Czy Harry wyobrażał sobie siebie na ślubnym kobiercu? Pewnie za dzieciaka, niemniej jednak, kiedy tylko dorósł na tyle, by być kumatym i pojmować, w jaki sposób funkcjonuje ten świat zrozumiał, że nigdy nie stanie przed ołtarzem. Nie dlatego, że nie chciał, bo wiele by pewnie oddał za taką możliwość, ale dlatego, że nie mógł. W kościele katolickim nie było bowiem mowy o ślubach osób tej samej płci, więc jedyne co mógł robić, to żyć w świecie fantazji, gdzie wolno mu było robić wszystko, co tylko chciał. Rzeczywistość była nietolerancyjna dla osób takich, jak on. I przez wiele długich lat walczył z tym, by zaakceptować to, jakim się urodził. Bo czemu niby los sprawił, że nie był
normalny i nie mogły podobać mu się jego koleżanki? Czemu wszechświat popychał jego oczy by skupiały się na opinających krocze spodenkach noszonych przez kolegów. Było to nie fair i zupełnie pozbawione sensu. Był katolikiem, a więc jedyne co mógł zrobić, to nienawidzić się za to, że tak właśnie wyglądała jego rzeczywistość. Bujanie w obłokach i fantazjach było więc przyjemną ucieczką.
Sporo czasu zajęło mu to, by dojrzeć do tego, by zrozumieć, że jest w pełni normalny i jedyną abnormalnością było to, jak funkcjonował ten świat. Na to jednak nie mógł nic poradzić, jednak w miarę dorastania zaczął dostrzegać, że nie było aż tak tragicznie, jak mu się wydawało. A odejście z kościoła tylko wzmocniło te odczucia. I nie zrezygnował z wiary dlatego, że był gejem, a Kościół Katolicki wypowiadał się o jemu podobnych ludziach w sposób mało pochlebny. Po prostu nie potrzebował w swoim życiu Boga ani też żadnej siły wyższej, która byłaby jego drogowskazem. Bo co to niby znaczyło, że ludzie są dobrzy tylko dlatego, że nie chcą trafić do Piekła? To i hipokryzja sprawiały, że nie był w stanie traktować Kościoła, jako poważnej instytucji. Dorósł również do tego, by zacząć uznawać ślub jako czystą formalność, więc gdy tylko pozbyło się z tego obrazka Boga, wizja ta, w której gra główną rolę, stała się nieco bardziej namacalna.
Przekrzywił lekko głowę, patrząc dalej na mężczyznę. Idealnie ułożone włosy, odpowiednio przycięty zarost i garnitur skrojony na miarę, ale jednocześnie opinający się dokładnie w tych miejscach, w których miał się opinać, ale w taki sposób, żeby nikt nie posądził noszącego go właściciela o to, że w uwagach dla krawca wyraźnie poprosił o taki konkretny krój. Mężczyzna sprawiał wrażenie starannie zaprojektowanej nonszalancji, która pasowała do niego niemal idealnie. Był to ten typ człowieka, który Harry znał od podszewki i który z jednej strony mógł irytować i wkurzać, ale z drugiej okazać się całkiem przydatny. Wystarczyło wiedzieć tylko, za którą strunę pociągnąć i Harry postanowił to sprawdzić.
No bo co innego miał w tej chwili do roboty?
–
Nie potrzebuję tutaj lekcji alfabetu – wstał, nie dając za wygraną tak łatwo. Mężczyzna może i był przystojny i w jego typie, ale nie byli w klubie, a Harry dalej był nakręcony na granie kościelnych psalmów. Nie był jednak głupi i wiedział, że jeśli przychodzą bogacze i czegoś żądają, to najrozsądniej było im to dać. Nie miał więc zamiaru stawać na drodze szczęściu (i rozkazom) pary młodej, bo pewnie na koniec dnia i tak dostałby za to po uszach.
–
Uważam, że nie ma romantyczniejszej sceny niż pierwsze spotkanie Granta i Sattler z brachiozaurami – kiwnął głową z uznaniem. Bo musiał przyznać, że trzeba było być nie tylko odważnym, ale i kreatywnym, by pokusić się o tę melodię na swoim ślubie. I to zasługiwało na pochwałę. On sam nie wiedział, jaką melodię mógłby wybrać, ale ścieżka dźwiękowa do Parku Jurajskiego nagle zaczęła mu się wydawać zachęcająca.
–
Cóż… pracuję tu dopiero od miesiąca i nikt mnie o takich planach nie poinformował – zaczął, pocierając skronie, udając, że stara się sobie przypomnieć, czy ktoś faktycznie mu mówił o tym, że nie będzie musiał grać na tym ślubie. Być może fakt ten wyleciał mu z głowy, jednak kto mógł mieć mu to za złe? W końcu miał na głowie inne sprawy niż pamiętanie o tym, że jego umiejętności gry na organach nie będą potrzebne na ślubie jakich zupełnie nieznanych mu ludzi. Był zbyt zajęty użalaniem się nad sobą.
–
To czy zdążymy zależy tylko od tego, jak szybko będziesz w stanie wyciągnąć głośniki – wstał z krzesła, które ustawione było przy organach i przeciągnął się tak, że dało się usłyszeć ciche strzyknięcie w jego łokciu – pozostałość po dawnym urazie. –
No chyba że te mięśnie, które masz, są tylko do wypełniania i opinania rękawów? – zagaił, uśmiechając się. Obok tego faktu również nie mógł przejść obojętne. I tak, wiedział, że jego rozsądek rozpalał się teraz do czerwoności i krzyczał, że powinien się uspokoić i zachowywać profesjonalnie, niemniej jednak usta miał szybsze niż logiczne myślenie i mówił to, co mu ślina na język przynosiła. Dopiero po jakimś czasie przyjdzie pora na zastanawianie się nad ewentualnymi konsekwencjami swojego zachowania. Ale nie teraz.
–
Jestem Harry – powiedział, instynktownie wyciągając dłoń przed siebie, jakby ich spotkanie przy organach miało stać się początkiem jakiejś głębszej i dłuższej znajomości. –
Tak się składa, że już mi zapłacono za ten ślub – odpowiedział. Oczywiście to nie tak, że pieniądze by mu się nie przydały, bo z chęcią przygarnąłby kolejną sumkę, niemniej jednak mężczyzna zepsuł mu nieco humor, więc teraz Harry miał ochotę odpłacić się tym samym. –
Myślę, że idealny świadek zgodziłby się wynieść głośniki – stwierdził. –
Chodź za mną – powiedział, wymijając mężczyznę i kierując się w stronę schodów, by po kilkunastu sekundach znaleźć się na dole i zmierzać do zakrystii.
stanley dawson