ODPOWIEDZ
31 y/o
For good luck!
182 cm
szef kuchni w swojej restauracji
Awatar użytkownika
Take your pills and dance all night, don't think at all, that's the advice. So c'mon, let's try, it's just a taste.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

01
trigger warning
narkotyki, wypadek samochodowy
Ostatnie, co pamiętał, to intensywna przeplatanka iskrzących, kanadyjskich neonów. Pędząca, podstrzarzała fura, za której to kierownicą siedział, znikała w nocnej atmosferze miasta. Nikt na niego nie zwracał uwagi. On na nikogo nie zwracał uwagi. A może wręcz przeciwnie? Może wskaźnik prędkości, połączony z zaćmieniem mózgowym sprawiał, że widzieli go w s z y s c y, ale on nadal był zbyt... zbyt. zawsze był zbyt . nigdy nie był o d p o w i e d n i. nigdy w sam raz. przecież o tym wiedział. winny bycia SOBĄ. popełniony grzech— Pamiętał też swój histeryczny śmiech, gdy zjeżdżał z głównej trasy. Choć muzyka, która leciała z jego playlisty była już w maksymalnej głośności, tak niemal jej nie słyszał przez warkot silnika. Na tapicerce były jeszcze ślady wciągniętego wcześniej proszku, a pod językiem rozpuszczały się resztki ekstazy. Żyła w zgięciu łokcia cholernie bolała od wciskania strzykawki. Ale Hayden był wolny. Pierwszy raz (mówił tak zawsze) mógł zrobić to, co c h c i a ł. Był już sam. Po nakryciu swojego faceta — kolejny raz — z innym, młodszym, Tanner nie zamierzał dalej w to brnąć. Nie miał na to siły. Zamysłem była więc zaledwie przejażdżka na ukojenie nerwów, a wymknęło się to spod kontroli gdzieś w trakcie wciągania drugiej kreski i popijania ją wódką.
Nie utracił panowania nad samochodem. Gnająca strzała niemal idealnie rozbiła się na gigantycznym drzewie tuż po tym, jak Hayden gwałtownie przechylił kierownicę, uderzając w nią głową.
Siła upadku była niestety za mała, aby pozbawić go życia.
Mgła. Jakieś pytania. Ktoś bliski? Numer telefonu? Nazwisko? Jak pan się nazywa? Co się stało? Czy to było zamierzone? Gdzie pan mieszka?
Hayden zaledwie coś mamrotał. Naszprycowany kroplówkami powoli trzeźwiał, niemniej obrażenia zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne, nadal ograniczały jego świadomość. Kojarzył, że lekarz coś wspominał o wstrząśnieniu mózgu, potłuczonych żebrach i szczęściu głupiego, bo nie doszło ani do złamania, ani do krwotoku. W zasadzie... szkoda. Mówili — jeszcze — coś o tym, że niebawem ktoś przyjedzie. Od razu odebrała telefon. Odebrała? Do kogo, u licha, Hayden podał numer telefonu? Pamiętał... dwa. Jednego z całą pewnością nie chciał dawać. Nie chciał go widzieć. Nie chciał go znać.
Ally? — wychrypiał, mrugając kilkakrotnie, gdy drzwi od sali szpitalnej się otworzyły, a on spróbował się podnieść na łóżku. Błyskawicznie tego pożałował, gdy całe ciało przypomniało o sobie boleśnie, a Hayden zaledwie jęknął marudnie i ponownie opadł na poduszki. Miał ograniczony zakres ruchów i świadomości, ale z pewnością nie spodziewał się tutaj obecności starej przyjaciółki. Jedynej przyjaciółki.
Czy mógł ją nadal tak nazywać?
Inaczej by nie przyjechała.
Zmusił się do drobnego grymasu, który miał przypominać uśmiech; przepraszający i pełen skruchy.
Chyba podałem twój numer telefonu — zauważył błyskotliwie, nie mając pojęcia, co powinien powiedzieć i czy cokolwiek było odpowiednie.

Ally Aldridge
lawina
mickiewiczowania nie trawię
29 y/o
Welkom in Canada
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
half love, half regret, dressing up for Polaroids and cigarettes
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wstyd.
Jaki, kurwa, wstyd.
Dała się zrobić jak idiotka. Jak dzieciak.
Nie pierwszy raz.
Nie ostatni.
