kilka dni przynosiła z oranżerii. Schody prowadziły do niewielkiej jadalni, z której korzystał niemal codziennie. Oficjalna sala pozostawała zamknięta przez większość roku; otwierano ją wyłącznie wtedy, gdy dom miał udawać bardziej okazały, niż był naprawdę. Ta była inna. Znacznie bardziej ludzka.Okrągły stół z jasnego dębu stał tuż przy wysokim wykuszu wychodzącym na ogród. Poranne światło wpadało przez drobne szyby, rozbijając się o kryształowy wazon pełen białych dalii i jasnoróżowych groszków pachnących tak delikatnie, że ich zapach wyczuwało się dopiero po kilku minutach. Na ścianach wisiały akwarele Turnera. Nie te słynne. Mniejsze. Spokojniejsze. Przedstawiały mgłę nad rzeką, odległe wzgórza i światło, którego nigdy nie dało się jednoznacznie nazwać ani porankiem, ani wieczorem. Edward lubił je właśnie za to. Nie próbowały opowiadać historii. Pozwalały ją dopowiedzieć.
Martha zdążyła już nakryć stół. Biały obrus był idealnie wyprasowany. Srebrne sztućce leżały równolegle z dokładnością, której nikt poza nią nie byłby w stanie zauważyć. Z porcelanowego imbryka unosiła się cienka smuga pary, obok koszyka z jeszcze ciepłymi rogalikami stały domowe konfitury z moreli i gorzkiej pomarańczy, miska z letnimi owocami, miękkie jajka, wędzony łosoś i masło zawinięte w pergamin.
- Chociaż… - Spojrzał na niego uważnie.
[akapit]- Jeśli wolisz zjeść gdzieś w mieście… - Lekko wzruszył ramionami. Powiedział to z zadziwiającą łatwością. Jakby od dawna przestało mieć dla niego znaczenie, dokąd pojedzie. Ważniejsze było tylko to, że decyzja znowu należała do Alfiego.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Podobał mu się kontrast w ich charakterach. Alfie był roztrzepany, swobodny i wolny, podczas gdy Edward skrupulatny, opanowany i ułożony. Bloom miał wrażenie, że dzięki tej różnicy, niesamowicie dobrze do siebie pasują jako duet. Nie wiedział, jak miał nazwać ich relację, bo brakowało im romantyczności, którymi odznaczały się zakochane w sobie pary. Alfie zresztą dbał o to, żeby tak nie było bo o ile nie miał nic przeciwko temu, żeby ktoś zakochiwał się w nim, to nie mógł sobie pozwolić na takie uczucie względem kogokolwiek.
   Nie, mógł kochać. Kochał siebie.
   Uśmiechnął się, widząc, jak Edward uwija się ze szklanką i jego tabletkami. Posłusznie otworzył usta i wysunął język, pozwalając by mężczyzna położył na nim tabletki. Przyjął od niego szklankę z wodą. Zaskakującym było, że woda, bez względu na to, przez jakie rury płynęła, zawsze smakowała tak samo, jakby chciała przypomnieć ludziom, którzy ją pili, że są dokładnie tacy sami. Połknął tabletki popijając je sporą ilością wody. Westchnął głośno, jakby był pozbawiony wody przez wiele dni.
   Docisnął stopę do jego nagiego ciała, zsuwając ją z ręcznika. Zmiana struktury sprawiła, że przebiegł po jego ciele delikatny dreszcz, a na skórze pojawiła się delikatna gęsia skórka. Ta szybko jednak znikła przy kontakcie z palcami Edwarda. Były one smukłe, delikatne, nie tak szorstkie, do jakich bywał przyzwyczajany. Widać było, że mężczyzna dbał o siebie i poświęcał swojemu ciału należytą uwagę. Bo nie wystarczyło tylko dobrze wyglądać, trzeba było też dbać o to żeby umiejętnie wyglądać dobrze, co wielu mężczyzną umykało. Nie liczyły się bowiem mięśnie napinające skórę. Ciało było sprawnie działającą maszyną, którą trzeba było również naoliwiać a nie tylko wyklepywać, by nabrała odpowiednich kształtów.
