Spośród wszystkich osobliwości, które spotkał na drodze w trakcie przejścia od salonu do biblioteki, najdotkliwiej dotknął go nie widok roznegliżowanego ciała, zamalowywanego sowicie farbą w różnych jego punktach, ani nawet nie dłonie mężczyzn, bezwstydnie poruszające się pod materiałem spodni,
był to widok trunku, wsiąkającego w tkaninę dywanu.
Już sama perspektywa zrujnowania tak drogiego elementu otoczenia wydawała mu się bezczelnym marnotrawstwem, nie mówiąc o tym, że był w stanie wyobrazić sobie, ile czasu mogło pochłaniać sprzątanie domu po takiej imprezie: zatłoczonej, hucznej, pełnej detali i degeneracji, wypchanej drogimi akcesoriami.
To była kolejna rzecz, która ich różniła.
Edward między chaosem i przepychem poruszał się tak sprawnie i z taką gracją, jaką można było przypisać primabalerinie na deskach sceny, Miles za to najchętniej ukryłby się w cieniu tego poruszenia, za kotarą, obserwując z boku. Nie ze wstydu, ani nie z pruderyjnej potrzeby budowania własnego wizerunku pod konkretną modłę – chęć do ucieczki wynikała z faktu, że najbardziej ze wszystkiego cenił sobie nowoczesność i minimalizm. Nadmiar go przytłaczał. Tak było w życiu, i tak było w związkach, z których miał tendencję się ulatniać. W podobny sposób – minimalistyczny – wyglądało także jego mieszkanie w Financial District. Po części nawet miejsce pracy – sterylne, czyste – wpisywało się w preferencje Howarda.
Dom Wentwortha był czymś zgoła innym.
Przesycony był on cudzą obecnością i mnogością dekoracji, z których część stanowiły meble, część losowo przyniesione przez innych przedmioty, a część dźwięki życia, krzyżujące się ze sobą i zbiegające w jeden, zbyt głośny dla jego uszu szum. Nawet teraz czuł pewien nacisk, jakby ciężkie imadło gniotło go pod czaszką, wyzwalając w ciele zbyt dużą ilość adrenaliny. Głowa, natężona od tych wszystkich bodźców, przestała domagać, podobnie jak myśli, splątane i zawieruszone gdzieś w odmętach własnego nierozumienia.
Nie wiedząc kiedy, z „pierwszego w działaniu”, stał się pierwszym do odlotu, gdy nieco skołowany, wchodząc w zawężenie korytarza, musiał na moment przystanąć znów i oprzeć się o ścianę asekuracyjnie. Krawędź buta trąciła płótno pod ścianą – to jednak na szczęście nie upadło, pozostając w nachyleniu pod murem korytarza.
–
Starzeję się... nie pamiętam kiedy ostatnio czułem się tak fatalnie na imprezie.
Zgubił moment, w którym zmęczenie rozrosło się w nim, zajmując CAŁĄ operacyjną przestrzeń. Nie był nawet pewien, czy na pewno chodziło o zmęczenie... nie potrafił jednak znaleźć innego, racjonalnego powodu, dlatego też zatrzymał się właśnie na tym wyjaśnieniu. Odetchnął głęboko, pozwalając, by płuca rozprężyły się pod marynarką i elegancką koszulką polo. Dłoń na moment pokryła skronie, jakby szukał w tym odpoczynku lub chwilowego odcięcia się od wszystkich bodźców. Było ich za dużo.
Słów. Dźwięków. Dotknięć.
Nawet dłoń Edwarda, zaciśnięta na jego, zaczęła go niespodziewanie drażnić, mimo niewinnych intencji, gdy ponowili krok. Subtelnie, ale pewnie, wyciągnął palce spod objęcia cudzych, idąc jednak wciąż obok niego.
–
To nie jest konkretna odpowiedź, Edward. W zasadzie nie mówi mi nic – zauważył trafnie, odnośnie miejsca, w jakim powinno się go obsadzić. Wciąż nie wiedział, co miał na myśli gospodarz. A nagle, z zupełnie błahego powodu, którego źródła nawet nie szukał, zaczęło mu na tym szczególnie zależeć.
Nie skomentował przy tym większości z wypowiedzi Edwarda, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów.
–
Powinieneś – zgodził się na końcu znacznie bardziej pokornie, niż miał w zwyczaju, podświadomie dopuszczając do siebie myśl o tym, że to jak się czuje, wyszło już za granicę zmęczenia. A to z kolei budziło w nim minimalny niepokój.
Było w tym stanie coś podejrzanego.
Upojenie i szum w głowie, którego nie potrafił racjonalnie wyjaśnić, mimo obszernej wiedzy medycznej na temat działania organizmu.
Jedyne, co mogło tłumaczyć ten stan,
to . n a r k o t y k.
Póki był w stanie, i w sile do kontroli nad ciałem, szarpnął za ubranie Edwarda, dosuwając jego plecy do najbliższej ściany.
–
Od jak dawna dosypujesz gościom syfu do szklanek? – spytał twardo.
Wzrok rozmywał mu się jednak powoli, dzieląc przestrzeń na niewyraźny obraz przed nim, i powidok pamięci za nim.
–
Kurwa...
Nieprzywykłe mu mruknięcie, przylepiło się do niego jak rzep psiego ogona, nie pasując mu z dwóch powodów:
Nie miał w zwyczaju przeklinać.
Nie umiał również przyjmować pomocy.
Oparł dłoń na męskim ramieniu, kontynuując mantrę przekleństw już we własnej głowie, szukając wyjścia z niewygodnej mu sytuacji:
Otworzyć okno?
Wywołać wymioty?
...czy po prostu milczeć?
Edward Wentworth