Powietrze dusiło gęstym, papierosowym dymem; zadarte w nerwowym dłubaniu skórki krwawiły; wyświetlacz telefonu raz po raz rozświetlał niczym seria piorunów w burzy. Próbowały trafić Ally - tym razem skutecznie, ale pieprzona kretynka odwlekała ten moment.
Nie chciała przeprosin. Nie chciała wyników badań. Nie chciała żadnej z wiadomości, które mogłyby przyjść na jej numer.
Dlatego, gdy sprzęt nie ustępował tortur i wibrował wciąż w akcie najczystszej agresji wobec właścicielki, wreszcie uniosła go i wrzasnęła:
NIE MA TAKIEGO NUMERU! — odrzuciła smartfon na kanapę za swoimi plecami, nie mogąc wykrzesać z siebie nic więcej. Nie miała już ani siły, ani nadziei, ani ochoty na rozmowę z kimkolwiek, o czymkolwiek.
To sobą w tej sytuacji gardziła najbardziej.
To ona powinna być mądrzejsza.
Erm… Proszę pani? — cyfrowy głos nie był Reidem, nie był jej chirurgiem, ani matką, przed którą chciała ukryć swój obecny stan. Obróciła głowę. — Dzwonimy w sprawie pana… I d i o t k a. Zrobiła to znowu.
Znowu pchała się tam, gdzie ewidentnie jej nie chciano.
Gdzie nigdy nie była pierwszym wyborem, najwyżej opcją zapasową, gdy te lepsze zawiodły.
Nie potrafiła inaczej.
Nie potrafiła dawać m n i e j, mimo gorzkiego smaku przegranej wypalającego jej gardło od środka. Mimo tego, że nikt nigdy nie dawał jej tyle samo.
Dźwięk jej imienia w j e g o ustach przeszył Aldridge dreszczem. Spiął całe ciało. Mdłości.
Czy dlatego, że Hayden wyglądał jak zwłoki?
Czy dlatego, że oboje wyglądali?
Chyba sobie, kurwa, żartujesz — burknęła pod nosem. Z całą mocą wyrzutu i pretensji, które w tej sytuacji jedynie rosły.
Czyli jednak znał jej dane kontaktowe. I potrafił z nich nawet skorzystać! Wtedy, kiedy czegoś od niej chciał.
Jak każdy.
Kurwa, jak nisko musiała upaść?
Brzydziła się samą sobą.
Powinieneś podać Johnny’ego — dodała. Chłodno, sucho - bez wściekłości, która towarzyszyła jej jeszcze dwa lata temu. Teraz został tylko zawód. Bezkresny, nieznośny zawód wszystkim i wszystkimi. — Albo kogokolwiek innego — wzruszyła ramionami, wbrew własnym słowom siadając jednak na niewygodnym, plastikowym krzesełku.
W c a l e nie dlatego, że jej zależało. Akurat miała ochotę popatrzeć na wysoką sztukę w postaci chujowego obrazka na ścianie.
Wisiał krzywo, przedstawiał gówno i inspirował autoagresję.
Poezja.

Nie wiem dlaczego przyszłam.
Przynajmniej w tym potrafiła być uczciwa.

hayden tanner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
For good luck!
182 cm
szef kuchni w swojej restauracji
Awatar użytkownika
Take your pills and dance all night, don't think at all, that's the advice. So c'mon, let's try, it's just a taste.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W skali c h u j o w i z n y, wskaźnik już dawno spakował manatki i postanowił wyjechać na wakacje, bo nawet on nie chciał męczyć się z tym, co działo się w życiu Haydena i jak bardzo sam do tego doprowadzał. Nie było żadnym kłamstwem, ani tym bardziej nowym spostrzeżeniem, że gdyby nie pchał się w gówno, to może już dawno by ułożył sobie źycie. Pech jednak chciał, że — jakby to powiedział terapeuta, do którego Tanner nigdy nie zamierzał iść, nawet za hajs Cesare — pochodził ze smutnej rodziny, gdzie była ogromna beczka traum, nałogów i rzygowin, i przez całe życie matka go w niej kąpała, więc nasiąkł już jak indyk w marynacie na Święto Dziękczynienia.
Podsumowując; było po prostu ZA PÓŹNO.
Widząc więc w szpitalnych drzwiach Aaliyah, doszedł do wniosku, że los albo z n o w u dawał mu kolejną nieproszoną szansę, albo stara przyjaciółka przyszła go dobić i może to lepiej. Hayden był ofiarą, oczywiście, że tak; w jego głowie był najbardziej poszkodowany ze wszystkich, ale to nie zmieniało faktu, że wiedział, iż potraktował kobietę jak palant.