   Dłonie Edwarda delikatnie nasuwały na jego nagą stopę skarpetkę. Czarny materiał przykrywał jego ciało niemalże z namaszczeniem i delikatnością porównywalną do tej, którą charakteryzują się ruchy rodzica, przykrywającego pierworodne dziecko.
   Pozwalał się dotykać, masować i pieścić. Było to nawet przyjemne i sprawiło, że z jego lekko rozchylonych ust wydobył się cichy jęk. Przyjemność chwili została jednak przerwana głosem Edwarda. Westchnął, rozkoszując się jeszcze pozostałościami jego dotyku.
   – Nie możemy jej tego zrobić – powiedział, kiwając lekko głową. Wyszli wspólnie z łazienki. Zanim pojawili się jednak w jadalni, postanowił się ubrać. Uważał bowiem, że przychodziła pora na to, że nie wypadało paradować w bieliźnie. A przynajmniej wypadało się ubrać do śniadania, które przygotował ktoś inny. Zgarnął więc pierwsze lepsze krótkie spodenki Edwarda, które znalazł w komodzie. Były jasne, lniane, więc bez wątpienia można było dojrzeć kolor jego bielizny, który prześwitywał przez materiał. Czarne odznaczało się zza białego. Na stopy nasunął jakieś domowe bambosze, które były tak miękkie i wygodne, że wydawało mu się, jakby chodził po chmurach.
   Usiadł przy stole, podziwiając wszystko to, co zostało przygotowane i rozłożone przed nimi. Był pełen podziwu tego, jak szybko kobieta potrafiła się uwinąć z czynnościami, które jemu samemu zabrałyby na pewno znacznie więcej czasu. Uśmiechnął się do niej.
   – Marta się napracowała, byłoby niegrzecznie teraz stąd iść – powiedział, kładąc dłoń na udzie Edwarda, jakby chciał go powstrzymać przed ucieczką. Niemal codziennie jadał na mieście, a skoro jedzenie było już tak miło rozłożone to aż szkoda było je zostawić. Zacisnął dłonie na udzie mężczyzny, drugą, wolną, nakładając sobie na talerz rogaliki i jajka. – Dziękujemy – powiedział za siebie i niego.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zanim zeszli na dół, zatrzymał się jeszcze w garderobie. Pomieszczenie było długie i wysokie, z rzędami dębowych szaf wykonanych jeszcze dla jego dziadka. Drewno przez lata nabrało głębokiego, miodowego odcienia i pachniało cedrem, lawendowymi saszetkami oraz prasowaną bawełną. Wszystko miało swoje miejsce.
Koszule.
Marynarki.
Swetry.
Nawet paski wisiały ułożone według koloru klamer.
Edward nigdy nie zastanawiał się nad ubraniem. Raczej nad nastrojem dnia. Poranek wydawał się zbyt miękki na garnitur. Sięgnął więc po cienką, kremową koszulę z irlandzkiego lnu. Miała lekko pogniecioną fakturę, której nigdy nie pozwalał prasować do końca. Uważał, że len powinien wyglądać jak len, nie jak papier. Rękawy podwinął niedbale do przedramion, pozostawiając rozpięty pierwszy guzik pod szyją. Gdzieś po lewej stronie, tuż pod talią były nawet wyhaftowane jego inicjały. Tonalną nicią, ledwo rzucającą się w oczy. Niebyły sobą, gdyby strój pozostał nudny. Musiał mieć w sobie coś z angielskiej eklxktyczności. Do tego żakardowe krótkie spodnie, miękko opadające na biodra. Jedwab. Dawniej były dziewiętnastowiecznym kimono o intensywnym karmazynowym kolorze. Kazał pociąć kimono i przerobić na szorty.
Całość wyglądała tak, jakby powstała bez wysiłku. Edward doskonale wiedział, ile wysiłku wymagało sprawianie takiego wrażenia. Spojrzał jeszcze w lustro. Poprawił jedynie mankiet. Nic więcej. Nigdy nie ufał ludziom, którzy przed lustrem spędzali zbyt wiele czasu.
