Jej rozmowa z Sylvie stopniowo stawała się coraz głośniejsza, co skutkowało zwiększającą się liczbą klientów. Standardowo panie zaczynały od obgadania najważniejszych tematów, które głównie zajmowały rutynowe życie, czyli od pracy. Każda miała coś do opowiedzenia, od klientów, którzy nie rozumieli powagi sprawy, po wkurzających współpracowników, przypadki odgórnie beznadziejne, całościowe przemęczenie i wykończenie zarówno fizyczne i psychiczne. Nie było łatwo na żadnej płaszczyźnie. Obie były zbyt ambitne, żeby pozwolić sobie chociażby na najmniejsze niedociągnięcia.
W pewnej chwili Ginny szturchnęła przyjaciółkę w ramię i skinęła głową, by ta obejrzała się za siebie. Jej wzrok osiadł na starszej kobiecie ze zmęczoną, pomarszczoną i śniadą twarzą, która zajmowała stolik na samym końcu. Siedziała sama, ubrana w długą, fioletowo-złotą suknię z licznymi falbanami, a na stoliku przed nią stała tylko szklanka z wodą i talia kart, które co pewien czas przekładała. Stone obserwowała jej zgrabne ruchy, jednocześnie nachylając się nad uchem Hayward.
— Sylvie, a może dowiemy się, co nas czeka w najbliższej przyszłości? Hmm? Chciałabym usłyszeć, że kolejny facet, który stanie na mojej drodze, nie będzie ani moim podopiecznym, ani nie będzie z nim spowinowacony, ani nie będzie miał problemów natury psychologicznej, nie będzie ukrytym narcyzem i egocentrykiem, który potrzebuje, żeby cały świat skupił się na nim... czy tak dużo wymagam? — zapytała swoim lekko przepitym głosem, niby użalając się nad własnym losem, ale na chwilę uśmiechając się szeroko, bo z pewnej perspektywy, to było nawet całkiem zabawne – może nie dla niej samej, ale dla kogoś patrzącego z boku na pewno!
— No chodź, nic nie szkodzi, najwyżej dowiemy się, że lepiej nie będzie...
Sylvie Hayward