29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dlaczego?
To pytanie zajęło ogrom przestrzeni w jej umyśle. Było w nim boleśnie głośne, trudne do zignorowania, wracające niezależnie od tego, ile razy próbowała skierować myśli w zupełnie inną stronę.
A jednocześnie, pomimo tego, jak uporczywie w niej tkwiło, nie potrafiła zadać go na głos.
Nie potrafiła poprosić o odpowiedź. Nie potrafiła, a raczej: nie chciała. W kontrze do przeżerającej jej myśli ciekawości stała o b a w a. Nie przed samym pytaniem, ale przed odpowiedzią. Przed tym, że mogłaby cokolwiek w niej przesunąć, naruszyć skrzętnie ułożone i starannie przygotowane postanowienie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się właściwe. Obawa przed tym, że istniał jakiś bezsensownie sensowny powód, dla którego Vincent Monroe nie chciał pozwolić, aby stała jej się krzywda.
Jego p r o ś b a poruszyła w niej za to coś innego. Uruchomiła stary mechanizm, o którego istnieniu zdążyła niemal zapomnieć, odkąd przywykła raczej do poleceń. Nawet jej siostra jej nie prosiła.
Milczała, nie patrząc na niego.
Obracała jego słowa w głowie, próbując rozłożyć je na części i znaleźć w nich coś, czego mogłaby się uchwycić, ale wszystkie prowadziły ją ostatecznie z powrotem do tego samego, niewypowiedzianego d l a c z e g o.
Odwróciła się powoli w stronę balustrady i oparła na niej dłonie. Obserwowała rozciągającą się przed nimi panoramę miasta, skąpaną w złocie zachodzącego słońca. Widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach, nawet jej, choć niemal dekadę spędziła w samym sercu Nowego Jorku i sądziła, że niewiele miejskich pejzaży potrafi zrobić na niej jeszcze jakiekolwiek wrażenie.
A ty? — spytała w końcu, nie odrywając wzroku od zamieszania na niewielkim skrzyżowaniu daleko w dole. Od tego, jak dwójka kierowców, zamiast rozjechać się po uniknięciu kolizji, wychyla się z okien i krzyczy coś do siebie.
Przypuszczała, że akurat kwestia lokum nie stanowiła dla niego najmniejszego problemu. Vincent Monroe sprawiał wrażenie człowieka, dla którego niewiele rzeczy w ogóle mogło stanowić problem – a już na pewno nie pieniądze czy lokum. Pewnie takich miejsc miał co najmniej pięć.
Nie o to jednak chodziło.

Zamierzasz w tym czasie naprawić to, o czym mówiłeś? — doprecyzowała po chwili, świadomie chwytając się jego własnych słów.
Dopiero wtedy zerknęła w jego stronę, przez krótką chwilę zatrzymując na nim spojrzenie, zanim ponownie odwróciła je ku miastu.
Zrobiłeś dla mnie dużo, Vincent. Więcej, niż kiedykolwiek p o w i n i e n e ś. I jeśli dzięki temu, że zostanę tutaj przez noc, będziesz mógł dzisiaj spać spokojnie, zgodzę się. — Niemal każda komórka w jej ciele biła na alarm, bo decyzja jaką podejmowała była po prostu sprzeczna. Sprzeczna z jakąkolwiek jej definicją komfortu.
Nie miała ubrań na zmianę; to miejsce było jej zupełnie obce, więc nawet nie sposób mówić o choćby procencie rozluźnienia. Decyzja, którą podjęła, wyrażona zgoda, w żadnym stopniu nie była bliska temu, co sama tak naprawdę chciała – ale teraz mogła świadomie ją podjąć.
Nie mam ci się jak inaczej odwdzięczyć za to wszystko. — Uśmiechnęła się przy tym, choć daleko temu było do szczęścia. To, co wykrzywiło kąciki jej ust było gorzkie. — Może zatem już mnie więcej nie ratuj. Nie lubię mieć długów.
one day or day one
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy mogła być mu cokolwiek winna, jeśli to wszystko sprowadzało się do jego decyzji?
Czy to nie on zatrudnił ją by śpiewała w Rapture, a później pozwolił jej znaleźć azyl w swojej loży? Czy nie on później publicznie upokorzył bardzo wpływową i roszczeniową blondynkę, a później nie dostrzegł chwili, w której jej wściekłość znalazła swój cel w Haze?
