Calliope była cholernie złośliwa.
Urocze.
Cyrus miał chyba do tego słabość — do tej nowej wersji dziewczyny; zbuntowanej, pyskatej i pewnej siebie. To niesamowite, zważywszy na to, że nigdy nie lubił ludzi, nie potrafiących utrzymać języka za zębami. Zawsze szanował tych, ważących swoje słowa. Takich, którzy myśleli, zanim działali. Takich, którzy twardo stąpali po ziemi, nie myśląc przy tym o głupotach. A jednak szedł teraz ramię w ramię z Callie, która była przeciwieństwem absolutnie wszystkiego, w co do tej pory tak uparcie wierzył. Pytanie —
dlaczego?
Ostatnie miesiące jego życia przypominały bańkę mydlaną. Taką, która przy silniejszym podmuchu wiatru, mogłaby pęknąć i rozprysnąć się w powietrzu. Jego emocje wisiały na cieniutkim sznureczku, który z łatwością mógłby przeciąć, pozbywając się całego ciężaru, ale też tej resztki człowieczeństwa, którą posiadał w głębi swojej znużonej duszy. Rutyna nie była najtrudniejszą i jednocześnie najgorszą częścią, która go męczyła. Tkwił w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, o które walczył przez całe swoje życie; w melancholii, która doprowadzała go do szału swoim spokojem i nudą. Może to był wirus? Taki, który z wolna atakuje komórki, początkowo nie dając o sobie znać, a z czasem brutalnie obala cały system. Przecież Lockhart nigdy nie narzekał na sposób, w jaki żyje, dlaczego więc nagle poczuł się tak…
uwięziony? Kurwa.
Calliope Nerreza była jego pierdolonym wybawieniem od ufundowania sobie kulki w łeb.
Musiałby być mocno naćpany, by przyznać to na głos; i to jeszcze przed nią, skoro do tej pory oszukiwał też samego siebie. Nie zmieniało to jednak faktu, że był pod wrażeniem tego, jak dobrze odnajdywał się w jej obecności. Wymazał wspomnienia sprzed dziesięciu lat, gdy zachował się jak samolubny gówniarz, który najlepiej wie, czego chce; jak się okazuje, decyzje, które wówczas podjął, wcale nie były takie trafne. Kto by się spodziewał, huh?
Cyrus zatrzymał się, gdy dziewczyna stanęła tuż przed nim i opuścił na nią spojrzenie. Jego wzrok z wolna przesunął się po jej buźce, ostatecznie zatrzymując się na jej ciemnych, pięknych oczach. Oczach, które prały jego umysł, zmieniając go w jakąś papkę. Był idiotą. A mimo to, uniósł leniwie kącik ust, gdy zarzuciła mu ręce na szyję. Wystarczyło niewiele, żeby pochylił się i złączył ich wargi po raz pierwszy tego dnia; chciał ją pocałować od momentu, w którym ją zobaczył, ale powstrzymywał się. Cholera, nie chciał być tym, który nie potrafił nad sobą panować. Rezydent złapał ją łagodnie w pasie, przyciągając bliżej siebie; poczuł jej zapach i przyjrzał się jej twarzy z tej niewielkiej odległości.
— Nieładnie — parsknął, gdy ostatecznie jedynie cmoknęła go w policzek.
— Jak będziesz chciała sobie przypomnieć, to daj znać, może zmienię zdanie — dodał z rozbawieniem, spoglądając na jej profil od boku. Czy to nie głupie, że wciąż czuł się jak frajer, gdy zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo na niego działała? Czy tak czuli się jego rodzice, zanim ich związek zaczął bardziej przypominać umowę biznesową niż realną, czułą relację?
Lockhart wzdrygnął się na jej dietę, chociaż sam nie mógł być dobrym przykładem w tej kwestii. Nie zmieniało to jednak faktu, że zwyczajnie nie potrafił ugryźć się w język.
— Przepis na zawał serca — skomentował nieco marudnie.
— Kiedyś ugotuję ci coś normalnego, żebyś zrozumiała, ile tracisz, jedząc takie gówno — mruknął, kręcąc przy tym głową. Nie był geniuszem kulinarnym, ale coś tam też potrafił.
— W to akurat nie wątpię — zaśmiał się pod nosem. Calliope wyglądała, jakby każdy dzień z nią mógł przynieść mu nowe doznania. Na jej pytanie, mruknął w namyśle, po krótkiej chwili kiwając lekko głową.
— Lubię risotto i bruschettę — przyznał w końcu, choć nieczęsto miał okazję, żeby pójść do restauracji zjeść coś lepszego niż to, co próbował marnie przygotować sobie w domu w wolnej chwili. Nigdy nie miał szczególnej motywacji.
— Och, czy to zaproszenie na kolejną randkę? Idzie nam coraz szybciej i coraz lepiej — zażartował, przyciągając ją po raz kolejny do siebie, jednocześnie uśmiechając się łagodnie.
Cyrus uniósł brwi, widząc jak Callie straszy dziecko i parsknął pod nosem, odwracając na krótką chwilę wzrok.
Tak, zdecydowanie nie będzie się przy niej nudził. Widząc jakąś starą łódkę w oddali, Lockhart zaśmiał się, dotrzymując jej tempa; jeśli mógł choć na chwilę zapomnieć o codzienności, to chciał to zrobić. Chciał spróbować.
— Oczywiście, że umiem — prychnął, rozglądając się, jakby najpierw wolał się upewnić, czy nikt zaraz nie wyskoczy na nich z krzykiem, że ruszają czyjąś własność. Chociaż łódka wygląda raczej, jakby została zapomniana całe wieki temu. Blondyn oparł na niej dłonie, po chwili wypychając ją z całej siły do wody, a następnie przytrzymując ją nogą, podał dłoń Calliope, żeby pomóc jej wejść do środka. Sam odepchnął łódź, wskakując, gdy tylko zaczęła łagodnie unosić się na wodzie.
Co on właściwie wyprawiał?
Bez zbędnych pytań i wątpliwości, po prostu zrobił to, czego chciała. Byle tylko zobaczyć uśmiech na jej twarzy albo zrobić coś, co wychodziło poza znajomy dla niego schemat. Niesamowite. Zaraz po wskoczeniu do środka, mężczyzna chwycił za wiosła, odbijając ich od wody, wypływając na samo centrum jeziora.
— I co teraz? Utkniesz ze mną bez możliwości ucieczki — powiedział, spoglądając na nią z rozbawieniem. Czuł się… cholera, czuł się naprawdę dobrze. Powietrze przyjemnie łaskotało jego skórę, a słońce oświetlało twarz. Miał wrażenie, że pierwszy raz od wieków, oddycha pełną piersią.
— Umiesz pływać, prawda? — rzucił nagle, bo wchodzenie na łódkę, bez tej umiejętności było ryzykowne. Ostatecznie nie zatrzymał się jednak, zwalniając dopiero gdzieś po środku zbiornika. Opuścił wiosła, odchylając się nieznacznie do tyłu.
— Chodź tutaj — mruknął, klepiąc miejsce przed sobą.
— Chcę, żebyś była blisko — dodał, spoglądając na nią w ten charakterystyczny dla siebie, mocno przekonywujący sposób.
nerreza