ODPOWIEDZ
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Chłodna jesień zawitała do Toronto. Liście klonów coraz szybciej przechodziły z soczystej zieleni w ten przyjemny dla oka bursztynowy odcień. Ulice, jeszcze niedawno pełne ludzi w krótkich rękawkach, z dnia na dzień wypełniały się bluzami i ciepłymi swetrami. A Javier? Javier coraz bardziej nie znosił przebywania w domu. Jego dzieci doprowadzały go do szału, a on miał nieodparte wrażenie, że Maria pozwalała im na zdecydowanie za dużo. Mógłby przysiąc, że ta kobieta nie robiła nic poza staniem w kuchni, ubrana ciągle w te same ciuchy. Jezu, ile by dał, żeby choć raz znowu założyła te kolorowe sukienki, które tak często nosiła jeszcze w Barcelonie. Chociaż… ich brak też miał swój urok, iykyk. Teraz? Chłodne spojrzenia. Przelotny pocałunek od czasu do czasu. Albo rutynowy seks, tylko po to, żeby przypomnieć sobie, że wciąż byli małżeństwem. Ta rutyna go nudziła. To, że musiał dosłownie wpisywać się w grafik własnej żony, żeby znaleźć chwilę, w której poświęci mu odrobinę uwagi. W tamtym okresie rozwiązywanie krzyżówki wydawało mu się bardziej emocjonujące i nieprzewidywalne niż życie z kobietą, którą nadal kochał, ale… coś między nimi zwyczajnie zgasło. Ogień, który kiedyś palił się tak mocno, że można było się przy nim sparzyć, teraz ledwo się tlił.

Po długim dniu w pracy i zaledwie dwóch czarnych kawach stwierdził, że wstąpi do swojej ulubionej pączkarni. Kupi sobie kolejną kawę i coś słodkiego. Należało mu się. Zwłaszcza że nie zamierzał dzielić się z dzieciakami. Czy to już ten etap odpowiedzialnego rodzicielstwa, kiedy wpierdala się śmieciowe żarcie po kryjomu, byle dzieci nie zobaczyły? Może. Wracał samochodem do domu, przedzierając się przez zakorkowane ulice miasta. Skręcił w okolice Yonge and Dundas, gdzie jak zwykle roiło się od ludzi. Jedni wyglądail, jakby właśnie wypalili sobie resztki mózgu czymś mocniejszym od marihuany, drudzy sprawiali wrażenie, że wstrzyknęli sobie mieszankę, która skutecznie odebrała im zdolność jakiegokolwiek logiscnego myślenia.

Czekając na zielone światło, zjedhal w mniej zatłoczoną uliczkę, żeby ominąć tłumy i kolejnych randomów rzucających się pod maskę samochodu. Sięgnął po swoją kawunię, upił łyk, drugą dłonią chwycił pączka i odgryzł porządny kawałek. Cholera. Zajebisty. Pomyślał z pełnym przekonaniem, kiedy jego błogi stan przerwało mocne uderzenie w tył samochodu. - Kurwa mać - warknął pod nosem. Pączek wypadł mu z ręki prosto na podłogę, a gorąca kawa wylała się na koszulę i spodnie. Piekło jak skurwysyn, ale nie z takimi rzeczami przyszło mu się mierzyć. Odłożył kubek z resztką kawy, wysiadł z samochodu, trzaskając drzwiami, i szybkim krokiem podszedł do auta, które właśnie się w niego wpieprzylo. Po drodze rzucił jeszcze okiem na tablicę rejestracyjną.

MI6 LF7 XD

Zapamiętał ją od razu. Podszedł do szyby kierowcy i zaczął energicznie w nią stukać. Gdy w końcu szyba się opuscila, pochylił się niżej i spojrzał na siedzącą za kierownicą kobietę. Wyglądała na wystraszoną. Szkoda tylko, że w tej chwili kompletnie go to nie obchodziło. - Gdzie się pani tak spieszy, że ucierpiał nie tylko mój długo wyczekiwany pączek, ale jeszcze kawa?

