Niezwykły przypadek Piotrusia Pana - zdecydowanie tak zatytułowana byłaby biografia Woody'ego Hallewella, który nie rozumiejąc, iż wcale nie było to czymś pozytywnym, cieszyłby się niczym dziecko, że ma coś wspólnego z gościem żyjącym sobie spokojnie w Nibylandii i przeżywającym niezwykłe przygody, z dala od szarej i ponurej rzeczywistości. A to z kolei tylko potwierdziłoby zasadność takiego a nie innego tytułu, bo jak inaczej określić mężczyznę, który na okrągło ucieka od podejmowania wiążących decyzji? Nim jednak przejdziemy do omawiania wyborów, których to nie dokonał - choć powinien - cofnijmy się o kilkadziesiąt lat do tyłu, gdy Woodson był małym
wrzodem chłopcem. Jedynak, syn podróżnika i lekarki, stale ściągający na siebie kłopoty, aczkolwiek nigdy celowo, bardziej w myśl
tak się po prostu stało, to nie moja wina. Ten pożar, który postawił na nogi pięć zastępów straży pożarnej, to sam wybuchnął, a już na pewno nie miał nic wspólnego z ogniskiem, które to próbował urządzić w pobliskiej, opuszczonej stodole, bo mu się zachciało pseudo-campingu. Nie, z całą pewnością nie był pociechą, o której matki opowiadają swoim koleżankom przy kawie i ciastku, raczej takim, o którym nie mówi się wcale i przechodzi się zwinnie do rozwodzenia się na temat bardziej ambitny, choćby takiego perskiego kota, który nauczył się nie sikać do butów swoich właścicieli (swoją drogą, cenny skill, który Woody nabył żenująco późno). Kto wie, może gdyby jego tata częściej bywał w domu, gdyby Woody miał godny męski wzorzec do naśladowania, wszystko wyglądałoby inaczej, ale nie bywał, a po jakimś czasie przestał pojawiać się w ogóle, żegnając się zarówno z synem, jak i żoną, nadesłanymi pocztą papierami rozwodowymi, tym samym bezkonkurencyjnie zdobywając statuetkę dla najbardziej gównianego ojca w dziejach. Nie chcąc dodawać matce kolejnych zmartwień, młody Hallewell nieco przystopował ze swoimi błyskotliwymi pomysłami - mogącymi przyprawić ją o rychły zawał - i skupił się na nauce. Był uczniem co najwyżej średnim, bardzo łatwo się rozpraszającym, ale mimo wszystko starającym się, by te stopnie jakoś się prezentowały, szczególnie że wielkimi krokami zbliżał się termin wyboru dalszej drogi życiowej. Ach, jego największa zmora - konieczność podjęcia jakiejś decyzji. Dramat! By ściągnąć sobie z barków ten paskudny ciężar, Woody postanowił rzucić kostką - yup, serio - i zawierzyć rozstrzygnięcie dylematu losowi. Zgodnie z powiedzonkiem
głupi ma zawsze szczęście, padło na coś niewymagającego przesadnego myślenia, czyli wychowanie fizyczne, z czego sam zainteresowany bardzo się ucieszył, bo prawdopodobnie zapłakałby się na śmierć, gdyby wylosował coś humanistycznego, będąc totalnym anty-humanem. I to właśnie w trakcie studiów już na poważnie zaangażował się w hokej, który do tej pory był jedynie niewinnym hobby. Sam okres studiowania był dość nudny w porównaniu do tego wszystkiego, co wyprawiał jeszcze za czasów dzieciństwa; okej, może i imprezował często, budząc się niekoniecznie we własnym łóżku, okej, może i nauczył się zawodowo przyrządzać kociołek Panoramixa, ale to wszystko było w granicach jego możliwości. Poza tym nie mógł świrować do przesady, bo jednak gdzieś pomiędzy jednym wywaleniem się na lodzie a drugim, doszedł do wniosku, że jego przeznaczeniem jest zostanie hokeistą. Najlepiej sławnym, odnoszącym liczne sukcesy, ale z kompletem zębów, bo jakoś nie potrafił wyobrazić siebie z niepełnym uzębieniem (no nie pasowało mu to do wizerunku za grosz). I kto by pomyślał, że zaangażowanie się w coś, do czego miał naturalny talent, może przynieść pozytywne wyniki? Całkiem szybko po skończeniu studiów został zwerbowany do Maple Leafs na pozycję środkowego. Oczywiście - ciągle jest na etapie
wykazywania się, ale hej - kto jak nie on?
Ciekawostki
- przez profesję ojca Woody przez kilkanaście lat swojego życia błąkał się po świecie, nigdzie nie zagrzewając miejsca - jedynie w Portoryko spędził dłuższy czas, co poskutkowało tym, że dziś bezbłędnie posługuje się językiem hiszpańskim;
- tak długo wzbraniał się przed karierą w sporcie, ponieważ jego szanowny padre - zanim został podróżnikiem - odnosił liczne sukcesy właśnie na tej płaszczyźnie, a Woodson nie chciał mieć nic wspólnego ze swoim staruszkiem #teammama;
- jak nie ślizga się na lodowisku, to w wolnych chwilach coś tam brzdąka na gitarze, ponieważ chyba każdy mężczyzna miał taki moment w swoim życiu, że pragnął założyć zespół i on nie był w tym temacie wyjątkiem;
- potrafi sprawić, że będziesz się czuć jak najjaśniejsza gwiazda w pomieszczeniu, by następnie poetycko zghostować Cię na resztę Twoich dni #współczesnyromantyk;
- ale dla ziomków z drużyny wskoczyłby w ogień, bo bros before hoes to świętość.