Schody prowadzące do jadalni skrzypnęły cicho pod ich ciężarem. Dom budził się powoli. Z uchylonych okien wpadał zapach mokrej trawy i róż rosnących przy południowej elewacji. Gdzieś dalej ogrodnik przycinał cisowe żywopłoty. Metalowe ostrza nożyc uderzały o siebie miarowo, tworząc dźwięk, który Edward pamiętał jeszcze z dzieciństwa.
Lubił takie odgłosy. Były dowodem, że wszystko znajduje się dokładnie tam, gdzie powinno. W jadalni światło było zupełnie inne niż na piętrze. Jaśniejsze. Miękkie. Rozproszone przez stare szyby wykusza, które od lat lekko zniekształcały ogród. Dalie stojące w kryształowym wazonie wyglądały przez nie niczym akwarela Turnera, trochę rozmyta, trochę nierealna.
Edward zajął swoje miejsce dopiero wtedy, gdy Alfie usiadł. Nie skomentował dłoni spoczywającej na swoim udzie.

Spojrzał jedynie na nią przelotnie, po czym przeniósł wzrok na Martę, która właśnie stawiała na stole srebrny imbryk. Kobieta odpowiedziała mu niemal niewidocznym skinieniem głowy. W tym domu całe rozmowy potrafiły odbywać się bez słów. Wystarczały spojrzenia. Delikatne ruchy dłoni. Odsunięte krzesło. Filiżanka postawiona odrobinę bliżej niż zwykle.
Edward odwzajemnił ten gest równie dyskretnie.

- Miałem zamiar zostać. Nigdy bym nie naraził się na Twój gniew. - Odparł spokojnie, zerkając na Marthę.
- Nie jestem aż takim barbarzyńcą. - Martha uniosła kącik ust. Ledwie. Na tyle subtelnie, że ktoś obcy uznałby to za złudzenie. Edward znał ją jednak zbyt długo. Był to odpowiednik szerokiego uśmiechu. Martha podeszła z imbrykiem.
- Assam? - zapytała krótko.
- Tak, dziękuję. - Nie eksperymentował z herbatą. Rano pił wyłącznie Assam. Mocną. Ciemną. Z odrobiną mleka. Bez cukru. Twierdził, że dobra herbata nie potrzebuje słodyczy, podobnie jak dobry obraz nie potrzebuje dodatkowych podpisów.
Popołudniami wybierał Darjeeling.
Wieczorami Earl Greya.
Był przekonany, że każda pora dnia ma własną herbatę i własne światło. Martha nalała naparu z precyzją jubilera. Najpierw Edwardowi. Potem Alfiemu. Na końcu odstawiła imbryk dokładnie na środek srebrnej podstawki. Edward obserwował to z przyjemnością. Nie dlatego, że wymagał perfekcji. Lubił rytuały. Były cichym porozumieniem między ludźmi. Takim, którego nie trzeba było tłumaczyć. Sięgnął po filiżankę. Przez chwilę ogrzewał dłonie o cienką porcelanę.
Dopiero potem uniósł wzrok na Alfiego. W jasnych lnianych spodenkach Edwarda, z włosami wciąż lekko wilgotnymi od pary i porannego prysznica, wyglądał bardziej jak ktoś, kto przez przypadek zamieszkał w tej rezydencji od zawsze, niż jak gość. Ta myśl rozbawiła go bardziej, niż powinna. Może dlatego, że przestawała być tylko myślą.