Którym był.
Ale nie był gotów najpewniej na przeprosiny.
I nie miał też pewności, czy kroplówki w pełni wypłukały z jego organizmu prochy i alkohol.
Nie, mam tak rozjebane żebra, że nie mogę się śmiać. A chciałbym — wykrzywił wargi w grymasie, który teoretycznie miał przypominać uśmiech, a praktycznie był jakimś chuj-wie-czym, bo nie dość, że bolało go w s z y s t k o, to jeszcze czuł się niekomfortowo. Skrucha była widoczna w oczach, gdy przyjął na klatę wzmiankę o wojskowym, a potem obserwował, jak Aldridge siada na krześle.
Poprawił nerwowo dłonią wenflon, wokół którego skóra była nieprzyjemnie posiniaczona — był słaby jak wydmuszka, bo od ćpania ledwo co z niego zostawało — i zmarszczył nos.
Nie przyjechałby — dlatego, że Hayden dalej wisiał mu hajs, a poza tym pewnie musiał się zajmować dzieckiem. Tyle jeszcze pamiętał. — Nie mam nikogo oprócz ciebie. Ten palant mnie znowu zdradził. W ogóle to nie chciałem — urwał, unosząc rękę, aby gestykulować na siebie i salę szpitalną. — no wiesz — ż y ć, bo tak swobodnie się czuł przy kimś, komu złamał po przyjacielsku serce i zapominał, że nie był pępkiem świata.
Zadarł głowę, jakby ten ruch miał skłonić Ally do spojrzenia na niego, a nie na ten durny obraz na ścianie, namalowany pewnie przez jakieś smutne dziecko.
Teoretycznie z tego wyjdę, ale sugerują detoks. Nic mi nie jest — wzruszył ramionami, bo to było oczywiste, że nie miał ż a d n e g o problemu. — ale chyba będę potrzebował pomocy.
Bo Hayden tylko potrafił c h c i e ć i w y m a g a ć.

Ally Aldridge
lawina
mickiewiczowania nie trawię
29 y/o
Welkom in Canada
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
half love, half regret, dressing up for Polaroids and cigarettes
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyglądał żałośnie.
Jak ktoś, kogo życie przeżuło, połknęło i wyrzygało - jak kot kłaczka, ze słabym jęknięciem. A Ally, mimo noszonego w plecach noża wbitego z zaskoczenia dwa lata temu, nie była bez serca.
Współczuła. Starała się zaciskać powieki mocniej, by odegnać łzy które zaczynały gromadzić w kącikach oczu. Nie chciała widzieć go w takim stanie; nie chciała, żeby b y ł w takim stanie. Zasługiwał na moralnego kaca, pielgrzymkę na klęczkach do odległego miejsca kultu i parę kurew rzuconych przez Aldridge, ale nie na gwóźdź trumny. Nie w tym wieku.
I nie z tak debilnego powodu.
Wiedziała o uzależnieniu. Nie wszystko - nie o tym, że Johnny finansował jego postęp przez te wszystkie lata, ani szczegółów o wszystkich tych podłych rzeczach które Hayden był w stanie zrobić dla działki, gdy potrzeba dawała o sobie znać. Wiedziała wystarczająco, by rozumieć dlaczego leżał w szpitalnym łóżku i jak niewiele sama mogła z tym zrobić.
Bezsilność była najgorszym z ciężarów. Świadomość, że jedyną osobą, która mogła wygrzebać Tannera z tego gówna jest on sam - ten sam człowiek, który doprowadził do tej sytuacji pierwszy raz, drugi, siódmy i… Nie ostatni.
Może nigdy ostatni.
Przełknęła głośno ślinę.
Nie ruszaj tego — syknęła. — Zepsujesz — oderwała wzrok od pożalsięborze obrazka, by czujnym wzrokiem skontrolować wenflon. Zerwany kontakt nie zabił w niej tego pierwiastka odpowiedzialności za chłopca, którym kiedyś opiekowała się jak nią samą starszy brat. Przez myśl przeszło jej nawet, by poprawić draniowi poduszkę gdy tak stękał w niewygodnej pozycji - pozostała jednak na swoim plastikowym krzesełku, powstrzymując z całej siły.
Nie przed gestem człowieczeństwa - miała ich w sobie dużo. Nawet Reid ją wyczuł; wystarczyło kilka rozmów, które dalekie były od poważnych, by wypunktował ją za ratowanie wszystkich i wszystkiego.
