24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
y'all 'bout to turn shit up, i'm 'bout to tear shit down
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była z siebie dumna. Wiedziała, że źle zrobili i nigdy nie planowała udawać, że można było patrzeć na to inaczej. Ani trochę nie dziwiły jej emocje Charlotte, ba, sama na jej miejscu rozniosłaby Lucasa jeszcze w tej samej sekundzie, w której błyskotliwie wytknął, że przecież się nie przespali. Tyle dobrego, że przynajmniej oszczędził szczegółów i nie wspomniał na przykład o tym, że było blisko, a fakt, że skończyło się na pocałunku zawdzięczali fantastycznemu wyczuciu czasu Marv.
Rzecz w tym, że nawet jeśli Indie uważała to uniesienie za całkowicie uzasadnione, wcale nie znaczyło to, że miała jakąkolwiek ochotę na nie pozwalać. Biorąc pod uwagę jak rzadko odmawiała sobie wszelkich awantur, całkiem imponujące, że do tej pory zachowywała spokój, ale ta względna ogłada wcale nie przychodziła jej łatwo. Wręcz przeciwnie, wymagała ogromnego poświęcenia — ledwo odpierała pokusę wtrącenia się w ich dyskusję, praktycznie całą swoją energię wkładając teraz w to, żeby nie poinformować Charlotte o tym, co tak naprawdę myślała o jej tonie i całej tej scenie.
Tyle tylko, że z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze, zwłaszcza kiedy Charlotte postanowiła znów zwrócić się do niej bezpośrednio i zadać szereg pytań, z których każde kolejne budziło w Indie jeszcze większą frustrację niż poprzednie.
Jara cie obijanie zajętych facetów, co? Pokręciła przecząco głową, zupełnie mimowolnie, bo to nie tak, że miała zamiar odpowiadać, niezmiennie nie chciała brać w tym wszystkim udziału, ale jakoś fizycznie nie była w stanie pozostawić tego zarzutu bez reakcji. Aż tak kręcił cię fakt, że nie mogłaś go mieć, że nagle zachciałaś? Kolejne milczące zaprzeczenie, jeszcze szybsze, pewniejsze, bo nie, tak się składa, że akurat ani trochę — sianie spustoszenia w cudzych życiach nie mogłoby kręcić jej ani trochę mniej. Wcale nie chciała być upadkiem bezpiecznej rzeczywistości Millera, choć finalnie dokładnie tym się dla niej stała: kataklizmem, samym pierdolonym okiem niszczycielskiego huraganu. Bezwzględną siłą destrukcji, szeregiem katastrofalnych strat i szkód, których ogromnej skali wbrew pozorom była dobrze świadoma, może nawet aż trochę za dobrze. Nigdy nie przestała pluć sobie w brodę za zniknięcie, pojęcia nie miała, jak je sobie wybaczyć i to chyba właśnie dlatego dopiero kolejne słowa Charlotte uderzyły w nią z jakąkolwiek realną siłą, znacznie większą niż jakakolwiek, nawet najbardziej uwłaczająca obelga.
I pewnie znowu spierdolisz, bo takie jak ty już tak mają…
Bała się, że miała rację.
Zupełnie szczerze bała się, że to prawda, że Charlotte nie myliła się wcale. Że kolejna katastrofa rzeczywiście była tylko i wyłącznie kwestią czasu — musiała być, bo przecież Indie tak już miała.
Pierdol się — warknęła w bezwarunkowym odruchu, instynktownie wysuwając się przy tym zza ramiona Lucasa, żeby móc powiedzieć jej to prosto w twarz. — Gówno o mnie wiesz. — Z miejsca porzuciła całą kulturę osobistą, zapominając o dotychczasowych próbach zachowywania zimnej krwi i swoich wcześniejszych pokojowych zamiarach. — Gówno wiesz i gówno rozumiesz. Nie masz pojęcia o czym mówisz.
Ach tak? — Charlotte podjęła natychmiast, tylko zachęcona faktem, że udało jej się znaleźć temat, który ewidentnie wywoływał w Caldwell aż takie poruszenie. — A co tu niby jest do rozumienia? — spytała kpiąco. — Po prostu przyznaj, że od początku chuj cię to wszystko obchodziło. Co, tyle dla ciebie znaczył, więc zniknęłaś? Taki był ważny, że aż musiałaś spierdolić bez słowa?