- To od czego dzisiaj zaczynamy? – zapytał zaciekawiony planami Alfiego. Sięgnął po ciepłego rogalika, rozrywając go i pokrywając porcelanowy talerz mnóstwem kruchych łusek. Nałożył na niego trochę marmelady z gorzkiej pomarańczy i wpakował do ust.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Ubiór, poza wyglądem, był najważniejszą częścią wizerunku. Ludzie oceniali człowieka już w momencie, gdy ich oczy spotykały obcą sylwetkę. I pierwszym na co zwracało się uwagę nie były ruchy i gesty, ale właśnie wygląd i ubranie. Pierwszą warstwą, którą się widziało było właśnie odzienie. I Alfie doskonale wiedział, że do tego, co zakłada się na siebie miało duże znaczenie. Ubierał się więc stosownie do okazji i, jeśli tak było, obowiązującego dress code. Wczorajszego wieczoru przywdział na siebie niemal idealnie skrojony garnitur. Niemal. Nigdy bowiem nie ubierał się w rzeczy szyte na miarę. Zawsze nogawki były nieco zbyt długie, rękawy koszuli odrobinę krótsze niż powinny, a spodnie, mimo tego, że spięte paskiem, opierały się na biodrach, jakby próbowały walczyć z grawitacją i nie opaść na ziemię. Był to jego starannie skomponowany wizerunek, coś co pozwalało ludziom zacząć rozmowę od chyba potrzebujesz lepszego garnituru tylko po to, by koniec końców skończyć z kolejnym, takim samym w jego kolekcji.
   Teraz jednak miał na sobie rzeczy, które nie należały do niego – zbyt duży podkoszulek, który z jakiegoś powodu znajdował się w edwardziej kolekcji, jego lniane szorty które zbyt mocno opinały się tam, gdzie powinny i te niesamowicie wygodne bamboszki, z którymi nie miał ochoty się już rozstawać. Poza skarpetami i bielizną ubrany był w strzępki kogoś innego, jednak nawet to nie przeszkadzało mu w tym, by zachowywać się pewnie.
   Obserwował uważnie wymianę gestów i słów, jaka zachodziła między Edwardem i Martą. Nie zdziwiło go to, że potrafią ze sobą rozmawiać w sposób, który pozwolił na oszczędność wszelkiej ekspresji. Mężczyzna wiedział, że mógł liczyć na kobietę, a Marta była profesjonalistką i znała swojego pracodawcę pewnie lepiej niż on sam siebie. Alfie jedynie obserwował, bo nie chciał wchodzić w ich dialog. Nałożył sobie na talerzyk rogalik, którzy przeciął na pół i zaczął smarować masłem. Rogalik przyjemnie rozsypywał się w rękach, zostawiając fragmenty ciasta na palcach. W powietrzu unosił się słodki zapach masła i konfitur, do których chwilę później dołączył gorzki aromat herbaty. W jego filiżance również pojawiła się herbata. Ta sama, którą nalano Edwardowi. On sam nie traktował herbat z taką samą czcią co Brytyjczyk, niemniej jednak nie chciał wyjść na niegrzecznego. Normalnie poprosiłby o kawę, ale wypił już dwie.
   Puścił jego udo, biorąc do ręki swój rogalik. Drugą sięgnął po nóż, którym zaczął nakładać konfiturę i wkładać w nią kilka z owoców, które znajdowały się na talerzyku obok. Całkowicie zapomniał o jajkach i umyślnie starał się ignorować łososia, bo chociaż wiedział, że jest pyszny, to jego żołądek i podniebienie nie zniosłyby smaku ryby.
   Wziął porządnego gryza swojego rogalika. Ciasto szybko zmieniło się w papkę, mieszając ze słodko-gorzką konfiturą. Jego żołądek cieszył się z takiego rozwoju sytuacji. Rogalika pochłonął niemal natychmiast. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo był głodny. Powoli zaczął obierać jajka, odkładając skorupki na serwetkę, którą uprzednio wyciągnął i rozłożył na stole. W końcu, gdy już odkrył wystarczającą część jajka, wbił w niego łyżeczkę. Uwielbiał konsystencję jajek na miękko, gdy pozwalał sobie na to, by żółtko rozrywało mu się po języku, pokrywając je cienką, tłustą i aksamitnie gładką warstwą. Mruknął cicho z zadowolenia i dopiero gdy przełknął kilka takich łyżeczek, odwrócił się do swojego rozmówcy.