Ale Hayden nie uratował jej. Przed złamanym sercem, przed upokorzeniem, przed zmarnowaniem l a t życia.
Nie zamierzała więc być idiotką po raz drugi i dawać, dawać, dawać, bez jakichkolwiek dowodów odwzajemnienia.
Chyba zapomnieli zrobić ci płukanie żołądka — albo żył? Nie była pewna, jak uprzytamnia się pacjenta który rekreacyjnie zażywa takie ilości takiej mieszanki jak Tanner, ale bredził jakby wciąż znajdował pod wpływem. — Chcę, żebyśmy dobrze się rozumieli. Nie masz mnie. Miałeś. Wybrałeś stronę, obiektywnie kurwa złą stronę, i nigdy za to nawet nie przeprosiłeś — to, że jego twarz wykrzywiał ból a na metalowym stojaku wisiały woreczki z najróżniejszymi płynami nie powstrzymywało Ally przed stanowczym zweryfikowaniem faktów.
M i a ł b y przyjaciółkę nadal, gdyby był wobec niej lojalny. Reid nadal miałby dziewczynę. Tymczasem… Okazywało się, że w świecie Aldridge próżno było szukać kogoś, kto mówił prawdę i dbał o nią tak, jak ona o niego.
To się musiało zmienić.
W takim razie zapisz się na detoks — wzruszyła ramionami. Odetchnęła, gdy potwierdził prognozę swojego zdrowienia - ale walczyła sama ze sobą, by nie wziąć na siebie odpowiedzialności naprawiania kogoś, kto 1) sam nie chciał nic zmieniać i 2) nie dawał jej proporcjonalnej życzliwości. — W tym potrzebujesz pomocy? Mogę ci poszukać jakichś numerów, ale dzwonił będziesz sam.
Jak odpowiedzialny dorosły.

hayden tanner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
For good luck!
182 cm
szef kuchni w swojej restauracji
Awatar użytkownika
Take your pills and dance all night, don't think at all, that's the advice. So c'mon, let's try, it's just a taste.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiele razy zastanawiał się nad tym, co u Ally—

najczęściej, gdy był naćpany, godzina na zegarku wskazywała coś między północą a szóstą, on siedział na dachu, środku ulicy, na balkonie, był po kłótni z Czarkiem o zdradę, ćpanie lub restaurację i oczami wyobraźni snuł scenariusze, gdzie by b y ł, gdyby słuchał przyjaciółki
—niemniej wraz z nadejściem dnia te myśli odchodziły od niego daleko. Wstyd nie pozwalał mu wykonać t e l e f o n u, wysłać smsa, ani złożyć jej wizyty. Nie pozwalał mu na przeprosiny i przyjęcie na klatę oczywistości, jaką była ta perfidna przyjacielska zdrada. A przecież mieli te zakichane fotki z d z i e c i ń s t w a, własne żarty, nawet cholerny szyfr, który Tanner po latach dalej potrafiłby złamać; i wyryte w drzewie inicjały z błyskotliwym podpisem BFF, bo przyjaźń damsko-męska i s t n i a ł a zanim Hayden nie kopnął Aaliyah w dupę z półobrotu.
Teraz też było mu wstyd. P o t w o r n i e wstyd, gdy leżał podłączony do tych wszystkich żyłek, drucików, worków i aparatury, świeżo po próbie samobójczej, po doliczeniu do licznika zdrad Czarka kolejnej, po uświadomieniu sobie, jak żałosnym robakiem był— a jednak Aldridge przyszła. Bo była za dobra, za głupia, bo przyjaciół poznaje się w biedzie (on do tych słów nie miał prawa) i wszystko inne. I choć wspomniał o pomocy, tak przecież wiedział, że nie mógł o nią prosić; a wymagał.
Paradoksy i niedomówienia, z których się składał, któregoś dnia miały pożreć go żywcem.
Ale jeszcze nie teraz.
Nie da się zepsuć bardziej — uśmiechnął się; blado i nikle. Gdyby nie gotowanie i posiadanie własnej restauracji, Hayden powinien wylądować na deskach offowego teatru; doskonale poradziłby sobie ze sztukami dramatycznymi, biorąc pod uwagę jego umiejętność bycia ofiarą i robienia ze swojej tragedii czegoś poetyckiego.

w jego mniemaniu, bo w mniemaniu pozostałych był po prostu kulą gówna.