Instynktownie czuła potrzebę się bronić, w jakikolwiek sposób odeprzeć ten atak, ale nie bardzo wiedziała jak — nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań, więc po raz kolejny mogła tylko pokręcić głową.
I ty serio się na to nabierasz? Aż taki głupi jesteś? — rzuciła drwiąco Charlotte, tym razem w kierunku Lucasa. — Co, naprawdę myślisz, że tym razem będzie inaczej? Że jej się zaraz znów nie znudzi? Chcesz w to wierzyć? Śmiało, wierz, ale potem nie dzwoń do mnie kiedy znów zostaniesz sam — syknęła, po czym znów przeniosła uwagę z powrotem na Indie. — Coś ci poradzę — nachyliła się w jej kierunku. — Następnym razem nie wracaj. Uwierz, zrobisz wszystkim wielką przysługę — szepnęła kąśliwie, przy tym wszystkim mając jeszcze czelność poklepać Caldwell po ramieniu w ironicznym geście spoufalenia.
No i to się Indie nie spodobało. Bardzo.
W pół sekundy miała Charlotte pod najbliższą ścianą, pod którą popchnęła ją w tym samym momencie, w której poczuła na sobie jej dłoń.
Chyba mnie kurwa z koleżanką mylisz — wycedziła, ewidentnie niewiele (o ile w ogóle) przy tym myśląc. W innym przypadku może w porę zorientowałaby się, że wcale nie chciała rozgrywać tego w ten sposób, ale gniew przysłaniał priorytety i skutecznie odbierał jej zdolność logicznego myślenia. Jak zawsze.
Widać tak już miała.

lucas ᥫ᭡ ₊ ⊹ ˑ ֶ 𓂃
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
Lucas jest człowiekiem, którego wszędzie pełno. Wulkan energii, który chociaż przeszedł w życiu poważną kontuzję, która wywaliła mu całe życie, wciąż bierze z niego to co najlepsze. Do tego jest durny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Pierdolona Charlotte.
Nie powinien tak myśleć o kobiecie, którą kiedyś kochał.
A jednak myślął.
Jednak miał ją za skrajną wariatkę, kiedy zjawiła się w jego mieszkaniu, używając kluczy, które dorobiła sobie za jego plecami, tylko po to, żeby mu nawtykać. Jakby nie zrobiła tego wystarczająco dużo razy po tym, jak to Lucas przyznał jej się do tego, że zjebał, że zdradził. Wiedział, że to było złe, a jednak był na tyle głupi, że łudził się, że jakoś to będzie; że po tym wszystkim, wciąż będą mogli być przyjaciółmi, a przynajmniej traktować się na poziomie zwyczajnie l u d z k i m.
Charlotte jednak była innego zdania.
Już od pierwszych chwil w mieszkaniu na parkdale pluła jadem, nie zważając na słowa. Wyrzucała z siebie wszystko, co tylko nawinęło się jej na język, nawet nie przejmując się tym, że mogła tym kogoś urazić. Lucas patrzył na to wszystko po części z niedowierzaniem. Znał ją torcie ponad rok, okej, może to nie było dużo, ale kurwa był z tą kobietą przez większość tego czasu, dzielił z nią łózko i prawie każdy dzień — kiedy z niej zrobiła się taka szajbuska? Czy może zawsze nią była, a on po prostu był ślepy? Zawsze widział Char jako kompletne przeciwieństwo Indie: stonowana, spokojna, odpowiedzialna, ten typ co pierwsze myślał, a potem mówił. A tu? Tu wyszedł z niej jakiś pieprzony demon, który w dodatku doskonale wiedział, jakie sznurki pociągnąć, żeby zabolało.
Już zapomniałeś jak było, kiedy zniknęła? — spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami. — Przecież mi opowiadawałeś, Lucas. Mówiłeś, że w życiu nie czułeś się tak zdradzony i samotny, jak po tym, jak ona cię zostawiła! — uniosła się, a on złapał więcej powietrza w płuca i na moment przymknął oczy. Faktycznie jej o tym mówił. I nagle jak na zawołanie poczuł znowu te emocje, poczuł ten strach, który wtedy miał w sercu, aż obejrzał się przez ramię na Indie, czy dalej tam stała.