   – Potrzebuję kilku kosmetyków – spojrzał na niego. Nie miał większych planów, jednak z pewnością jakieś sobie ułoży. W końcu jak wstawał, nie miał planów, żeby tu zostać. Z pewnością sobie coś wymyśli, gdy już będą w drodze albo na miejscu. Akurat o zajmowanie czasu nie powinien się nikt martwić. – A ty nie potrzebujesz niczego? – zapytał go, przyglądając mu się uważnie.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Dopiero wtedy odstawił filiżankę na spodek z cichym stuknięciem porcelany.
- Kilku kosmetyków... - powtórzył bardziej do siebie niż do Alfiego. Przez chwilę wyglądał, jakby naprawdę rozważał wagę tego wyznania.
- To brzmi rozsądniej niż większość planów, jakie ludzie mają na wtorkowe przedpołudnia. - Kącik jego ust uniósł się odrobinę.
- A przy okazji będziesz mógł uratować moją reputację. Sąsiedzi zdążyliby się zaniepokoić, gdyby przez dwa dni z rzędu zobaczyli mnie w domu. - Sięgnął po niewielką miseczkę z masłem. Nożem odciął cienki płatek i rozsmarował go na kolejnym kawałku rogalika z precyzją człowieka, który wykonywał tę czynność tysiące razy. Nie lubił, kiedy masło darło ciasto. Powinno być miękkie. Wszystko miało swój właściwy moment. Właściwą konsystencję.
- Właściwie potrzebuje paru nowych płócien i pędzli. – pokiwał głową. Urwał na chwilę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o czymś jeszcze.
- Właściwie nie. Płótna mam jeszcze wystarczająco dużo. Zawsze kupuję ich za dużo. – Zmarszczył lekko brwi. – Albo mam za mało pomysłów na obrazy. – to pewnie było bardziej prawdopodobnie.
Odstawił filiżankę i spojrzał przez wykusz na ogród. Ogrodnik właśnie kończył przycinać ostatni fragment żywopłotu. Powietrze falowało nad mokrym trawnikiem, a dalie poruszały się leniwie od lekkiego wiatru.
- Może wpadniemy też do sklepu z bielizną? – zaśmiał się pod nose. Edward odwrócił wzrok z powrotem na Alfiego.
- Obok znajduje się perfumeria starsza od większości galerii sztuki. Sprzedają mydła, które pachną tak, jak ludzie wyobrażają sobie dzieciństwo, choć nigdy tak naprawdę nie pachniało. - Na moment zamilkł.
- Zazwyczaj wychodzę stamtąd z całą torbą olejków eterycznych. – dodał z niemałym rozmarzeniem. Miał naprawdę słabość do niektórych zapachów. Jednym z nich były wszelkiego rodzaju wody perfumowane, perfumy, olejki i wody kolońskie Santa Maria Novella.
[akapit]- A jeśli nadal będziesz potrzebował kosmetyków, znajdziemy również takie miejsce. W przeciwnym razie Martha uzna, że cię głodzę i wypuszczam z domu bez odpowiedniej pielęgnacji. - Na dźwięk swojego imienia Martha uniosła tylko wzrok znad srebrnej tacy.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Spojrzał na niego, pakując sobie do ust kolejną porcję rogalika. Spoważniał nieco. Nie dlatego, że coś się stało, tylko nie mógł się wiecznie uśmiechać, zwłaszcza przy jedzeniu, bo wtedy większość z tego, co pakował między usta, szybko znalazłaby się poza nimi.
   – Przesadzasz – wtrącił lekko, szturchając go w ramię. – Czy ty widziałeś kiedyś, żeby ktoś w tej dzielnicy interesował się, co robią jego sąsiedzi? – zapytał. W sumie był tego bardzo ciekaw. Jemu, gdy się tutaj pojawiał, nie przychodziło do głowy, by rozmyślać na temat tego, co akurat porabiają sąsiedzi Edwarda. W sumie mało go również obchodziło to, to sądzili oni o nim, bo jego zachowanie dalekie było od starania się bycia porządnym. Ciekawiło go również to, czy Edward zaprzątał sobie głowę takimi rzeczami. Nigdy jednak mężczyzna nie powiedział mu, że powinien się stonować i zachowywać inaczej.