A przeprosiny coś zmienią? — spojrzał na Aldridge, świadomy małej wartości tego słowa. — Nie cofnę czasu. Wiem, że… — zdawało się, że jednak wcale nie wiedział. — zachowałem się jak palant, ale nie chciałem cię też ranić. Wiesz. Nie chciałem, byś wiedziała ode mnie — p o n i e k ą d, bo gdyby zrzucić na drugi plan pakt o pożyczaniu pieniędzy slash grobowym milczeniu, a na pierwszy plan wyjąć resztki starego Haydena — którego Ally znała, bo tego aktualnego nie — to okazałoby się, że naprawdę nie chciał psuć idealnego obrazka przyjaciółki, która jak nikt zasługiwała na szczęście.
A przecież Reidowi mogło się odwidzieć i mógł to być jednorazowy skok w bok, a przecież teraz mieli więcej rzeczy, które ich łączyły.
Nie — nie potrzebował d e t o k s u, mógł przestać ćpać w każdej chwili. — powinienem się wyprowadzić od Cesare. To przez niego.
A te śpiewki Aaliyah znowu znała d o s k o n a l e, bo tragikomiczna ballada miłosna panów trwała od czterech lat i był to średnio sto trzynasty raz, gdy Hayden ostatecznie rzucał Czarka i się od niego wyprowadzał.
I prochy też i alkohol.
Na serio.

Ally Aldridge
lawina
mickiewiczowania nie trawię
29 y/o
Welkom in Canada
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
half love, half regret, dressing up for Polaroids and cigarettes
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Złośliwy uśmieszek zawitał na jej twarzy; jakby na moment zapomniała w jakim są miejscu, dlaczego, i że ich relacja z ważnego powodu kilka lat temu przestała istnieć. Jakby powrót do trybu czytania sobie w myślach był aż tak prosty, jak naciśnięcie odpowiedniego guzika. A powrót do zaczepek, potyczek i wzajemnego dokuczania kusił.
Tak jak używki.
Łatwo było sięgnąć do zakamarków tego, co w nich dobre. Chcieć korzystać z radości, którą dawały przez jakiś czas.
Trudniej było zmusić się do pamiętania o negatywnych skutkach. O konsekwencjach, które bolały do teraz. Emocjonalnie - Ally, fizycznie - Haydena.
Oczywiście, że się da — prychnęła. Jakby jej przemądrzanie się było teraz najważniejsze; jakby znów musiała wygrać kłótnię o nic i po nic z ziomkiem - tak o, dla zasady. Dla zabicia czasu, dla podkreślenia wszem i wobec, które z nich wiedziało lepiej. Teraz oboje zachowywali się jak idioci, choć w różnych dyscyplinach. Mógłbyś zepsuć tak bardzo, że nawet by cię tu nie przywieźli. Tylko od razu windą w dół, do lodówek — ostatnie słowo wypunktowała sylabami tak, by wybrzmiało wystarczająco obrzydliwie.
Nigdy do końca nie wierzyła w to, że straszenie kogoś śmiercią przyniesie dobre rezultaty (chyba, że w filmach Tarantino) - ale nawet Hayden nie mógł jej teraz odmówić przyznania racji. Był w kiepskim stanie, ale m ó g ł być w gorszym i Ally - nawet rozgoryczona - zauważalnie oddychała z ulgą, że wypadek nie skończył się kostnicą.
Przecież p r z y s z ł a.
Sorry, ale to idiotyczna wymówka — nie krygowała się. — Nie chciałeś mnie ranić trochę, więc zraniłeś mnie bardzo. Matematyka się nie spina — pod uszczypliwością i żartem chowała najgłębsze niezrozumienie - jak mógł wybrać kogoś innego? Jak mógł zdecydować, że ochroni mężczyznę, a nie dziewczynkę, która kiedyś oddawała mu swoje kanapki na najwyższej gałęzi drzewa nad rzeczką? Naiwnie łudziła się, że kiedyś zrozumie i wtedy wybory Haydena będą miały sens. Jeśli będą miały sens, to jej nie będzie bolało, tak? n i e. Z drugiej strony, to nigdy nie była twoja mocna strona — mało brakowało, a pokazałaby mu język.
Bo wbrew wszelkim złożonym samej sobie obietnicom, że będzie twarda i zignoruje dostęp do używek… Sięgała po nie obiema dłońmi, tak skuszona wizją ulgi i odpoczynku.