donut killer
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To wszystko to był tak cholernie z ł y pomysł.
Nie wiedziała, która z jej koleżanek wpadła na pomysł uczczenia jej rozwodu. Prawdopodobnie ta, której po latach udało się uciec z jej męczącego i przemocowego małżeństwa, w którym jedno nieustannie podnosiło rękę na drugie. Ta przesączona nienawiścią do byłego partnera, dla której rozwód był czymś jednoznacznie d o b r y m, a jej pomysł natychmiast pochwyciły wszystkie inne - wierząc, że mogło to jej p o m ó c.
Z początku też w to wierzyła.
Być może tego jej było trzeba - odpowiedniej perspektywy. Może powinna patrzeć na to jak na zdobycie przez siebie wolności, której wcześniej jej brakowało. Kolejny etap w życiu, który mogła rozpocząć bez wlokącego się ciężaru jej nieudanego małżeństwa.
Ale Sal nie był złoczyńcą, którego brak powinna świętować.
W ich związku nie było zdrad, przemocy fizycznej czy psychicznej, nie było nierówności finansowych i klasycznych oznak z ł e g o małżeństwa. Była cisza, która zakradła się do ich mieszkania, wypełniła wszystkie pomieszczenia, wsiąkła w przestrzeń między nimi i rutynę, w której odnajdywali się samotnie. Była goryczą i przekształceniem ich córki w punkt zapalny, przerzucaniem na siebie wzajemnie winy niczym gorącej piłki, bo tak naprawdę trudno było określić, które z nich faktycznie zawiodło.
Wiedziała, że jej były mąż obwiniał o rozpad ich małżeństwa siebie. Wiedziała też, że choć powierzchownie skrzętnie się z nim zgadzała byle mu tylko dopiec, w głębi ducha jej własna wina w tym była przytłaczająca.
To cholerne p r z y j ę c i e było złym pomysłem od samego początku. Stresowało ją gdy szykowała się do wyjścia i wciskała w sukienkę, którą ostatnim razem miała na sobie pięć lat wcześniej. Stresowało ją wtedy, gdy jej koleżanki w formie gry wymieniały wszystkie, gówniane rzeczy jakie Sal zrobił w trakcie ich małżeństwa, a ona słuchając ich sięgała po kolejny kieliszek wina, usiłując to jakoś przetrwać. Bo czy skoro był w ich oczach tak gówniany, czy nie była równie zła, akceptując to tak długo? Czy powinna świętować, że się od niego uwolniła, czy opłakiwać, że zrobiła to tak późno?
Czy powinna w ogóle z nimi rozmawiać jeśli nadal tak cholernie za nim tęskniła, a jej serce nadal wybijało w rytmie dostosowanym do nazwiska, którego już nie nosiła?
Cztery kieliszki wina później tkwiła nierozsądnie za kółkiem samochodu. Wypiła je na przestrzeni trzech godzin więc nie czuła się aż tak pijana, poza tym czy Sal niejednokrotnie nie wsiadał po piwie w auto żeby gdzieś pojechać? Skoro on mógł, to czemu nie mogła ona?
W tym zamyśleniu i ferworze emocji, tłumiąc w sobie dławiące ją od środka łzy - tęsknoty? wściekłości? - nie spostrzegła nawet samochodu przed sobą. Jej pierwszą myślą było czemu ten idiota hamuje?
Jej drugą było - czy ja go właśnie uderzyłam?
Echo huku, który rozległ się w jej samochodzie, rezonowało w jej czaszce. Jej dłonie zacisnęły się na kierownicy - obie, przepisowo, jakby to cokolwiek mogło zmienić w tym momencie. I tak trwała, z a m i e r a j ą c, Diane Dykman Walker, kobieta, która zawsze wiedziała co zrobić i co powiedzieć, właśnie liczyła wypite przez siebie kieliszki wina.
Jej wzrok z opóźnieniem prześlizgnął się po mężczyźnie wychodzącym z samochodu, po rozlanej na jego ubraniu kawie z jej winy a także, później, po dość atrakcyjnej, kwadratowej szczęce.
A potem na jego pierdolonej o d z n a c e.
- O boże - jęknęła i, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie, ukryła twarz w dłoniach i pochyliła się. Jej dłonie, wraz z dzierżoną przez nie głową, uderzyły o kierownicę, wyzwalając z samochodu żałosne rąbnięcie. - Nie wierzę, że to się dzieje.
Czy ze wszystkich osób na tym świecie, ten j e d e n raz gdy wsiadła za kółko pod wpływem, musiała wjechać w samochód p o l i c j a n t a?
Dywagowała na ten temat, mocno zaciskając powieki, z dłonią wciąż schowaną w dłoniach, jakby dzięki temu mężczyzna miał z n i k n ą ć. Mogła przecież, kurwa, spróbować, bo to nie mogło być prawdą.