Ale teraz… już tak nie jest. To chciał powiedzieć, jednak dziewczyny nie dały mu dojść do słowa. A dokładniej jego była, która momentalnie doskoczyła do Caldwell i bez żadnego zawahania zaczęła ciskać w nią słownymi pociskami. Jak jeszcze Miller był w stanie umiarkowanie reagować na wcześniejsze występki rudowłosej, tak wraz ze zdaniem następnym razem nie wracaj, aż huknął zakupami o ziemie, pewnie rozbijając w środku przynajmniej jednego browara.
Charlotte! — krzyknął stanowczo, próbując ją skarcić. Ale co z tego? Co on jeden mógł, jak temperament Indie zadziałał przed nim. Zdążył jedynie złapać oddech, a Caldwell już rzuciła się na rudowłosą, przybierając ja do ściany. Miller patrzył na to z szeroko otwartymi oczami. Charlotte też była w szoku, bo z początku tylko otworzyła szeroko oczy.
Ty głupia k… — zaczęła, unosząc w górę dłoń z długimi szponami, pewnie z zamiarem zamachu na twarz Indie, jednak tym razem Lucas już użył mózgu, a zaraz i nóg. Znalazł się przy nich, oplatając dłoń wokół brzucha Caldwell i jednym ruchem odciągnął ją na bok. Odrzucił nawet, sam wciskając się przed Charlotte, a jej paznokcie zadrapały mu szyję.
Wystarczy — warknął, kompletnie tracąc cierpliwość. — Wyjdź — nie miał zamiaru traktować jej z szacunkiem, kiedy ona nie okazała go ani jemu ani jego… Indie. Nigdy nie pochwalał takiego zachowania, ale tym razem był wyjątkowo rozjuszony, szczególnie, że rozdarła mu skórę swoimi szponami.
Nigdzie nie idę.
Jak to kurwa nie idziesz? — spojrzał na nią jak na wariatkę.
No nie idę, przyszłam po rzeczy — cmoknęła pewna siebie i bezczelnie zrobiła krok w jego stronę, odbijając się od ściany. Uderzyła piersiami o jego klatkę piersiową, która już i tak falowała nerwowo.
Jakie rzeczy? — a on dalej nie rozumiał, bo co ona niby tu mogła mieć? Przecież ostatnim razem podobno zabrała wszystko, co miała.
No na przykład tą czerwoną bieliznę, którą mi kupiłeś… — ciągnęła, chociaż jej spojrzenie od razu zjechało na Caldwell, a dwuznaczny uśmiech wymalował się na twarzy zdobionej piegami.

Indie :przytulon:
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
y'all 'bout to turn shit up, i'm 'bout to tear shit down
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ty głupia k...
W pewnym miała nadzieję, że Charlotte nie tylko dokończy, ale i rzeczywiście z powodzeniem zamachnie się jako pierwsza. Wówczas mogłaby nie tylko zupełnie bezkarnie odwdzięczyć się jej pięknym za nadobne i zrobić to, na co miała ochotę już od dłuższej chwili, ale przy okazji też wygodnie obarczyć ją całą winą za eskalację konfliktu. No, dobra, może nie całą, a większością, bo szarpnięcie jej za fraki i przybicie do ściany rzeczywiście mogło nie być najbardziej rozsądnym, pacyfistycznym posunięciem na jakie można było się w tej sytuacji zdobyć. Sama nie do końca wiedziała jakie miała w tym wszystkim zamiary, ale wcale nie było to zaognienie sporu, pełnoprawna chryja wbrew pozorom była ostatnim na co miała w tej chwili ochotę, zwłaszcza po usłyszeniu tych wszystkich boleśnie trafnych przytyków, ale była już na tyle rozemocjonowana, że chwilowo nie miałaby nic przeciwko przejściu do rękoczynów. Nic a nic, więc Charlotte miała farta, że interwencja Lucasa przyszła o właściwym czasie, bo gdyby to jej łapsko faktycznie dosięgnęło w tamtym momencie twarzy Caldwell... no, nie wiadomo, czy w ogóle byłoby co sprzątać.
Między innymi dlatego Indie była Millerowi za tę interwencję szczerze i dogłębnie wdzięczna — pilnie potrzebowała czerwonej kartki oraz okazji, by wziąć kilka głębokich oddechów i spróbować opanować przemożną chęć mordu, którą skutecznie budziło w niej każde słowo Charlotte. Tak też zresztą zrobiła, mimo, że wybitnie ciężko było biernie przyglądać się ich dalszej wymianie zdań — trudniejsze od odmówienia sobie natychmiastowego powrotu prosto pod ścianę było tylko stulenie pyska, zwłaszcza kiedy rudowłosa oznajmiła wszem i wobec, że nigdzie się nie wybierała. I tak jak to Indie jeszcze była w stanie przemilczeć, tak kolejnego komentarza już nie, nie kiedy towarzyszył mu tak bezczelnie cwany uśmiech.