Przecież mogłoby być jak dawniej. Mogłoby być spokojnie, i wesoło, i z żartem, i pstryczkiem w nos…
N i e — powtórzyła po nim akcentując każdą głoskę. — Nie będziesz obwiniał innych o swoje wybory. Ani Cesare, ani rodziców, ani Boga, polityków czy tego typa z mieszkania obok, co wyje jak zażynana świnia i nie daje wam się wyspać. Nikt ci nie napchał prochów do gardła, nikt cię nie wsadził do samochodu i nie kazał prowadzić. T y to zrobiłeś. Więc t y zaprowadzisz swoją smutną dupę na detoks i t y przestaniesz zachowywać się jak palant. To jasne, czy będziesz ze mną dyskutował?
Karciła go jak gówniarza z petem za szkołą po pszyrce.
I trudno. Zasłużył.

hayden tanner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
For good luck!
182 cm
szef kuchni w swojej restauracji
Awatar użytkownika
Take your pills and dance all night, don't think at all, that's the advice. So c'mon, let's try, it's just a taste.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie był jedyny z ł y wybór w życiu Haydena. Gdyby się nad tym zastanowić, był przecież jednym z wielu; zaczynając od pierwszego papierosa, pierwszej butli, pierwszej zabawnej tabletki i tak dalej; z czasem przestał się już nad tym wszystkim zastanawiać. W zasadzie — nie miał pojęcia, co jest złe, a co dobre i chociaż podświadomie wiedział, że to żadne wytłumaczenie, tak dalej w to wszystko brnął, jakby rzeczywiście był najbardziej poszkodowanym. Przecież nie leżało w jego obowiązku, aby niszczyć iluzję f a n t a s t y c z n e g o życia Ally i opowiedzenie jej, jakim kawałem chuja był jej były facet.
Bo on… on nie chciałby, aby ktoś mu powiedział, że Cesare go zdradza. Pewnie by nawet nie uwierzył. Pierwszy raz, gdy go przyłapał, był równie tragiczny, jak rozstanie z poprzednim facetem. Każdy kolejny też, aż stało się to porządkiem dziennym i głębszym wchodzeniem Tannera w tą kupę gówna, smutku i depresji. To było egoistyczne, ale przynajmniej dzięki temu mieli więcej wspólnego.
Żałosne.
Skrzywił się jawnie, gdy Aldridge wspomniała o lodówkach. Oczami wyobraźni — zbyt d o b r e j — widział swoje chłodne, posiniaczone ciało, bez życia i bez ciepła, ciężkie jak kamień, wysuwane w lodówce, gdy przychodził ktoś, by go zidentyfikować. Tak, to ten ćpun, d a w n o już mu mówiłam, że się zaćpie, nareszcie — chociaż obstawiałam, że się powiesi.
Hayden się spiął, a potem leniwie uśmiechnął, bo choć n i b y nie chciał żyć, tak wyobrażenie sobie własnego truchła nie było przyjemne, nie?
Obserwowałbym cię z góry. Myślisz, że trafiłbym do nieba?nie i doskonale o tym wiedział, dlatego też uśmiechnął się kpiąco, na pozór znowu czując się przy Aaliyah tak komfortowo, jak zawsze. Tak, jak już nie było mu dane. Zawsze była od niego mądrzejsza, czyż nie? A Tanner zawsze próbował siebie postawić w lepszym świetle.
Tak już mieli.
Więc nie możesz się złościć — rzucił, uśmiechając się s ł a b o, gdy lekko wychylał głowę, aby przyjrzeć się dawnej przyjaciółce. Była zmęczona. Nie wyglądała najlepiej. Hayden najwyraźniej nie stracił umiejętności zaglądania pod powierzchnię. — zawsze wolałem angielski. Mogę cię przeprosić wierszem — zmarszczył nos, ale zaraz spoważniał. Czy w ogóle mógł to jakkolwiek naprawić? Pewnie nie. Nie mógł cofnąć czasu. Musiał zagryźć gorycz własnych porażek, choć w tym też nie był najlepszy.
I wcale nie zaczął mówić wierszem, a czuł się jak mały chłopiec, gdy Ally używała na nim t e g o tonu. Jawnie niezadowolony odwrócił głowę, aby spojrzeć w małe, szpitalne okno, na padające promienie słońca. Świat był przecież piękny.
Już tutaj mam detoks. Nie biorę. Nie będę brał — może nawet, wymawiając te słowa, c h w i l o w o w nie uwierzył. Jakby wcale nie marzył o tym, by wyjść ze szpitala i wciągnąć kreskę na pierwszym, lepszym murku. — Chciałbym to zmienić. To i wiele rzeczy. Możesz mi podesłać te kontakty — bo przecież nie zrobi tego sam, jak z a w s z e, ale sam też nie podniesie się do pionu. O tym obydwoje wiedzieli zbyt dobrze.