please don't be real
46 y/o
For good luck!
182 cm
detektyw w Toronto Police
Awatar użytkownika
what a wicked game we play.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie miał ochoty na żadne ekscesy ani zbędne emocje dzisiejszego dnia. Jego jedynym celem było zatopienie zębów w tym pieprzonym pączku, wypicie kawy w spokoju, ewentualnie zatrzymanie się gdzieś w pobliskim parku, żeby jeszcze wypełnić krzyżówkę, a dopiero później zmierzenie się z tą wewnętrzną niechęcią, która przepełniała całe jego ciało na samą myśl o powrocie do własnego domu. Domu, na który tak cholernie ciężko pracował, a w którym coraz mniej chciał przebywać. To nie była wina Marii. No, może po części, ale przede wszystkim chodziło o niego. Chyba po prostu wyobrażał sobie to wszystko inaczej. Miał nadzieję, że żona, po jego kilkunastogodzinnej nieobencości dzień w dzień, będzie czekała na niego z otwartymi ramionami... jakby zawartość portfela i pieniądze zapewniające ich rodzinie wygodne życie miały zrekompensować fakt, że tak naprawdę prawie nigdy nie było go w domu.

Pieniądze były łatwe. Bycie obecnym już niekoniecznie.

Co z tego, że wnętrze domu wypełniał zapach przepysznych dań przygotowywanych przez panią Perez, skoro Javier nie brał udziału w tworzeniu wspomnień razem z nią? Wracał, jadł odgrzany obiad, brał prysznic i kładł się obok kobiety, która z każdym kolejnym dniem stawała się dla niego coraz bardziej obca. A przecież kiedyś potrafili rozmawiać do rana, kochać się bez opamiętania... Eh. Nie chciało mu się nawet o tym myśleć ani nad tym główkować. Teraz miał ważniejsze sprawy do ogarnięcia. Między innymi fakt, że przez następnych kilka dni jego samochód będzie zapewne pachniał lukrem i waniliowym nadzieniem rozsmarowanym po podłodze, zanim odda auto do czyszczenia. Kawa, którą kupił, również uparcie przypominała o swojej obecności gorącem przenikającym przez wilgotną koszulę i spodnie, ale to już była druga sprawa.

Oparł dłoń na biodrze, zupełnie przypadkiem odsłaniając wystającą odznakę. To był błąd. Kobieta, po przyjrzeniu się jego twarzy, automatycznie zerknęła na odznakę i zaczęła panikować. Jezu, czemu ona była aż tak zestresowana? Dobra, poniekąd rozumiał jej reakcję, ale nie miał najmniejszej ochoty uspokajać jakiejś spanikowanej kobiety. Nachylił się nieco bliżej, bo przez moment wydawało mu się, że kiedy się odezwała, wyczuł od niej delikatną woń wina. Zaraz też uśmiechnął się pod nosem, świadomy, że mógłby się nad nią troszeczkę poznęcać, skoro jego dzień i tak mijał tak chujowo. - Czy pani dzisiaj piła? - zapytał poważnym tnoem, unosząc lekko brew. - Proszę wysiąść z samochodu i pokazać mi dokumenty. - Tak szczerze? Miał to w dupie. Chciał jednak z czystej ciekawości zobaczyć, jak się nazywała, gdzie mieszkała i ile miała lat. Takie tam zboczenie zawodowe, ale też zwyczajna ciekawość, bo zdecydowanie wzbudziła jego zainteresowanie.

Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na kogoś, kto upiłby się jak świnka w środku dnia. Bardziej na kobietę, której wszystko właśnie wymknęło się spod kontroli... Poza tym, gdy przez chwilę mógł się jej dokładniej przyjrzeć, zauważył, że miała naprawdę ładny odcień oczu. Może więc poza sprawdzeniem, kiedy naprawdę pęknie, robił to również dla własnej k o r z y ś c i?

