ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
160 cm
I'm always exactly who you need
Awatar użytkownika
She lies like the moon lies – a different face every night and the one true face as barren and hard as stone.

Why do you believe her?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracji3 os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

first


Nadal nie potrafi wracać do siebie. Pierwsza doba za każdym razem jest dziwna.

Tym razem podczas tournée promocyjnego Ivy Sparrow brała udział w programie kulinarnym. Całkiem nieźle jej poszło – oczywiście większość jej sukcesu leżało w produkcji, sprytnych kątach kamery i montażu, a także cierpliwości szefa kuchni z Youtube'a, który był zupełnie nieodporny na mroźny błękit jej oczu. Dzięki temu jeszcze lepiej wypadła w wywiadzie. Z dobrą osobowością sceniczną można sprzedać nawet fantazję o tym, że Rena Herrera potrafi gotować –

i to jej samej.

Może to jet lag? Zawsze zrzuca to na jet lag.
Dziś, gdy tylko wstaje, odsyła kucharza, zupełnie przekonana, że będzie w stanie przygotować posiłki na cały tydzień. W końcu jest dobrą żoną narzeczoną i namiętną domatorką. Najwięcej poczucia sensu daje jej w życiu rodzina, którą tworzy – zawsze się tego trzymała w prasie. Domowe jedzenie i spędzanie czasu z bliskimi to jej ulubione rzeczy. Przygotowywanie ich razem i tak dalej. Szef kuchni z Youtube'a zupełnie nieświadomie pomógł jej opisać, jak by to wyglądało, gdyby było prawdą.

Fantazja okazuje się jednak dużo przyjemniejsza od faktycznej pracy w kuchni, w której Rena nawet nie wie, gdzie znajdują się wszystkie sprzęty i produkty, bo na codzień wchodzi tu tylko po to, by sięgnąć do lodówki po przygotowane do odgrzania, podpisane dania z wyliczonymi mikroelementami i kaloriami.

Pierdolona kuchenka gdzie kucharz trzyma zapałki? Rena pamięta, że w jednym filmie wstawiała czajnik na gaz, akcja co prawda miała miejsce w latach siedemdziesiątych, ale o ile mogła zmienić się technika gotowania wody przez pięćdziesiąt zasranych lat? W żadnym przepisie, nigdzie do kurwy nędzy nie było napisane, by najpierw wlać wodę do garnka, a później postawić go na ogniu?
Spędza kilka godzin jak w transie destruując kuchnię, zanim nie zmienia kursu działania na awaryjny. Gasi światło i zamyka drzwi do kuchni opryskanej mieszankami, o których zawartość lepiej nie pytać, pachnącej spalenizną i wypełnionej spiętrzonymi metalowymi misami. Z oczu i z serca, nie ma sensu dłużej o tym myśleć.

Zamawia w aplikacji cięte kwiaty. Cięte kwiaty wprowadzają ciepło do pomieszczeń. Gdy Architectural Digest przychodził kręcić materiał o tym, jak mieszka Ivy Sparrow, zamówiła florystę, ale jak trudne może być upchanie kwiatów w wazonach?
I gdzie dokładnie są te wazony?

Szczęk zamka przyłapuje ją, gdy krąży po mieszkaniu jak polująca puma. Słyszy go nawet z daleka, bo brzmi jak ulga.
Nie mieli dużo czasu na powitania po jej powrocie, bo samolot wylądował w środku nocy; wymienili jedynie kilka sennych słów i pocałunków.

Na jej twarz wpływa świetlisty uśmiech, gdy w drzwiach zjawia się znajoma sylwetka. Ivy Rena opiera się o łuk w foyer. — Witaj w domu — mówi, podchodząc, by odebrać futerał na skrzypce od Montgomery'ego. — Nie ma nic do jedzenia — informuje spokojnie, jakby to była norma w ich domostwie. — Napijesz się czegoś? — dalej dogrywa skrypt. W spojrzeniu, którym wodzi po złotych piegach narzeczonego, jest jednak prawdziwe ciepło. Tęskniła za nim.

montgomery morin
echo
ze zdrowym dystansem wszystko jest spoko
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

