Na pewno?, choć wyraźnie obrysowane w głoski pytania, miało w sobie pewną ironiczną kruchość. Zespolone zbyt cienkim spoiwem wierzytelności, prawie rozpadało się po drodze do uważnych uszu Milesa. Choć byłaby to z pewnością bardziej dogodna mu opcja, nie istniała bowiem
pewna odpowiedź na pytanie mężczyzny. Ani pewne założenie.
Gdyby Howard wiedział, gdzie zostawił pager
. n a
. p e w n o, nie musiałby go teraz szukać.
Wobec tej refleksji pełen kurtuazji uśmiech rozciągnął jego usta, wprowadzając w dojrzałość mimiki gładszy ton, gdy korzystając z rozchylenia warg, zakończył gest odpowiednio ostrożną, i również nieco przekorną odpowiedzią:
—
Na pewno tego nie wiem — przyznał spokojnie (choć z wewnętrznym żalem), lawirując wciąż wokół tych samych cieni wątpliwości. A przy tym także wokół tych samych kształtów faktów, które mu się nie podobały. Wszystko to, co nie miało jednoznacznej odpowiedzi, albo nie miało jej wcale, drażniło go już u podstaw istnienia. Kąsało w żyć i lepiło się do niego jak gęsty, smolisty smar, którego nie potrafił zmyć ani prysznic, ani trzeźwość jego zwykle racjonalnego myślenia.
Na kolejne słowa Jude'a kiwnął porozumiewawczo głową, przyjmując tę informację do wiadomości. Młodziak nie widział jego pagera… i to było
okej. Pozostawało jak najbardziej zrozumiałe, skoro prawdopodobnie urządzenie to skryło się dalej, niż na płytkiej powierzchni widzenia. Przesuwając wzrokiem po dyżurce, jak i po samej kanapie, Miles sam także nie był w stanie dostrzec niczego, co przypominałoby jego własność.
Tymczasem wstał razem z nim, pozwalając, by szelesty ubrań i sprężynowanie kanapy zbiegły się w jedność. Wbrew temu, jak niefortunnie zaczęła się ich rozmowa, ostatkami przyzwoitości starał się jakoś z nim
dogadać. Jeśli nie w słowach, to przynajmniej w gestach. W rzeczywistości miał jednak wrażenie, że porozumienie wisiało ledwie na włosku. Co prawda nic w postawie Jude'a nie wzbudzało podejrzeń, żadne jego słowo nie wybrzmiało arogancko, ani wrogo, a jednak miał wrażenie, że cichy dystans, jak zwiadowca, czaił się między koronami tego, czego oboje nie mówili.
Dłonie przez moment obiegły tylne kieszenie spodni, jakby podświadomie sprawdzał również tę oczywistą “kryjówkę”, zaraz jednak powrócił do przeszukiwania uwolnionych spod ciężaru Jude’a poduszek, jedna za drugą sprawdzając, czy pager nie utkwił gdzieś pomiędzy nimi.
—
Sprawdźmy tę kanapę — zgodził się z nim, obrzucając go krótkim spojrzeniem w przedwstępie do otwarcia klapy. Najpierw jednak pościągał wszystkie poduszki, kładąc je równo po bokach mebla w natręctwie ukrytego pedantyzmu. Dopiero wtedy, bez supła uścisku, zażarcie pijącego go w żołądek, mógł odsunąć ruchomą część kanapy, by odsłonić przed nimi skrzynię na pościel. Była ona rzadziej używana, niż sam mebel – tego był akurat pewien, bo nachylony nad schowkiem, miał ochotę kichnąć. Zebrany w powietrzu kurz uniósł się tanecznie ponad skrzynię, wciskając mu się w nozdrza i sprawiając, że na moment musiał odchylić głowę ku własnemu barkowi, chowając twarz prawie pod ramieniem, by powstrzymać natarczywe łaskotanie śluzówki. Ostatecznie pociągnął krótko nosem, bez dalszego przedłużania zagłębiając dłoń w fałdy materiału.
—
Nie, nie wiem — skwitował nieprzyjemnie. Krótko i sucho, nieco już rozdrażniony poszukiwaniami, a bardziej nawet niż tym, nasilającą się migreną. Głos przy tej wypowiedzi zachrzęścił prawie tak, jak przesypywany przez gardło piasek, co przykuło uwagę nawet jego samego. Ostatecznie bowiem spuścił z tonu, prostując się i wzdychając cicho:
—
Przepraszam, Jude, nie najlepiej się dziś czuję, a brak pagera tworzy dodatkowe spięcie.
Chwilowo zrezygnował z dalszego wertowania pościeli i usiadł na skraju rozłożonej części kanapy. Sylwetka sama osunęła się do przodu, jakby ciężar myśli spływał wzdłuż kręgosłupa aż do ramion. Oparł łokcie na kolanach, spuszczając głowę nisko, niemal ku podłodze. Powieki opadły, stawiając ostatnią, kruchą tamę światłu, które zdawało się wciskać pod czaszkę mocnymi, niedelikatnymi łupnięciami.
Ból pulsował pod oczodołami, a każde uderzenie tętna rozlewało się po skroniach ciężką falą, rozbijając się o wnętrze czaszki. Migrena zalewała w ten sposób kolejne fragmenty świadomości, odbierając ostrość jego myślom i zamieniając światło w bezlitosny nóż. Nawet zamknięte oczy nie chroniły przed jej obecnością, a zasunięte rolety przestały mu wystarczać.
—
Więc nie, nie możesz pomóc. Potrzebuję seksu, spokoju, albo spania — rzucał czysto hipotetycznie —
Sam rozumiesz, to dość ograniczone opcje.
Ostatnie słowa dodał, próbując zażartować, zanim jednak podniósł wzrok ku sylwetce mężczyzny, jego humor zgasł już w oczach. Pozostał mu tylko lekki, sceptyczny uśmiech, gdy opierając się bezwiednie dłońmi za własnymi plecami, dotarł spojrzeniem do twarzy Jude'a.
Jude Iverson