Obiektywnie patrząc, nie mógł się w pełni za to obwiniać. Nie mógł przewidzieć tego wszystkiego, a mimo wszystko samo związanie się jej z klubem nie powinno postawić na jej plecach celownika. Powinien skupiać się na tych wszystkich ludziach, którzy aktywnie próbowali wyrządzić jej krzywdę.
Ale z jakiegoś cholernie nieobiektywnego powodu nie potrafił.
Ponieważ wiedział, że to był moment, w których ich drogi powinny się rozejść. Powinien odejść, wyjść z apartamentu, pozwolić jej rano wrócić do swojego mieszkania. Znaleźć inne, może mniej lukratywne, ale bezpieczniejsze zlecenia. Jak na razie jego znajomość z Violet Haze była wyłącznie źródłem bólu, krwi i pieprzonej traumy - porządny człowiek dostrzegłby w sobie problematyczny element i postanowił, dla jej dobra, go usunąć.
Ale choć obiecywał jej, że więcej go nie zobaczy, nie potrafił wypowiedzieć tego z pełnym przekonaniem.
I nawet teraz, choć jeszcze niczego nie zrobił, choć nie poprosił jej by dalej śpiewała w jego klubie bądź spotkała się z nim poza nim, czuł kiełkujące w jego sercu poczucie winy bo w i e d z i a ł, że prędzej czy później to zrobi.
Bo nie potrafił sobie tego odpuścić.
Bo nie potrafił sobie j e j odpuścić.
- Zamierzam w tym czasie samemu wziąć prysznic i zaczekać, aż moi ludzie znajdą twórcę tego problemu - odpowiedział z westchnieniem, wypuszczając tytoniowy dym ze swoich ust by znów porwał go podmuch wiatru. - A gdy to zrobią, zajmę się tym.
Nie zrobił dla niej nic.
Nie miała racji, w niczym co mówiła. Jedynie ledwo udało mu się uchronić ją przed konsekwencjami jego własnych poczynań. Lepszy człowiek wypowiedziałby te słowa na głos, utwierdzając ją w przekonaniu, że nie była mu nic winna, tym bardziej zważając na to, jak trudno było jej poczuć się swobodnie w obecności kogokolwiek innego - lub w jego własnej.
Ale nigdy nie uważał się za lepszego człowieka.
- Penthouse ma dwie łazienki i salon z kanapą - wyrzucił, wyrzucając pstryknięciem niedopałek papierosa za balustradę, gdzie miał wylądować na chodniku kilkadziesiąt metrów niżej - lub na głowie jakiegoś nieszczęśnika. - Jest twój - dodał, wracając do tego, co przed chwilą jej obiecał w swojej p r o ś b i e. - Ale możesz odwdzięczyć mi się użyczając mi kanapy w tym czasie.
Nie przewidywał, by znalezienie Jessici Simmons znalazło całą noc.
Nic nie stało też na przeszkodzie, by on w tym czasie wrócił do Rapture bądź do własnego mieszkania by tam odbudować swoje siły. Ale czułby się znacznie lepiej ze świadomością tego, że była bezpieczna.
Świadomością, której nie byli w stanie przekazać mu jego właśni ludzie tkwiący pod drzwiami apartamentu.

day one
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sposób, w jaki wypowiedział słowa zajmę się tym, nie pozostawiał zbyt wiele przestrzeni na interpretację.
Nie potrafiła wzbudzić w sobie współczucia wobec dziewczyny, która wysłała za nią uzbrojonych mężczyzn. Przypuszczała, że użyte przez Monroe określenie nie oznaczało sympatycznej rozmowy ani zgłoszenia sprawy na policję. Nie po tym, co widziała zaledwie kilka godzin wcześniej i zdecydowanie ne w przypadku człowieka, którego – jak sam przyznał – pracą było brudzenie sobie rąk.
Spojrzała na niego z ukosa, z wyraźnym niezrozumieniem. Przez moment próbowała odnaleźć w tej jego propozycji logikę, która jakkolwiek tłumaczyłaby dlaczego pozwolenie mu na skorzystanie z własnego mebla mogłoby w jakimkolwiek świecie zostać uznane za formę spłaty długu.
Nie znalazła logiki – zauważyła za to coś zupełnie innego.