W tym roku, lato w Toronto nie dojrzewa powoli jak piękny kwiat, z każdym kolejnym dniem ostrożnie rozwierający delikatność swoich płatków aż osiągnie swoją pełną, zachwycającą nawet najbardziej surowych krytyków formę. W tym roku, lato zachowuje się raczej jak kurtyna zapadająca na scenę w tej samej chwili, gdy na deskach estrady dobiegnie końca ostatni akt: nagle, dramatycznie, w oczekiwaniu gromkiego aplauzu. Jednego dnia jeszcze go nie ma, i w mieście nadal panoszy się wiosna - dla Monty'ego w gruncie rzeczy samotna, bo rozszarpana na strzępy wyjazdami Reny, ale także dziwna, bo wzbogacona przecież o wszystkie te n i e p o t r z e b n e komplikacje, które niosło z sobą niespodziewane pojawienie się Wolfganga; następnego dnia upał nagle nadciąga z południa, gęsty i ciężki, utrudniający sen nawet przy klimatyzacji rozkręconej na full, i nieustająco roszący ciało warstewką potu, nieelegancko znaczącą wiskozowe koszule pod pachami i na kołnierzyku.
Kiedyś Monty lubił lato. W dzieciństwie było ono jego ulubioną porą roku, nawet jeśli nieuchronnie wiązało się z powrotami do koszmaru rodzinnego domostwa i nieprzewidywalnych nastrojów jego ojca. Okazjonalna awantura albo nawet lanie dawane mu przez Morina Seniora w ramach tak zwanego dobrego wychowania były niewielką ceną za perspektywę długich, leniwych popołudni spędzanych w towarzystwie najlepszego przyjaciela i sióstr, bez widma prac domowych i zajęć dodatkowych wiszących im ciągle nad głową. Monty uwielbiał błękit nieba, które tak intensywny odcień niebieskiego potrafiło przybrać wyłącznie w sierpniu, i sezonowe owoce spuchnięte sokiem, lepsze od jakichkolwiek słodyczy, jakie mógł sobie wyobrazić. Uwielbiał śpiew owadów krążących leniwie nad przydomową łąką - ręką ogrodnika starannie utrzymywaną w stanie, który imitował naturalność, choć był oczywiście wynikiem perfekcyjnych, starannie przemyślanych decyzji. Uwielbiał zapach drewna własnych skrzypiec, które pachniały inaczej wygrzane słońcem. Wreszcie, uwielbiał też ekscytację rodzinnych, letnich wyjazdów - wychylenie się poza granice Toronto, międzykontynentalne loty i obcowanie z kulturami, które na co dzień oglądał tylko w telewizji.
Ale to było tak dawno, że dziś trudno mu było przypomnieć sobie tamtą sympatię. Bo przecież lato w dorosłości miało zupełnie inny wydźwięk - a zwłaszcza już, jeśli przy okazji człowiek musiał zmagać się z nieustępliwą, i co gorsza nieuleczalną chorobą, której symptomy złośliwie intensyfikowały się przy każdym ekstremum. Jego ciało reagowało na wszelkie zmiany temperatur, nawet te niepozorne, o kilka stopni w górę czy w dół. Przy ekstremach, ból Monty'ego nabierał jednak na mocy tak bardzo, że nie było innego wyjścia niż rozpoczynanie i kończenie dnia od takich dawek analgetyków, że w zasadzie graniczyły one z klinicznym przedawkowaniem. Rena - ani nikt inny, w zasadzie - nie musiał o tym wiedzieć, bo Morin przecież od dawna praktykował sztukę krycia swoich autentycznych odczuć pod gładką powłoką uroku osobistego i opanowania, ale prawda była taka, że od mniej więcej miesiąca cały czas był tak naprawdę lekko naćpany. Z wyjątkiem tych dni, kiedy grał co ważniejszy koncert, i zwyczajnie musiał mieć pewność, że jego jaźń jest ostra jak brzytwa. Nawet, jeśli wiązało się to z nieustannymi próbami ignorowania panoszącego się po jego ciele cierpienia.

