34 y/o
For good luck!
194 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W tej krótkiej, ale w jego odbiorze ciągnącej się niemalże w nieskończoność chwili, na twarzy Asha pojawiło się to charakterystyczne zawahanie, zdradzające, że jego mózg właśnie rozpaczliwie próbuje ustalić co należałoby począć w sytuacji, w której się właśnie znalazł. Czy jego okoliczności wymagały obrócenia wszystkiego w żart, czy raczej przeprosin, że posunął się za daleko, za wcześnie, w ogóle nie odczytawszy sytuacji tak jak należało? Czy też w ogóle powinien był wziąć nogi za pas, oszczędzając Peach własnego towarzystwa, a sobie - jeszcze większego wstydu?
Kiedy Peach powtórzyła jego pytanie o numer telefonu z tą przesadną niewinnością, która tylko w jakiś niespodziewany sposób dodawała jej uroku, jego serce musiało chyba na moment zamrzeć, przypominając sobie o obowiązku rytmicznego pompowania płynącej w jego ciele krwi dopiero, gdy drgnięcie kobiecych ust zdradziło, że wcale nie brała tego wszystkiego tak poważnie jak sam Ash.
Odetchnął z ulgą tak autentyczną, że nawet nie próbował jej ukryć - nie byłoby na to szans, bo całe jego, napięte przed chwilą jak struna ciało, wyraźnie się rozprężyło.
— Zanotuję sobie tę uwagę na przyszłość - Kiwnął głową, gdy już jego oddech unormował się na tyle, by mógł znów formułować pełne zdania. — "Prośba o numer telefonu wymaga większej bezpośredniości. Nie owijać w bawełnę...". - Ruchem palców wymalował w powietrzu cudzysłów, jakby naprawdę cytował notatkę, którą zamierzał potem sporządzić gdzieś w swoim dzienniku. - To cenna informacja. - Teraz to kącik jego warg leciutko się uniósł, choć nadal bez choćby cienia nieszczerej kokieterii. Był teraz naprawdę zbyt zestresowany, by choćby próbować nie być sobą (to wymagało bowiem zawsze niesamowitego wysiłku) — Chociaż przyznam, że nie robię tego jakoś wyjątkowo często...
Tak na wypadek, gdyby Peach zaczęła się obawiać, że Ashish jest prawdziwym casanową snującym się po Toronto i zbierającym kobiece numery telefonu tak, jak niektórzy zbierają grzyby we wrześniu.
Prawda była taka, że Ash miał naprawdę zerową wprawę, i równie niską motywację do randkowania. Gdyby nie rodzice i cała ta przedziwna kolacja, najprawdopodobniej nigdy nie odważyłby się poprosić Peach o możliwość ponownego spotkania. Nawet jego zaskoczył jednak fakt, że teraz pytanie o jej numer wynikło z jego własnej, nieprzymuszonej inicjatywy.
Zamilkł na moment, obserwując, jak brunetka wpisuje cyfry do jego telefonu. Był to tylko drobny gest. Kilka stuknięć zadbanym palcem w ekran. Mimo to, Kapoori nie mógł pozbyć się wrażenia, że właśnie rozpoczęło się coś znacznie większego i ważniejszego.
— Dziękuję - Powiedział szczerze i cicho, odbierając telefon z taką ostrożnością, jakby obawiał się przypadkiem usunąć dopiero co zapisany kontakt. Potem cicho parsknął śmiechem, zadzierając na kobietę szczerze rozbawione spojrzenie. — Zgoda. Jeśli nie odezwę się do jutra, załóż, że eksperyment zakończył się niepowodzeniem.

Potem zamilkł, i przez krótką chwilę po prostu jej się przyglądał. Nie był pewien, czy to światło w przedpokoju padało inaczej, czy chodziło o to, że w zasadzie po raz pierwszy tego wieczoru zostali tak naprawdę sami. Bez jej rodziców, bez pomocy domowej krzątającej się w okolicy jak wierne zjawy, bez pytań o przyszłość i intencje Asha. I teraz właśnie Peach wydała mu się zupełnie inna niż przy stole, jakby w samotności mogła pozwolić sobie na coś nieco łagodniejszego.
I właśnie w tym momencie, padło jej pytanie.

Chciałbyś odwieźć mnie do domu?


Ash zamrugał o raz za dużo by móc ten neurotyczny gest zrzucić na karb suchego powietrza albo zmęczenia pracą przed ekranem. Jego umysł ewidentnie potrzebował czasu, by nadrobić dystans pomiędzy tym, czego spodziewał się po ich nadchodzącym rozstaniu a tym, co właśnie usłyszał. Spojrzał odruchowo przez ramię, w stronę salonu, z którego nadal dobiegały ożywione, ale jakby przytłumione głosy. Miał nieodparte wrażenie, że jeśli odwróciłby się wystarczająco szybko, zobaczyłby dwoje ciekawskich rodziców, którzy z niezwykłą "dyskrecją" udają, że absolutnie nie próbują podsłuchać jak rozwija się sytuacja przy drzwiach wyjściowych.
Odchrząknął.
— Chciałbym - Odparł, a potem przyciszył lekko głos — O ile to rzeczywiście oznacza odwiezienie cię do domu. Bo jeśli chodzi o coś innego, to musisz mi powiedzieć - W końcu faktycznie mogła mieć na myśli seks. Albo to, że Ash miał pomóc jej w dezercji na drugi koniec świata, i zamiast do domu, odwieźć ją na przykład na lotnisko. Spojrzał na nią z tym swoim spokojnym, nieco zbyt poważnym wyrazem twarzy, który sprawiał, że czasami trudno było odgadnąć, czy on sam właśnie żartuje, czy raczej nie - Jestem naprawdę fatalny w odczytywaniu ukrytych znaczeń.

Peach J. Pepper
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”