— Och, będziesz pierwszą osobą, która nie nazwie mnie chujem — zaśmiał się, słysząc o potencjalnym
pet name, jakim go nazwie. Nie do końca wiedział, czy było to coś w jego stylu, ale z pewnością będzie to ładniejsza nazwa od tej, jaką ma go zapisane Callum. Cóż, do tego momentu Cyrus był święcie przekonany, że okoliczności jego powrotu do Toronto będą… inne. Bardziej ludzkie.
— Mm, tęsknię — przyznał tylko po to, żeby zobaczyć jej reakcję na własne oczy.
— Będziesz musiała zarezerwować dla mnie trochę czasu, żebym mógł jakoś odbić sobie tą nieobecność — zaśmiał się przy tym złośliwie; choć chwilę po tym cała ta zabawna bańka prysnęła, pozostawiając jedynie… pewien szok.
Cyrus poderwał się do siadu, wpatrując się tępo w wyświetlacz swojego telefonu; całe jego ciało gwałtownie się spięło, gdy obserwował rozwój wydarzeń po drugiej stronie. Czuł się tak, jakby ktoś rzucił na niego jakiś zły czar, przez który jego organizm odmówił mu posłuszeństwa. Jego oddech ugrzązł gdzieś w płucach, ale zaledwie na sekundę, zanim przystąpił do działania. Nigdy wcześniej nie podjął tak szybko żadnej decyzji. Nawet będąc na sali operacyjnej, walcząc o życie swojego pacjenta, Cyrus bardziej rozważnie podejmował swoje wybory. Blondyn podniósł się z łóżka, drżącymi dłońmi, zakładając swoje buty, nawet nie myśląc o tym, żeby rozłączyć ich połączenie. Jakby choć na chwilę stracił z nią jakikolwiek kontakt, straciłby wszelkie, kurwa, zmysły. Miał wiele pytań, choć wydawało mu się, że ta kilkuminutowa scena odpowiedziała na co najmniej połowę z nich. Krew uderzyła mu do głowy, a wściekłość przywaliła z taką siłą, że po raz pierwszy w życiu, nie wiedział jak ją kontrolować. Wsiadł do swojego samochodu, wyjeżdżając z podziemnego parkingu hotelowego z piskiem opon; jeśli nie zwolni nawet na chwilkę, dojedzie do Toronto w pół godziny. Może nawet krócej, łamiąc przy okazji parę zasad drogowych, ale… Czy w tym momencie miało to jakiekolwiek znaczenie? Słysząc ten obrzydliwy głos, po jego ciele przechodziły dreszcze, przepełnione furią. Jak on kurwa nienawidził ludzi.
Lockhart był człowiekiem, któremu można było zarzucić
wszystko. Był brutalny, bezwzględny i zdecydowanie chłodny w swoim osądzie, ale miał zasady. Nie krzywdził fizycznie kobiet i do niczego ich nie zmuszał; bez względu na to, jak zdesperowany czy zły był, nigdy nie przekraczał tej jednej granicy. Nie potrafił. Wiedział, jak może komuś rozbić psychikę w inny sposób. Wiedział, jak komuś dopiec, jak sprawdzić czyjąś wytrzymałość, bez niszczenia czyjegoś bezpieczeństwa. Fakt, że osoba, która mieszkała z Calliope pod jednym dachem, była kimś, przez kogo musiała cierpieć, doprowadzała go do szału. Ha, ciekawe… Ciekawe, że był głównym powodem, przez który przeszła przez piekło te dziesięć lat temu, o czym jeszcze nie miał żadnego pojęcia.
Cyrus jechał szybko. Kurewsko szybko. Cud, że po drodze nigdzie się nie rozbił. Wyprzedzał wszystkie samochody i klął pod nosem jak szalony, co chwilę zerkając na swój telefon, próbując jakkolwiek kontrolować tę sytuację. Zaciskał dłonie na kierownicy, próbując się uspokoić. Ja pierdolę, robił wszystko, żeby zdążyć przed… No właśnie, przed czym? Jego serce biło tak szybko, jak równie szybki i głośny był ryk silnika samochodu. Musiał zdążyć. Musiał coś zrobić. Musiał temu zapobiec. A jak już dojedzie…
Po raz pierwszy w życiu, z przyjemnością straci całą swoją kontrolę.
Lockhart zatrzymał się na podwórzu przed domem Calliope. Wyskoczył z pojazdu, nawet nie zatrzaskując za sobą drzwi. Wparował do budynku, nie zwracając uwagi na nic wokoło. Kopnął drzwi, prowadzące do pokoju dziewczyny i wszedł do środka, wpatrując się beznamiętnie w mężczyznę, pochylającego się nad Callie.
Jego Callie.
Cyrus chwycił za tył bluzki Davida, gwałtownie odciągając go do tyłu, zanim zdążył w ogóle pomyśleć. A potem uderzył go prosto w twarz — gdy starszy złapał się za obolałe miejsce, Lockhart kopnął go w brzuch. To był tylko początek. Jego ciało i gesty, wyprzedzały jego umysł, choć nawet będąc w pełni świadom, zrobiłby dokładnie to samo.
Każde słowo, które usłyszał przez ostatnie paredziesiąt minut, na nowo odgrywało się w jego głowie. Rezydent zadawał więc cios za ciosem, dopóki David nie runął na podłogę, chociaż i to przed niczym go nie powstrzymywało. Cyrus wpadł w furię. Wpadł w stan, który odebrał mu racjonalne myślenie, nawet gdy na jego knykciach pojawiła się krew. Nie wiedział już, czy należała do niego, czy do Davida, który ślepo oddawał wszystkie ciosy. Cy nie potrafił wydusić z siebie żadnego słowa. Nigdy wcześniej nie czuł takiej wściekłości; nigdy nie podejrzewał, że go nawet na to stać.
Mógłby go teraz zabić.
I zrobiłby to bez wahania.
calliope