Dziś to jeden z tych dni - od początku wypełniony lekką nerwowością nieodzownie związaną z ważnym, wieczornym recitalem. Monty wstaje jeszcze wcześniej niż zwykle, z sinawą barwą świtu za oknem i śladem poduszki odciśniętym na policzku. Rena śpi obok, ledwie od godziny czy dwóch, jej drobne ciało jak wykrzyknik w bieli jedwabnych prześcieradeł, po raz pierwszy od tygodni. Na jego dzień dobry odpowiada przez sen, i Monty wie, że gdy kobieta wstanie, nie będzie tego nawet pamiętać.
Z domu, szatyn wychodzi wraz z pierwszymi promieniami słońca kładącymi się po przestrzeniach ogrodu. Do studio dociera niedługo później, z mocną, czarną kawą w dłoni, i bez śniadania. Ćwiczy aż do lunchu, podczas którego niechętnie spotyka się z jakimś krytykiem, którego spodziewa się w pierwszym rzędzie na wieczornym występie. Nie sprawdza telefonu, nie sprawdza telefonu, nie sprawdza telefonu - i przez cały ten czas wmawia sobie, że wcale nie czeka na wiadomości od Welsha; jeśli już, to tylko od Reny, o tym, że wstała, że ma się dobrze, że za nim tęskni. Nie otrzymuje ani jednej, ani drugiej.
Powrót do domu późniejszym popołudniem daje mu wystarczająco dużo czasu by wreszcie coś zjeść, by przypomnieć Renie o koncercie, by dowiedzieć się, czy narzeczona chce mu towarzyszyć, czy woli jednak zostać w ciszy ich miejskiego, otoczonego obszernym ogrodem, azylu. Zazwyczaj zdobycie biletu na koncert jak dzisiejszy graniczy z cudem, ale przecież nie wtedy, kiedy jest się Ivy Sparrow.
Wysiada z taksówki, przedzierając się przez ścianę gorąca aż do drzwi wejściowych, i choć jest to krótki spacer, już teraz może poczuć pierwsze krople potu perlące się u nasady karku. Ściera je roztargnionym ruchem dłoni. Otwiera drzwi, i udaje mu się zrzucić ze stóp idiotycznie drogie, lekkie mokasyny w tym samym momencie, gdy Rena pojawia się w łukowatym wejściu do przedsionka.
- Mhm, nawzajem - Uśmiecha się do niej, bo nocą nie mieli siły na faktycznie powitania, i posłusznie, ufnie oddaje jej swoje skrzypce. To egzemplarz treningowy, nadal jednak wart mniej więcej tyle, co dobry, sportowy samochód. Monty wręcza jej instrument bez cienia zawahania. - Nie ma nic do jedzenia? - Marszczy brwi, dopiero teraz przypominając sobie, że powinien mieć apetyt. W jego uśmiech wkrada się coś przekornego, coś na granicy powagi i żartu. Jeszcze nie, ale już za chwilę podchwyci subtelny ton spalenizny unoszący się w powietrzu. - Co się stało? Zwolniłaś kucharza?

rena herrera
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
33 y/o
For good luck!
160 cm
I'm always exactly who you need
Awatar użytkownika
She lies like the moon lies – a different face every night and the one true face as barren and hard as stone.

Why do you believe her?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracji3 os.
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Niepozorne "nawzajem" prowokuje wargi do rozciągnięcia się w uśmiechu – wyjątkowo niewystudiowanym, naturalnym. Rzadkim. W innych ustach Rena uznałaby je za powierzchowną kurtuazję, ale u niego nawet w niefrasobliwej uprzejmości daje się wyczuć namysł. Tak jak i w sposobie, w jaki oferuje cenne skrzypce, które Herrera naturalnie dzierży jak skarb – jak przedłużenie samego Monty'ego. Z uwagą i troską.

Powoli zaczyna docierać do niej, że naprawdę jest w domu

...w którym nie ma nic do jedzenia.
Nie ma — potwierdza spokojnie, jakby kilkanaście – albo kilkadziesiąt, nie jest pewna – minut temu nie rzuciła miską w ścianę z dokładnie tego samego powodu. Za chwilę spogląda na narzeczonego spod półprzymkniętych powiek, z przewrotnym uśmiechem – ten jest już starannie wykreowany, chociaż z pewnością także znajomy Montgomery'emu. Patrzyła na niego tak, jakby jej mały sekret był czymś ekscytującym, przewrotnym, jakby nie był przygniatającym uczuciem kompletnej bezużyteczności. Zbliża się do Monty'ego, palce wolnej dłoni odnajdują nadgarstek i przesuwają się miękko w dół, do wnętrza dłoni. — Nie do końca. — Przecież zapłaciła kucharzowi za stworzenie przestrzeni dla swojej deluzji eksploracji. Nadal więc dla niej pracuje... technicznie. Będzie musiała powiadomić go, że musi jutro koniecznie nadrobić stracony dzień. — Nie przejmuj się tym. Możemy coś zamówić — mówi, splatając ze sobą ich palce. Powoli, krok po kroku, odciąga go w głąb wschodniego skrzydła, z dala od kuchni. — Ile mamy czasu, zanim będziemy musieli wyjść na koncert? — pyta – w końcu jej asystentka zdobyła dla niej bilety, gdy tylko potwierdziły się wszystkie daty tournée promocyjnego. Nigdy nie opuszczała koncertów narzeczonego, jeśli nie musiała. Było niewiele rzeczy poruszających ją do tego stopnia, co jego muzyka – niezmiennie od dnia, w którym się poznali.

Poza, oczywiście, faktem, że posłuszna dobra partnerka zawsze wspiera swojego mężczyznę.

Zanim wrócą, kuchnia będzie już lśniła.
Ach. — Dwa kroki za łukiem Rena zatrzymuje się raptownie, podnosząc wzrok na Monty'ego. — Nie zapomniałeś o czymś? — pyta.

montgomery morin
echo
ze zdrowym dystansem wszystko jest spoko
35 y/o
For good luck!
188 cm
skrzypek solista toronto symphony orchestra
Awatar użytkownika
“Tell me where it hurts, she'd say. Stop howling. Just calm down and show me where.