Ponownie nie zdecydował za nią. Nie oznajmił, że zostanie, nawet jeśli miał ku temu zdecydowanie większe prawo niż ona – w końcu to była j e g o przestrzeń. Nie odebrał jej jednak możliwości odmowy i nie próbował nawet przedstawić swojej obecności jako kolejnego elementu zapewniania jej bezpieczeństwa tylko zamiast tego ubrał ją w absurdalną przysługę, o którą musiał ją poprosić, tym samym pozostawiając ostatnie słowo po jej stronie.
Chciała wierzyć, że zrobił to p r z y p a d k i e m, bo inaczej oznaczałoby to, że naprawdę usłyszał to, co wymknęło się jej wcześniej. Nie tylko zarejestrował jej słowa, ale zrozumiał je na tyle, by teraz spróbować zostawić jej wybór nawet w kwestii własnej kanapy. Przypadek czy nawet zwykły żart byłyby zdecydowanie wygodniejsze niż świadomość, że po pierwsze – odsłoniła się; a po drugie – on to odsłonięcie u z n a ł.
No cóż, obawiam się, że w tym przypadku będziemy musieli ciągnąć losy, aby zdecydować komu należy się przywilej korzystania z kanapy. — Spojrzała na wprost, zatrzymując się na ich sylwetkach odbitych na ścianie ze szkła. — Mogę zgodzić się zostać, ale to ty ciągle jesteś tu gospodarzem, dlatego prawnie — choć nie miało to absolutnie nic wspólnego z prawem — kanapa przypada mnie. — Uśmiechnęła się pod nosem – odnotowała to we własnym odbiciu; pomimo niewielkich, mikroskopijnych wręcz rozmiarów tego grymasu.
Pozwalała – choć brzmiało to absurdalnie w odniesieniu do jego własności – mu zostać. Ta myśl nadeszła zaskakująco łatwo, podejrzanie pozbawiona automatycznego sprzeciwu, który powinien pojawić się na samą świadomość dzielenia z obcym mężczyzną zamkniętej przestrzeni. Szerzej – chciała aby został, ale zanim zdołała o to zapytać, on właśnie zamknął ten temat za nią.
Powód był jednocześnie oczywisty, a w tym samym czasie sprzeczny z nią samą. Nie znała tego miejsca, tej przestrzeni, ludzi którzy tutaj byli – to czyniło cały apartament miejscem bardzo niekomfortowym. Tego dyskomfortu miała ująć jego obecność – paradoksalnie mężczyzna znowu miał być najbezpieczniejszą formą w niebezpieczeństwie.
Jej spojrzenie przesunęło się po opatrunku usztywniającym jego dłoń i zatrzymało na nim na dłuższy moment.
Chociaż... Możemy to jeszcze renegocjować, mam tylko dwa warunki — dodała po chwili, nie zastanawiając się jak głupia w rzeczywistości miałaby być próba stawiania warunków na jego terytorium. — Skoro już mam użyczyć ci tej kanapy, to chcę mieć pewność, że naprawdę jest ci potrzebna i z niej skorzystasz. I to nie tylko do momentu, w którym ktoś do ciebie zadzwoni.
Wciąż nie patrzyła na niego wprost – podniosła wzrok z jego dłoni do jego twarzy, ale tej odbijającej się w szybie apartamentowca.
Nie chcę zostać tutaj sama, kiedy pojedziesz zająć się Jessicą — przyznała cicho.
Dopiero gdy słowa opuściły jej usta, zrozumiała, że z n ó w powiedziała o kilka słów za dużo.
Mogła przecież zatrzymać się na pierwszej części zdania. Mogła zasłonić się jego stanem, zdrowym rozsądkiem albo opinią lekarza, a zamiast tego przyznała, że nie chciała zostać sama.
Opuściła spojrzenie, zatrzymując je na własnych dłoniach. Zaschnięta krew przypomniła jej o znacznie pilniejszej potrzebie niż analizowanie kolejnego niewygodnego wyznania, które znów jakimś cudem wyrzuciła z siebie w jego obecności.
Poza tym rano nadal będę miała u ciebie dług — dodała, próbując nadać wcześniejszym słowom mniej znaczenia, niż faktycznie posiadały. — Nie sądzę, żeby jedna noc na własnej kanapie była wystarczającym poświęceniem. — Kącik jej ust drgnął nieznacznie, ale uśmiech znów nie miał szansy rozwinąć się w nic więcej.
how odd, your presence feels safer than your absence
stop the bleeding
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawda, jak zwykle, leżała gdzieś po środku - w miejscu, do którego nie musiał zaglądać, jeśli tego nie chciał, a które pozostawało osłonięte przed jej wzrokiem.