Aaa, stara, no to przecież trzeba było tak od razu, że skończyły ci się czyste gacie — podjęła więc bez mrugnięcia okiem. — Czuję totalnie, ale wiesz, że te brudne też można prać, nie? W pralce normalnie, jak resztę ciuchów. Nic skomplikowanego, ale jak chcesz to mogę ci kiedyś pokazać, żaden problem — zaoferowała się jakże życzliwie, tonem prawie tak cukierkowym jak uśmiech, który zdobił przy tym jej twarz, tylko szerszy i promienniejszy odkąd zauważyła, że skutecznie grała Charlotte na nerwach.
Dobra, zamknij się już — odwarknęła jej z wyraźną frustracją w głosie.
Oj, no dobrze, już dobrze — machnęła ręką w uspokajającym geście, dopiero teraz pozwalając sobie zrobić krok z powrotem w ich kierunku. — Daj spokój, przecież tak sobie tylko żartuję — cmoknęła pobłażliwie, kręcąc głową jakby z politowaniem. — Ale tak serio, skąd ten pośpiech? — Może nie powinna była iść w zaparte, ale i tak nie potrafiłaby sobie przerwać — zbyt wiele radości sprawiał jej fakt, że teraz dla odmiany to ona podnosiła rudowłosej ciśnienie. Kurwa, i to jeszcze jak. Aż nie potrafiła sobie odmówić tego przesadnie kąśliwego tonu. — Myślałam, że zdążyliśmy już wszyscy razem wspólnie ustalić, że już ci się w najbliższym czasie nie przydadzą, nie?
Dobrze wiedziała, jak bezczelne i nie na miejscu były z jej strony te słowa, ale na tym etapie naprawdę chuj ją to obchodziło. Może nie czuła się z nimi dobrze, ale poczucie winy wynagradzał fakt, że ta prowokacja musiała całkiem jej się udać, skoro oburzenie Charlotte było nie tylko głębokie, ale również natychmiastowe.
Ale masz kurwa tup...
Ta, no, straszny, wiem. Przejebana sprawa. — Z czystej złośliwości weszła jej w słowo tylko i wyłącznie po to, żeby móc z nieopisaną satysfakcją przyglądać się jej narastającej frustracji. Sposobowi, w jaki z niedowierzaniem wpatrywała się najpierw w nią, a za chwilę w Lucasa, w którym finalnie postanowiła utkwić pełne wyrzutu spojrzenie.
Rozniosę ją — oznajmiła, ciężko powiedzieć komu — sobie, Millerowi, nieistniejącej widowni... Cholera wie. — Zaraz ją kurwa rozniosę, przysięgam — obiecała uroczyście.
A próbuj, śmiało. Chętnie to zobaczę — zachęciła ją bezczelnie beztroskim tonem, ewidentnie nie traktując gróźb Charlotte zbyt poważnie. Jedynym realnym zagrożeniem które widziała w jej osobie były tylko te długie pazury i fakt, że dobrze wiedziała jak w kilka słów doprowadzić do szewskiej pasji, poza tym — raczej niewiele więcej. — To jak będzie, wypierdalasz sama, czy mam zacząć pomagać? — spytała z pełną powagą, w pełni gotowa podjąć się tego zadania i w dowolnym momencie osobiście wywlec Charlotte z mieszkania Lucasa. Czy to za fraki, czy za te jej rude kudły, wszystko jedno, byle szybko, bo propozycja (obietnica? groźba??) pomocy wcale nie była żartem — już dawno temu skończyła jej się do tego wszystkiego cierpliwość, więc miała szczery zamiar wziąć sprawę we własne ręce, teraz, zaraz. Najchętniej z miejsca przeszłaby do konkretów, ale poczuła się zobowiązana wcześniej rzucić Millerowi porozumiewawcze spojrzenie i skorzystać z tej okazji, żeby zaapelować niemalże błagalnie: — Skończmy to, ktoś to przecież kurwa musi skończyć. Albo ja, albo Ty, wybieraj.

lucas ✮ ⋆ ˚。𖦹 ⋆。°
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
ODPOWIEDZ

Wróć do „#7”