But some people can't tell where it hurts. They can't calm down. They can't ever stop howling.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 os, czas przeszły
czas narracji-
postać
autor

Przez lata mniej i bardziej intencjonalnych rozmów, czasem prowadzonych z innymi na bankietach w ramach jakiegoś wewnętrznego, skrupulatnie zbudowanego planu, a czasem zupełnie spontanicznych i, wydawałoby się, kompletnie bezcelowych, Montgomery nauczył się, że dom dla różnych ludzi oznaczać może kompletnie różne rzeczy. Dla niektórych na dom składali się bliscy - i dlatego nieważny był wcale adres, a jedynie osoby, które pod nim mieszkały, nawet jeśli chwilowo mieszkało się pod gołym niebem. Dla innych - dom kojarzył się z poczuciem spokoju i bezpieczeństwa, z możliwością skrycia się przed światem i odpoczynkiem, zanim nie było się gotowym by ponownie zmierzyć się z życiem poza znajomymi czterema ścianami. Inni, z domem utożsamiali właśnie jedzenie - ukochane smaki, często pamiętane jeszcze z dzieciństwa, za którymi w dorosłości się tęskniło, i których często (bezskutecznie) szukało się w cudzych lodówkach, kuchniach, i na restauracyjnych stołach krytych krochmalonymi, białymi obrusami.
Dla samego Morina, dom wiązał się ze sterylnością. Z przewidywalnością starannie zaprowadzonego w zamkniętej przestrzeni porządku, z nienaganną harmonią równo ustawionych sprzętów i kurzy startych tak dokładnie, że nie było sensu szukać choćby najcieńszej mgiełki brudu nawet w najbardziej zapomnianych zakamarkach. Taki właśnie był jego dom rodzinny, taka była jego rodzina, w ryzach trzymana twardą ręką brutalnego ojca. I taki, wydawało mu się, miał być jego własny dom - nie tyle po prostu czysty, co p e r f e k c y j n y.
Do czasu, gdy w jego życiu pojawiła się Herrera.

Rena wnosiła w jego egzystencję chaos, chaos, chaos życie. Nadawała mu kolorów i kształtów, o których istnieniu dawno już zapomniał, ale jednocześnie - bo przecież sama znajdowała się na łasce kariery równie niestabilnej co jego własna - miała w sobie jakąś kojącą (nie)przewidywalność, jakiś rytm, którego Monty zdołał się nauczyć. Wszystkie jej górki i dołki, wszystkie stany łudząco przypominające manie, i wszelkie załamania, dało się prędzej czy później zrozumieć i przeczuć, jeśli tylko człowiek nasłuchiwał wystarczająco ostrożnie. W przeciwieństwie do jego własnego ojca, w szaleństwie Reny oprócz uroku, była też jakaś metoda. Nawet jeśli oznaczało to czasem spaloną kuchnię kolację, i konieczność improwizacji bardziej spontaniczną nawet niż ta, do której Monty uciekał się czasem na scenie.
- Szczerze mówiąc, nie jestem nawet aż taki głodny - Kłamie, ale przecież naprawdę nie ma takiego apetytu, przynajmniej nie w jego przypadku, którego nie da się uspokoić porcją lodów i trzema mocnymi kawami - Wystarczą mi jakieś słodycze i espresso. - Wzrusza ramionami, dając się narzeczonej ustawiać i prowadzić płynnością kojących, lecz zdecydowanych przy tym gestów. - Dwie godziny? Z górką, ale mogą być korki - Informuje. Dwie godziny wystarczą na wszystko, czego Monty teraz pragnie: prysznic, zastrzyk glukozy, piętnaście minut medytacji. Seks, może, jeśli obydwoje będą mieli ochotę i siłę, co przy rytmie ich życia wcale nie jest ostatnimi czasy aż takim pewnikiem.
Strofowany pytaniem Reny, Montgomery także hamuje, w samą porę by własnym spojrzeniem napotkać to narzeczonej. Uśmiecha się - rozumiejąco (chyba), ciepło (cieplej, niż uśmiechał się do kogokolwiek przez cały ostatni tydzień. Potem pochyla się lekko ku kobiecie, niwelując ostentacyjną różnicę wzrostu.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - Kłamie po raz drugi, muskając wargami jej policzek: wystarczająco blisko ust by dotyk stał się zapowiedzią, i możliwością pocałunku, ale jeszcze nie był pełnoprawną pieszczotą - Przecież ja nigdy o niczym nie zapominam...

rena herrera
joachim
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „#102”