Wrócił do niej spojrzeniem. Skruszonym, złamanym, przepraszającym, może nawet błagalnym i finalnie, lekko troskliwym.
A ty… jak się trzymasz? — jakby miał prawo do zadania tego pytania. Ale przecież chciał wiedzieć.
Tak dawno nie rozmawiali.

Ally Aldridge
lawina
mickiewiczowania nie trawię
29 y/o
Welkom in Canada
175 cm
mechanik Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
half love, half regret, dressing up for Polaroids and cigarettes
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była pewna nawet tego, czy ona sama trafi do nieba.
Z jednej strony nie prowadziła życia aż tak ordynarnie wątpliwej moralności - nie wyrządzała żadnej krzywdy szczeniaczkom, dzieciom czy staruszkom. Sobie… Sobie powinna móc, skoro odbywało się to za zgodą strony zadającej ciosy i przyjmującej je. Jej największym grzechem był kompletny brak szacunku do siebie - być może taki, który warunkowałby konieczność spotkań z terapeutą lub czynił z niej dobrą kandydatkę do badań. Po serii niepowodzeń i bliskich, którzy z jej zaufania robili sobie papier toaletowy - zwątpiła całkiem. Przestała dbać o siebie - nie w zakresie wyglądu, a decyzji. Zaczęła podejmować ryzykownych zachowań, znajdować się w miejscach które jej nie służyły z ludźmi, którzy mogli tylko bardziej zagrozić. Zamiast iść do lekarza, uciekła na trzytygodniowy rejs śródziemnomorski. Zamiast jeść, chodziła biegać. Zamiast zwierzyć się z tego, jak popierdolone wszystko się stało, uciekała w sarkazm, ironię, zaczepki i uśmieszki.
Z wprawą ekspertki od unikania uczuć.
Konfrontowanie się z nimi było zbyt bolesne nawet dla takiej twardzielki, jak Aldridge.
Wiesz, Tanner — westchnęła jak zmęczona nauczycielka, która raz po raz wygłasza tę samą lekcję, która i tak nie miała żadnego znaczenia. — Kobiety przeważnie nie lubią, kiedy mężczyźni je obserwują. To wydaje się słodkie i opiekuńcze w książkach fantasy dla nastolatek - w realnej dorosłości brzmi raczej jak „wkrótce moja mama zidentyfikuje moje zwłoki w czarnym worku, a potem Netflix nakręci dokument” — parsknęła. Nie powinna żartować z takich rzeczy. Nie powinna żartować ani z Haydena w lodówkach, ani z siebie w worku - i co z tego? Niewiele już miało znaczenie pomiędzy seriami ciosów, które nawet nie nadążały goić się przed kolejnymi.
Wiersz przyjmę. Napisz go ręcznie, z datą - może kiedyś będziesz sławny, a mi zabraknie na rachunki… To sprzedam — wzruszyła ramionami.
To byłoby bardzo pragmatyczne zagranie, idealnie w tempo Ally Aldridge, która jeszcze wstydziła się przyznać światu jak wielkie znaczenie miały dla niej słowa. Jak bardzo pragnęła stać odbiorczynią tych, które nie krzywdziły bardziej niż poprzednie.
Nie bierzesz teraz. I pewnie tylko dlatego, że jeszcze nie ogarnąłeś nikogo, kto przyniósłby ci temat — nie da się oszukać oszusta. — Słuchaj, nie chcę cię do niczego zmuszać, ale twój plan jest c h u j o w y i nic z niego nie będzie. Jak z poprzednich.
Kapitan maruda. Niszczyciel dobrej zabawy.
Wyślę ci te kontakty. Będziesz chciał, to skorzystasz — tylko tyle mogła dla niego zrobić. Brakowało jej energii na poprawne zarządzanie swoim życiem, a skoro i rozsądku próżno było szukać poza śladowymi ilościami kurzu tu i ówdzie, nie nadawała się obecnie na drogę Haydena do zdrowienia.
Bardzo tego żałowała.