   – Musisz mi pokazać swoje obrazy – uśmiechnął się do niego. Lubił oglądać Edwarda, gdy malował, chociaż rzadko był dociekliwy i mówił mu, by pokazywał efekty tej pracy. Nie dlatego, że go to nie interesowało, ale nie był aż taki wścibski i na swój sposób szanował jego przestrzeń twórczą, nie chcąc nakładać mu presji i stresu. Był bowiem pewny, że jeśli Edward zechciałby mu pokazać któreś ze swoich dzieł, to z pewnością by to zrobił. Spojrzał na niego z ukosa. Edward nie wydawał mu się człowiekiem nieśmiałym, jednak miał pewne tendencje do… hamowania się. Nie było to nic złego i Alfie w sumie lubił tę jego cechę, bo dzięki temu czuł się w jego obecności bezpieczniej, niemniej jednak miał wrażenie, że mężczyzna nie czuje się w stu procentach komfortowo.
   Spoglądając na niego dostrzegł w kąciku jego ust odrobine marmolady, którą szybko starł swoim kciukiem, przesuwając nim delikatnie po jego wargach. Oblizał palec z głośnym mlaśnięciem i wrócił do swojego rogalika. Dochodził do wniosku, że w sumie mógłby żyć właśnie w taki sposób. W sumie mógłby żyć dokładnie w tym miejscu z Edwardem u boku, bo ten dawał mu niesłychaną swobodę. Uśmiechnął się na samą myśl o tym. Za bardzo jednak lubił mężczyzn, by wiązać się tylko z jednym.
   – Potrzebujesz bielizny? – zapytał, wsuwając swój palec wskazujący za materiał jego spodni, by nieco go odchylić. Przyjrzał się odsłoniętemu materiałowi jego bielizny, by następnie ukryć go ponownie w spodniach. – Ta, którą masz na sobie jest bardzo urocza – powiedział, kiwając głową z aprobatą.
   – A czym pachniało twoje? – zapytał z ciekawości. Domyślał się, że dzieciństwo Edwarda pachniało dokładnie tym domem i tym co się w nim znajdowało, jednak chciał to usłyszeć i przekonać się, jakie zdanie miał o tym Edward. Na jakie nuty on by zwrócił uwagę. Bo pierwszym, co rzucało się jego uwadze były nie zapachy środków czystości albo płynów do płukania tkanin, lecz zapach rozgrzanego od słonecznych promieni muru, świeżo skoszonej trawy oraz starego drewna. Były to wiekowe zapachy domu, surowe i delikatne, ukazujące się jedynie wprawionym nosom.
   – Potrzebuję kosmetyków – zaśmiał się, bo wiedział, że swojego zdania nie zmienił. – A mam ci pomóc w wybieraniu bielizny, czy bierzesz w ciemno? – zapytał jeszcze.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward uśmiechnął się nieco szerzej. Pytanie wydało mu się zaskakująco poważne.
- Deszczem. - odpowiedział niemal odruchowo.
- Ale nie takim, który pada. Takim, który już przestał. - Na moment zamilkł. Jakby próbował przypomnieć sobie zapachy i wrażenia z dzieciństwa.
- Mokrą cegłą. Starym murem, który przez cały dzień oddawał ciepło, a wieczorem chłonął wilgoć. Glicynią wspinającą się po południowej ścianie domu. Miała może sto lat. W maju pachniała tak intensywnie, że kiedy jako dziecko otwierałem okno sypialni, wydawało mi się, że cały ogród próbuje wejść do środka. - Opuścił wzrok na filiżankę. Nawet zaśmiał się pod nosem. Na wspomnienie olbrzymiego konika polnego, który wydawał okropnie brzęczący niebezpieczny dźwięk.