Może ten dzień wacle nie potoczył się aż tak źle. Dał mu przecież możliwość oderwania myśli od żony i sytuacji w domu, a przy okazji los zesłał mu niestabilną emocjonalnie kobietę, z którą, well... być może uda mu się trochę zabawić.

u good?
42 y/o
For good luck!
170 cm
creator of worlds
Awatar użytkownika
i'm waiting for you, you're waiting for me; afraid of what we'll find if we let words run free
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie tak, że istniał idealny moment na wjechanie w samochód należący do gliniarza.
Ale na pewno istniał jakiś odrobinę lepszy niż ten, w którym wracała lekko podpita po przyjęciu, które miało celebrować jej "nowy etap w życiu".
Nic tak nie celebrowało nowego etapu jak odebranie jej prawa jazdy.
Umysł Dykman Walker już bowiem wędrował to wszystkich reperkusji, jakie ją czekały po upływie tej chwili. Na pewno odbiorą jej prawo jazdy, a jak ona będzie odbierać Aurorę ze szkoły bez samochodu? Sal nie mógł się o tym dowiedzieć, bo przecież obiektywnie patrząc, nieważne jak cholernie nieobecnym był ojcem, wciąż byłby rodzicem z prawem jazdy, a to znaczy lepiej funkcjonującym w życiu od niej, która je straciła.
Czy to będzie wypisane w jej aktach? A co, jeśli wywalą ją przez to z roboty? Czy wyląduje w lokalnych newsach i ktoś wrzuci pod nimi komentarz na facebooku z pytaniem, czy to przypadkiem nie jej auto tkwi na zdjęciach? Co ludzie powiedzą? Z ogromnym trudem wróciła swoją uwagą do tkwiącego obok mężczyzny. Jakby jej było mało, przez jej wjazd wylał na siebie gorącą kawę. Teraz nawet, gdyby chciał ją puścić płazem, będzie zawzięty. Ona by była, gdyby przez kogokolwiek oblała się kawą. Ja pierdolę.
- Tak, oczywiście - sapnęła, orientując się, że wciąż na nią czekał, podczas gdy ona analizowała wszystkie warianty swojej czarnej przyszłości tkwiąc w miejscu jak woskowa figura. Sięgnęła do swojej torebki, grzebiąc w niej za dokumentami i powoli dostając ataku paniki, bo nie potrafiła ich znaleźć. - Przepraszam. Wracam z przyjęcia, wypiłam parę kieliszków wina, ale to przez to, że moje koleżanki je we mnie wmusiły. Całe to przyjęcie było zresztą złym pomysłem, mówiłam to od samego początku i nikt mnie nie słuchał. Jak dla mnie było wyłącznie po to, żeby Jenn poczuła się lepiej bo dalej tęskni za swoim mężem, wszyscy to wiedzą ale nikt jej tego nie powie prosto w twarz i...
Wypuściła powietrze z płuc, a przynajmniej tę resztkę, która w nich została po wypowiedzeniu przez nią tysiąca słów na minutę. Udało jej się znaleźć prawo jazdy w torebce i sięgnęła do drzwi, otwierając je zamaszyście - tak zamaszyście, że wyczuła, że walnęła nimi prosto w nogi stojącego obok mężczyzny. A na domiar złego gdy zapragnęła zamaskować ten ruch, ochoczo wyskakując na zewnątrz, zorientowała się, że zapomniała wypiąć pasa i ten wpił się w jej szyję, na moment sprawiając, że fizycznie poczuła się tak, jak podpowiadała jej psychika.
- Przepraszam. Proszę - wydukała, wreszcie wychodząc tymi cholernymi szpilkami na zewnątrz, z wyciągniętymi w jego stronę dokumentami w pełnym poddania geście. Zaraz potem zorientowała się, że tkwiło na nich wciąż wypalone D y k m a n. - To nie moje nazwisko - rzuciła, elokwentnie, zaraz orientując się, jak to zabrzmiało. - To znaczy, jeszcze nie miałam chwili żeby zajść do urzędu, tam są ciągle takie cholerne kolejki - poza tym, nie wiedziała, czy była na to mentalnie gotowa. - To nazwisko mojego męża - dodała, plotąc już rzeczy bez ładu i składu. - Znaczy, byłego męża.

javier perez
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”