Całkiem nieźle — rżnęła głupa. — Poza tym, że wszystko idzie źle, to nieźle. Nie warto o tym opowiadać — stwierdziła. Warto, ale jeszcze nie potrafiła, a manipulowanie faktami było prostsze. Paradoksalnie wcale nie różnili się od siebie tak bardzo. — Nie przejmuj się mną. Przyszłam, żeby zobaczyć co u ciebie. Cieszę się, że żyjesz — wyznała. — Potrzebujesz czegoś na teraz? Poprawię ci tę jebaną poduszkę, jeśli obiecasz, że nikomu nie powiesz.

hayden tanner
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
For good luck!
182 cm
szef kuchni w swojej restauracji
Awatar użytkownika
Take your pills and dance all night, don't think at all, that's the advice. So c'mon, let's try, it's just a taste.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nieważne, jak wiele wspólnego mieli, w tej jednej konkretnej kwestii cholernie się różnili. Hayden ze swojej tragedii robił najlepszy spektakl, jaki było dane widzieć na deskach teatru, z kolei Ally próbowała uciec przed samą sobą i oddzielić się grubą kreską od przykrych wydarzeń, traktując je jak e k r a n. Jakby to, co jej się przydarzyło, nie było jej życiem, a jedynie sceną w filmie.
Hayden nigdy tego nie rozumiał. Być może — gdyby nie uważał siebie za cierpiącego każde zło tego świata wannabe Hioba — jego umysł stałby się trochę bardziej otwarty. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że oczekiwał współczucia od wszystkich, samemu dając z siebie niewiele. Narkotyki miały ogromny wpływ na jego podejście do życia, zwoje mózgowe i wszystko inne, ale Tanner dalej zawzięcie twierdził, że nie musiałby ich brać, gdyby jego życie nie było tak paskudnie CHUJOWE.
Przecież bym cię nie zabił. Duchy nie mają takiej zdolności, nie jesteśmy w Supernatural — zauważył, niemal błyskawicznie podłapując ten s m u t n y żart Aaliyah i jej przytyk, na który, rzecz jasna, musiał odpowiedzieć. Nie mogło być inaczej. Powinien zacząć się martwić, ale w swoim aktualnym stanie — na pieprzonym łóżku szpitalnym, poturbowany, po próbie samobójczej, na przymusowym detoksie — żarty o śmierci były akurat szczytem humoru.
Trochę urażony poczuł się, być może, na wzmiankę o sprzedaniu jego wiersza od serca. Nawet, jeśli zasłużył. Spojrzał więc na dawną przyjaciółkę z nietęgą miną i wzruszył wówczas ramionami, nadal nie rzucając tych słów, których od niego oczekiwano, bo był tylko facetem i niczego nie rozumiał.
Chryste, co cię ugryzło? Pszczoła w tyłek? Może tym razem się uda? Znam te gadki, że ćpun zawsze pozostaje ćpunem, ale prawie przeszedłem na drugą stronę. Chuj, że z własnej woli. Jesteś chora? — odburknął w końcu, ewidentnie p o r u s z o n y brakiem wiary w jego osobę. Jeśli miał być szczery sam ze sobą, to też trochę w to nie wierzył. Nie sądził, aby miał wystarczająco dużo silnej woli, ale Ally wcale nie musiała mu o tym tak dotkliwie przypominać.
A podobno, jak ludzie są chory, to wygadują różne rzeczy. Tanner był doskonałym przykładem.
Skinął też głową z drobnym uśmiechem — może skorzysta. W zależności od reakcji swojego kochanka, do którego przecież nie zamierzał wracać.
Nie spuszczał z niej intensywnego spojrzenia. Nie wyglądała, jakby wszystko było całkiem n i e ź l e. Hayden może nie miał już praw do informacji o jej życiu, ale łączyła ich wspólna historia i nawet on potrafił się trochę m a r t w i ć. Zmarszczył nos — podobnie, jak wtedy, gdy Ally siedząc na drzewie, zrzucała mu na głowę wiśnie — i sam sie podniósł (pożałował, momentalnie sycząc), bo rozmowa miała stać się poważniejsza.
Ja też — skłamał, uśmiechając się perfidnie. — I co? będziemy tak sobie kłamać, czy mam mocniej zastukać w ten twój mur? Powiem wszystkim o poduszce, jak nie powiesz mi, o co biega. Litości, Aldridge, nie urodziłem się wczoraj — i tym razem podjął tą znaną bitwę na s p o j r z e n i a, którą mogło wygrać tylko któreś z nich, albo mogli się obydwoje roześmiać, albo rozpłakać.
Bo Tanner byl palantem, ale jednak mu zależało, ok?

Ally Aldridge
lawina
mickiewiczowania nie trawię
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”