- I starymi książkami. Dziadek miał bibliotekę, do której teoretycznie nie wolno mi było wchodzić. Oczywiście spędzałem tam pół dzieciństwa. Pachniała kurzem, skórą opraw i woskiem do drewna. Do dziś nie potrafię przejść obok antykwariatu, nie zaglądając do środka. - Uśmiechnął się pod nosem. Ale to nie wszystko. Pamiętał, że pokoje pachniały suszonymi mieszankami pot pourri, zapachowymi świecami i olejkiem miętowym. Spojrzał na Alfiego z wyraźnym rozbawieniem.
- Nie. Moja bielizna ma się doskonale. - Przeniósł wzrok znacząco na jego zbyt ciasne lniane szorty.
- Ale mam wrażenie, że twoja garderoba wymaga pilniejszej interwencji. - Oparł brodę na dłoni.
- Właściwie od samego rana planuję kupić ci skarpetki. I majtki. - Zawiesił głos na chwilę. Powiedział to z absolutną powagą, jakby właśnie omawiał zakup ram do obrazów.
- Zanim przyzwyczaisz się do podkradania moich. Martha mogłaby uznać, że prowadzę bardzo osobliwy sposób katalogowania prania. - Kącik jego ust drgnął.
- Poza tym jestem ciekaw, co wybrałbyś sam. Człowieka najłatwiej poznać po książkach, herbacie… i bieliźnie, której nikt poza nim nie powinien oglądać. - przyznał, bawiąc się filiżanka. Opuszkiem palca przesuwał po krawędzi, czując jej idealną fakturę. Potem delikatnie wodził nimi po namalowanych na niej kwiatach.
[akapit]- Poza tym… lubię bieliznę. Więc to też miła odskocznia od nudnego malowania obrazów. - dodał kompletnie niefrasobliwym tonem.
[akapit]- A obrazy pokażę Ci… innym razem. Nie mam jeszcze nic tak interesującego. - cmoknął w powietrze z lekka dezaprobatą. Namalował ostatnio dużo, ale nic co byłoby warte pokazywania.

Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Uśmiechnął się, słysząc jego odpowiedź.
   – Dobra odpowiedź – przyznał, nie dlatego, że takiej oczekiwał, ale dlatego, że mu się podobała. Lubił ludzi, którzy dostrzegali takie proste rzeczy, bo chociaż mogło to być nieco nieintuicyjne, biorąc pod uwagę na to, w jakim środowisku się bawił i jak prowadził swoje życie, to jednak w tych drobnych rzeczach znajdował te, które najwięcej mu o kimś mówiły. – U mojej mamy w ogródku były takie malutkie kwiatki, które jak się rozcierało między palcami, to pachniały cytryną – przypomniał sobie chwile, gdy wychodził do ogrodu w ciepłe, majowe poranki i zbierał sobie te kwiatki, które następnie tarł w dłoniach tak długo, aż były całe mokre od roślinnych soków, a cytrynowy aromat docierał do jego nosa. Był tak intensywny, że przykładał sobie palce do skóry na karku i za uszami i wcierał go, przez co pachniał tym dopóki nie umył się pod koniec dnia.
   – W sumie przydałyby mi się jakieś nowe ubrania – przyznał, uśmiechając się. Najadł się już wystarczająco. Czuł jak jego żołądek się rozpychał i jednocześnie protestował, by już nie wciskał w niego więcej pokarmu. Nie było to zresztą dobrym pomysłem po, najwyraźniej, dość intensywnej i wyczerpującej nocy, z której to obrazy i wspomnienia wciąż nie potrafiły znaleźć właściwej chronologii w jego głowie.
   Nie mógł się jednak oprzeć pokusie, jaką było zjedzenie jeszcze odrobiny konfitur, więc zanurzył w nich nożyk do masła i wyskrobał porządną porcję, którą następnie zlizał językiem, rozkoszując się tym przyjemnym słodkawo-gorzkim smakiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że właśnie tak smakowało życie i pewnie Alfie by się z tym zgodził, jednak jego życie nie miało gorzkich elementów. A przynajmniej nie był ich jeszcze na tyle świadomy.
