Nie chodziło jej o to, by go
uderzyć, wbić nóż i przekręcić. Nie miała w planach rzucać słów, by go zranić. Zresztą gdyby sam nie podjął tematu pewnie milczałaby kolejny dzień, tydzień, miesiąc, a może nawet rok? Taka przecież była
cicha, a w tej ciszy znosiła kolejne jego upokorzenia, niekiedy dając sobie wmówić, że może faktycznie miała w tym jakiś swój udział. Że może jednak
sama sobie była winna.
Rzecz w tym, że nie była. Nie prosiła się o to wszystko, a ta cała pieprzona
powinność przyprawiała ją o mdłości… bo ile razy już sobie mówiła, że
powinna być lepszą matką,
powinna być lepszą żoną,
powinna powinna bardziej się starać,
powinna częściej uśmiechać się… tak jak kiedyś. Tylko to co było kiedyś przeminęło, zniknęło gdzieś pod warstwą białego puchu, zmroziło się w niej i nie potrafiła znów do tego wrócić. Ogrzać się, przywrócić to co przecież było w niej najpiękniejsze. Niegdyś esencja barcelońskiego lata, a dziś? Potrzebowała ciepła i dostała je, ale nie z tych rąk, które poprzysięgły jej to na wieczność.
Jego dotyk… mieszał w jej głowie. Z jednej strony jego zaborczość przeszkadzała jej, budziła w niej złość po tylu latach trzymania na dystans i braku czułości. Z drugiej, gdy nagle zabrał dłonie z jej twarzy i się odsunął poczuła dziwną pustkę. Pomimo swoich występków, pomimo zranienia… wciąż na nią działał, a teraz, kiedy gotowa była wszcząć kłótnię i rzucać talerzami, oskarżać go i wyrzucić w złości wszystkie swoje żale… on przyznał jej rację.
Idiota ze mnie, mogło się mu to nie spodobać, ale przytaknęła bez wahania… choć wcześniej zarzekała się, że wcale nie uważa go za idiotę. W tym kontekście jednak trudno było się nie zgodzić. —
Czekałam — przyznała gorzko, a żal tlił się w jej głosie —
siempre… — i ból, rozdzierający serce, bo wiedziała jak głupie to było.
Idiotka z niej. —
Y tal vez ese sea el problema, que esperaba ingenuamente mientras me tomabas por una completa idiota — i kto tu był głupi? Bo ona właśnie tak się teraz czuła. G ł u p i o, a to jemu powinno tak być. —
Kiedy raz po raz wracałeś do domu z głupimi wymówkami myśląc, że naprawdę w nie uwierzę, a potem już było tylko gorzej. Ni siquiera te esforzabas en ocultarlo… — chyba zdawał sobie sprawę z tego, że wiedziała. —
Nawet nie wiesz jakie to upokarzające — wyznała spoglądając z wyrzutem w jego oczy, gdy dłonią przesunął po jej twarzy. —
Ni siquiera sabes lo humillante que es. Lo humillante que resulta que tuvieses que sentir la amenaza de otra persona para simplemente interesarte por mí — czy słusznie? W dalszym ciągu nie zamierzała mu przytaknąć, przyznać się do czegokolwiek. O nie, nie da mu tej satysfakcji.
Lawina pretensji ruszyła, a ona po wielu latach milczenia nie zamierzała dłużej siedzieć cicho. Nie, gdy teraz przyznawał się do winy i udawał skruszonego. Choć skłamałaby mówiąc, że nie czuła z tego powodu satysfakcji. Gorzka satysfakcja mieszała się z żalem, gdy po tylu latach czekania w końcu sam przyznał, że jest bydlakiem. W końcu miała potwierdzenie, że te lata wylewanych przez nią łez były słuszne. Że sobie tego nie uroiła!
Bolało, bo znów uderzył w jej najczulszy punkt. Wyznawał winy i przywoływał w pamięci
dawną Marię. Barcelonę wspominał. Tęskniła za młodością, za domem, za beztroską. Poczuła jego dlonie na swoich biodrach - kiedyś pewnie zarzuciłaby mu ręce na ramiona, przylgnęła do jego ciała, złożyła słodki pocałunek na jego ustach, a teraz? Nie była już tamtą dziewczyną. Nie była też tą Marią, która z czystym sumieniem czekała na jego zdradzieckie powroty. Ona też przekroczyła granicę. Zrobiła coś czego dawna Maria by nie zaakceptowała, a jednocześnie coś co sprawiło, że znów poczuła ży żyje. Czuła wściekłość, bo wiedziała, że gdyby nie ten wieloletni chłód i zdrady nawet nie spojrzałaby na innego mężczyznę, a jednocześnie wiedziała, że sama popełniła błąd. Stała się częścią tej nieczystej gry i teraz razem byli dwójką połamanych ludzi, którzy stracili swój dawny raj na własne życzenie.
—
Tengo miedo de que ya la hayamos perdido — wyznała najciszej jak potrafiła. Jakby bała się, że wypowiedzenie tych słów dopełni zły czar i dawnych błędów nie będzie dało się już naprawić. Nie tylko on chciał ją odzyskać. Ona również. Tak samo jak pragnęła
dawnego Javiera, swojego mężczyzny ze słonecznych ulic, który pachniał kawą i lepił się od sokół zjadanych przez nią brzoskwiń, a nie tego, który pachniał obcymi perfumami i alkoholem. I chciała mu uwierzyć, że naprawdę na to zapracuje, ale patrzyła na niego i nie potrafiła… słowa nie miały już takiego znaczenia jak kiedyś, gdy potrafiła uwierzyć mu we wszystko. Pięknie wtedy opowiadał, a świat stał przed nimi otworem. Może właśnie dlatego teraz słowa się już nie liczyły i tylko czyny mogły mieć jakiekolwiek znaczenie.
Jej dłonie drgnęły, wbrew logice. Pomimo tych lat spędzonych w bólu i żalu ciało wciąż pamiętało to, co było przed tym wszystkim. Chciała położyć na nim swoje dłonie, chciała znów wbić dłonie w jego ramiona i przyznać jak bardzo tęskni za tamtą dziewczyną z Barcelony a jeszcze bardziej za nim, ale nie potrafiła. Czuła blokadę. Dłonie zawisły w powietrzu, a w głowie błysnęło zielone spojrzenie i wspomnienie dotyku kogoś zupełnie innego. Prawda była taka, że nie była już tą, co z podniesioną głową mogła go jedynie potępiać. Nie była tą, która musiała
tylko wybaczyć coś złego, by było dobrze, bo teraz i ona sama też miała coś na sumieniu. Z trudem przełknęła ślinę spoglądając w ciemne oczy męża, w których chyba pierwszy raz widziała
strach przed jej utratą i chyba tylko to sprawiło, że niepewnie skinęła głową.
Żadnych wielkich gestów.
Jedno skinienie mówiące więcej niż tysiące słów.
Spróbuj.
—
Sama już nie wiem, czy tamta dumna z twojego nazwiska kobieta jeszcze we mnie żyje… así que si eres capaz de traerla de vuelta… —
spróbuj.
To jego jedyna szansa.
Czy wykorzysta ją mądrze?
Seguirá siendo el mismo necio que la dejó escaparse de sus manos?
Czas pokaże... nie dziś, nie jutro.
Wkrótce.