Dużo poświęcenia, żeby okraść cukiernię. Trochę balansuję na granicy opłacalności.
Nie zaśmiał się, choć może powinien był. Rozbawienie przemknęło mu przez myśl i ukradkiem po twarzy, kiedy w głowie zawitały wszystkie te razy, gdy wzywano go do występków, w których włożony w nie trud, energia i zasoby przekraczały fanty.
W zasadzie takie czyny, choć zabronione, z perspektywy kryminologii były łatwiejsze. Zrozumiałe. Wewnętrzne motywacje, chęć wzbogacenia się, tłumaczyły przestępcę. Znacznie gorzej było z tymi, których nic nie motywowało. Albo tymi, których motywowała zwykła, obrzydliwa chęć zniszczenia komuś życia lub wyrządzenia realnej krzywdy.
Tacy parszywcy za to rzadko poprzestawali na kradzieżach i szybko lądowali poszukiwani przez wydział zabójstw. Rzadko z przypadku — najczęściej w pełni świadomi tego, co zrobili. Mali, smutni skurwiele.
Gardner spojrzał jej w oczy.
Czy zrobisz mi krzywdę?
Nie.
Opuścił wzrok i przyglądał się jej drżącym rękom. Nie było mu przykro, że ją nastraszył; był dumny, że się zreflektowała. Patrzył, jak zawiązywała kokardkę i kiedy ją skończyła, nieznacznie uniósł dłonie. Tego się nie spodziewał. Nie tego, że ją zrobi czy tego, że zrobiła ją tak starannie i symetrycznie, nie nawet tego, jak absurdalne wydawało się robienie kokardki komuś, kto potencjalnie mógł się na ciebie rzucić z łapami w każdej możliwej chwili. Nie. Nie spodziewał się, że w ogóle zwróci na to uwagę. Tak, jak zwrócił uwagę na to, że zerknęła w kierunku drzwi, które przed chwilą sama zamknęła.
Dobrze. Jej głowa pracowała. Bardzo, bardzo dobrze.
—
Zależy — odpowiedział na pytanie. Nie uważał się za łobuza, nie znał też dokładnej definicji łobuzerstwa i chociaż w perspektywie czasu na pewno stracił cały swój agresywno-zaczepny bunt, to daleko mu było do świętego. Daleko za daleko. Wzmianka o facetach marzących o dobrych dziewczynkach, które będą niegrzeczne tylko dla nich ostatecznie podziałała. Zaśmiał się. Krótko, ale — zaśmiał się. —
Coś w tym pewnie jest.
Nie rozwodził się nad tym. Mógłby wejść w polemikę, oczywiście, że by mógł, ale wtedy pojawił się jej chichot i zamiast “ok, to idź sobie”, wznowiła wątek harleyowców.
Rozejrzał się jeszcze raz po najbliższej okolicy, na tyle na ile pozwalało mu światło oświetlające tylko część pomieszczenia. Potem spojrzał na rzeczony ekspres, o którym wspomniała.
—
Retro. Podobno wraca do mody. — To było kłamstwo, nie miał pojęcia czy tak faktycznie było. Liczył, że ustrzelił. Jeśli nie, trudno. Wziąłby to na klatę. Powoli, trochę leniwie, zerknął w stronę napisu, który odczytywała. Oh. OH. Ironio trwaj dalej. Oto on, gliniarz z odznaką, zostawiał tu miesięcznie dobrze 1/5 swojej wypłaty. W zderzeniu z faktami, że dziewczynie kiepsko szło finansowo, nawet nie żałował, że nie upominał się o ten gratis. Choć, sama akcja darmowej kawy, mogła też się przyczyniać do jej kłopotów z niedopinaniem budżetu.
Nie wiedział, na prowadzeniu biznesu znał się tak, jak na modzie.
Wiedział za to, że jej pytanie kiedyś nastanie. Ciekawość była wpisana w DNA ludzkie tak, jak miłość do glutenu. Przeniósł na nią spojrzenie i początkowo tylko wzruszył ramionami.
—
Nie — odparł wreszcie, poprawiając się na krześle. Siadając jeszcze bardziej prosto, aż karykaturalnie. —
Nie chcę.
Bo co miał jej powiedzieć? Nie chodziło o zaufanie, że nie zadzwoni po policję. Mogła dzwonić — jeśli faktycznie czuła zagrożenie. Chodziło o coś prostszego i głupszego i czegoś, czego w zasadzie chyba się wstydził: zalążek strachu. Że jak zacznie gadać, to skończyłby mówiąc więcej, niż powinien, bo bójka wciąż w nim buzowała — gdzieś głębiej, niż docierała adrenalina, gdzieś w sercu chyba — a unoszący się zapach kawy i cukru go, wbrew jego własnej woli, rozluźniał, mieszając się z faktem, że go nie kojarzyła. To była bardzo niebezpieczna mieszanka czynników. Niebezpieczna dla jego sumienia i muru, który wzniósł wokół siebie i uparcie dokładał do niego cegiełkę po cegiełce.
—
Powiedzmy, że różnica poglądów — rzucił jedynie, pokracznie chcąc zaspokoić jej ciekawość. Odrzucając wszystkie jego wewnętrzne rozterki na bok, właścicielka lokalu nie wyglądała Gardnerowi jak osoba, która naprawdę potrzebowała wiedzieć czemu i z kim się bił. Takie, jak ona — niewinne dusze — raczej broniło się przed podobnymi opowieściami, a nie wykładało je na tacy. Chyba, że była fanką sensacji i mrocznych kryminałów, a dziecięca krzywda nie jeżyła jej włosów na karku. Wątpił, ale mógł też źle ją czytać. Spojrzał jeszcze raz na obandażowane ręce i postarał się uśmiechnąć, jak z powrotem na nią zerkał. —
To komu zawdzięczam kokardkę?
Może należało zacząć od początku, od imienia.
you look like a good girl to me