   – Uroczy jesteś – przyznał mu. Pasowała mu wizja tego, że w sumie nie musiał się go prosić o nowe rzeczy, ale i tak je dostawał, bo Edward sam na to wpadał i proponował. Alfie oczywiście nie miał nic przeciwko wyciąganiu pieniędzy od mężczyzn, z którymi się spotykał. Wydawało mu się to dość oczywistą konsekwencją tych wszystkich relacji. Rzadko były one bezinteresowne i wszyscy, z którymi się spotykał, o tym wiedzieli.
   – Nie chcę oglądać interesujących obrazów… takie są w muzeum albo galeriach – powiedział. Rozumiał jednak podejście Edwarda do jego sztuki i obrazów, które wychodzą spod jego ręki. Gdyby Alfie tworzył cokolwiek, to pewnie również nie byłby taki skory do chwalenia się każdym dziełem.

Edward Wentworth
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward uśmiechnął się z wyraźnym rozbawieniem.
- Nie wiem, czy to komplement, czy diagnoza? - Nie wyglądał jednak na człowieka, któremu przeszkadzało jedno albo drugie. Przez chwilę obracał jeszcze filiżankę w dłoniach, po czym dopił ostatni łyk herbaty i odstawił ją na spodek. Edward objął filiżankę obiema dłońmi. Cienka porcelana była niemal zbyt delikatna, by zatrzymać gorąco, a jednak robiła to z niezwykłą elegancją. Ciepło powoli przenikało przez opuszki jego palców, nie parząc, lecz przyjemnie je ogrzewając. Lubił ten moment bardziej od pierwszego łyku. Wydawało mu się, że dobra herbata powinna najpierw rozgrzać dłonie, dopiero później człowieka. Pod kciukiem wyczuwał delikatne wypukłości ręcznie malowanych kwiatów. Farba była niemal niewidoczna, ledwie grubsza od szkliwa, ale wystarczająco wyraźna, by można było odnaleźć ją dotykiem. Od dziecka lubił sprawdzać przedmioty palcami. Wierzył, że o jakości więcej mówi faktura niż wygląd.
- Dobrze. skinął głową.
-W takim razie muzea zostawimy komuś innemu. Zerknął na zegarek. Wskazówki przesunęły się już dalej, niż przypuszczał.
-Powinniśmy się zbierać. - Wstał od stołu, wygładzając dłonią len koszuli bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Spojrzał na Martę.
- Czy Richard już czeka? - zapytał, unosząc lekko brwi. Martha pokiwała głową, zapewniając, że kierowca wystawił już samochód. Edward pokiwał głową z zadowoleniem.
-Doskonale. - Zatrzymał się jednak przy krześle Alfiego.
-Gotowy? - Nie czekał długo na odpowiedź. Jakby było dla niego zupełnie naturalne, że to Alfie zdecyduje, kiedy naprawdę wyjdą. Oparł lekko dłoń o oparcie jego krzesła, cierpliwie pozwalając mu dokończyć śniadanie we własnym tempie.
-Nie zamierzam cię poganiać. Skoro już wyciągam cię na zakupy po bieliznę dla własnej przyjemności, wypadałoby zrobić to porządnie. - Kącik jego ust drgnął.
-To ty dziś ustalasz tempo. - westchnął cicho, a potem zaczął zapinać zegarek na nadgarstku. Typowy z niego Anglik, czasami!
[akapit]Na podjeździe czekał samochód. Długi, ciemnozielony Bentley wyglądał bardziej jak stały element posiadłości niż środek transportu. Lakier miał głęboki połysk, w którym odbijały się korony starych dębów, a chromowane detale lśniły miękko, bez ostentacji. Samochód nie próbował nikomu imponować. Zakładał, że i tak zrobi to samą swoją obecnością.
Richard stał obok z rękami splecionymi za plecami. Szary garnitur leżał na nim równie nienagannie jak dwadzieścia lat wcześniej. Na widok Edwarda skinął głową z tym spokojem ludzi, którzy od dawna wiedzą, że punktualność nie polega na patrzeniu na zegarek, lecz na byciu gotowym chwilę wcześniej.


Alfie Bloom
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „#113”