Słyszał je słowa - nie tylko jako dźwięk, który wydobył się z jej ust nim mózg zdołał go zatrzymać, ale też schowane za nim emocje. Zdawał sobie sprawę z tego, że w y b ó r, że możliwość zadecydowania o tym, co działo się dalej było na równi istotne dla Haze jak zaczerpnięcie kolejnego oddechu. I ta sama, niezrozumiała cząstka jego, która lgnęła w jej stronę pragnęła ją tym obdarzyć.
Pragnęła pozwolić jej zadecydować o wszystkim - o tym, czy chciała go dalej widzieć tego wieczoru, czy skieruje się prosto do swojego mieszkania. Czy pozwoli mu zostać w tych samych, czterech ścianach czy wyrzuci go na zewnątrz. Czy zgodzi się pójść pod prysznic i przebierze w ubrania, które jej przywiozą, czy pozostanie lepka od cudzego szkarłatu i ubrudzi nim meble.
Ale pod tą cząstką, pod tym pozorem obdarowania jej dokładnie tym, czego pragnęła, chowała się brzydka prawda. Zgnilizna, zalegająca na dnie jego charakteru, obecna z nim od pierwszego, zaczerpniętego oddechu, przez wszystkie lata spędzone na ulicy aż po każdy wieczór spędzany w Rapture.
Bo czy ten wybór nie był tylko iluzją?
Czy gdyby postanowiła wrócić do swojego mieszkania, nie udałby się za nią, w bezpiecznej odległości, nie zaparkowałby pod jej blokiem i nie spędził całej nocy upewniając się, że nikt po nią nie przyjdzie?
Czy gdyby odmówiła mu tej kanapy, która przecież należała do niego, czy nie rozkazałby obsłudze hotelu przyniesienia sobie fotela, który postawiłby pod drzwiami prowadzącymi do apartamentu?
I czy nie przyniósłby jej ubrań i postawił pod drzwiami, na wszelki wypadek?
Czy miała prawo podejmować jakąkolwiek decyzję na temat swojego losu gdy jego samochód staranował mężczyznę, który podniósł na nią rękę, a dłoń uzbrojona w nóż zamordowała innego?
Czy mogła zrobić cokolwiek gdy każdy nerw w jego ciele palił w tej abstrakcyjnej o b s e s j i, którą mógł wytłumaczyć obecne odczucia?
- Bardzo dużo warunków jak na prawnie mojego gościa - odparł cicho, jego głos wybrzmiał ochryple od tego nagłego uścisku, które pojawiło się w jego klatce piersiowej gdy poprosiła by z nią z o s t a ł.
Nie na chwilę, nie na godzinę czy dwie, których potrzebowali jego ludzie do zlokalizowania rozpuszczonej córki jego biznesowego partnera. Nie na moment, który mógłby zostać zaklasyfikowany jako zwykła tolerancja jego obecności przez osobę, która nie chciała mieć z nim nic wspólnego.
I ten uścisk był dla niego tak niezrozumiały, że gdzieś w odmętach podświadomości wzbudził w nim irytację. Sprawił, że zapragnął znów odsunąć kosmyk włosów opadający mu na czoło, sięgnąć po kolejnego papierosa, zrobić coś, nie był pewny co, ale c o k o l w i e k, co mogłoby zmusić jego niezrozumiałe odczucia na bardziej pragmatyczny, znajomy mu tor.
Skupił się więc na wietrze, unoszącym jej ciemne kosmyki i na jej spojrzeniu, zatrzymującym na brudnej od szkarłatu skórze.
- Pójdźmy na kompromis - zadecydował, starając skupić się na tej czerwieni a nie na tym, w jaki sposób wyglądał jej uśmiech na jej tle. - Pierwsza osoba, która zacznie wyglądać jak człowiek dostaje łóżko, druga kanapę.
Prysznic był tym, czego potrzebowali - a w tym wypadku był również wymówką. Był neutralny, w końcu oboje go desperacko potrzebowali. Na tyle neutralny, że nie wiedział, dlaczego jego własna dłoń - odruchowo ta, którą przykrywał bandaż - uniosła się w jej stronę a palce rozwarły, oferując jej siebie.
- Ja mam utrudnienie w postaci bandaży, ty masz tego zdecydowanie więcej na sobie - kontynuował i, jeśli nie ujęła jego ręki, obrócił ją, wskazując jej drzwi prowadzące do środka apartamentu - i dwóch, osobnych łazienek. - Jak dla mnie szanse są wyrównane.

you're a strange kind of creature
29 y/o
Welkom in Canada
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
You pick me up when I feel down, no matter how deep in the night
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyciągnięta w jej stronę dłoń zatrzymała jej uwagę natychmiast i, paradoksalnie, zrobiła to skuteczniej niż wszystko to, co powiedział przed chwilą. Może odpowiadał za to bandaż, może świadomość tego, co znajdowało się pod nim i dlaczego w ogóle się tam znalazł; a może właśnie chodziło o r e p r y z ę momentu, który zapadł jej w pamięci – jeszcze kilka godzin wcześniej dokładnie ta sama ręka została wyciągnięta w jej stronę w podobnym geście.
Gdyby się wtedy nie zawahała.
Gdyby lepiej kontrolowała swoje własne ciało.
Gdyby nie pozwalała przeszłości decydować o kolejnych ruchach.
Wtedy nie byłoby bandaża. Nie byłoby całej tej sytuacji.
Powinna być mądrzejsza o to jedno doświadczenie. Wyciągnąć z niego naukę i teraz o wiele prościej móc chwycić jego dłoń, choćby symbolicznie – w ramach odkupienia poprzedniej winy. Ale nie potrafiła się nie wahać.
W końcu przesunęła palce nieco wyżej i zaczepiła je luźno powyżej opatrunku, o nadgarstek mężczyzny, właśnie dla samej tej symboliki.
Całkiem zgrabny unik dla tych wszystkich warunków — rzuciła z delikatną przekorą, ale i bez złośliwości.
Tym bardziej, że drugiego warunku nie wypowiedziała jeszcze nawet na głos.
Pokonała te kilka kroków, boso, przez taras, aby dotrzeć do apartamentu. Kiedy chwilę później Monroe zniknął w jednej ze wskazanych łazienek, jej spojrzenie niemal odruchowo trafiło na drzwi wejściowe.
Teraz mogła wyjść.
Naprawdę; bez jego obecności, bez konieczności patrzenia na bandaże i bez kolejnego proszę, które ciążyło w jej głowie znacznie bardziej, niż powinno. Wystarczyło zabrać rzeczy, przejść kilkanaście kroków i sprawdzić, czy drzwi, o których tak uparcie zapewniał, że nie były zamknięte, rzeczywiście pozwolą jej opuścić apartament.
Nie musiałaby powiedzieć mu w twarz, że zmieniła zdanie. Nie musiałaby obserwować jego reakcji ani zastanawiać się, czy znowu spróbuje znaleźć rozwiązanie pozwalające pogodzić jej decyzję z tym, co chyba mogła śmiało sklasyfikować jako potrzebę ochrony. Tę, o którą nie prosiła i która, pomimo tego przyjemnego uszczypnięcia w napięty umysł, była tak bardzo nie na rękę.
Przez kilka długich sekund stała więc w miejscu, tocząc ze sobą wyjątkowo nierówną walkę, bo każda racjonalna przesłanka prowadziła ją przecież w przeciwnym kierunku. Zostać było b e z p i e c z n i e j. Rozsądniej. Prawdopodobnie również u c z c i w i e j wobec człowieka, który kilka godzin wcześniej przyjął za nią więcej ciosów, niż chciała kiedykolwiek liczyć.
W końcu powiedziała, że zostanie.
Tylko czy decyzja podjęta pod ciężarem rozsądku, wdzięczności i cudzej prośby rzeczywiście była j e j?
Ostatnie słowo wywołało w niej nieprzyjemne ukłucie, bo nie tylko prośba Vincenta Monroe wisiała nad wszystkimi decyzjami, które podejmowała w jego obecności. Były rzeczy znacznie cięższe i zdecydowanie mniej uprzejme niż on w swoim zostań.
Strategicznie zostanie z nim, przy jego prośbie – było całkiem rozsądnym ruchem. Moralnie zaczynało ją rozrywać i to nie z poziomu walki o jej własną autonomię, bo tę zdawał się uznawać.
Odnalazła spojrzeniem swoje kluczyki – nie leżały daleko. Nie cofnęła się jednak po buty, tylko opuściła apartament bez nich, nie chcąc zwyczajnie ryzykować w obawie, że w każdej chwili drzwi od łazienki mogłyby się otworzyć.
eot
Vincent Monroe
stop the bleeding
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”