010. | outfit
Ostatnio nie poznawała samej siebie. Dawała radę pogodzić związek, wychodzenie z nie swoim zwierzakiem, pracę dwuetatową, gdzie ten drugi nie był może zajęciem codziennym - ale jednak, to jeszcze na dodatek miała możliwość na pójście na zrobienie zakupów czy w ogólnym rozrachunku nieco więcej czasu dla siebie. No, może z tym wyjątkiem, iż miała znacznie mniej go dla swoich znajomych, niemniej czasem tak wychodzi w życiu człowieka, iż jedne sprawy przytłaczają te drugie. Nie to, że nie chciała utrzymywać kontaktu, zapomniała o innych bliskich osobach czy zwyczajnie tak bardzo jest zaślepiona nową relacją, że pozostałe się nie liczyły. Po prostu… wyszło to w praniu związanym z codziennością i nie jest to niczyja wina tak do końca. Huntera nie mogła o to obwiniać, bowiem do niczego jej nie zmuszał. Pacjentów także, gdyż byli umówieni na terminy, na które się Prudence zgadzała. Itchel, psinka wybranka, również nie jest na liście zawinionych. A czy sama Lane na niej mogła się znaleźć? Na swój sposób tak i nie. Miała świadomość, że coś traci każdego dnia, jakieś kontakty, jednakże to nie jest tak, że zamyka się na nie kompletnie, ucieka od rozmów czy innych rzeczy. Ostatnio nawet spotkała się z jedną z przyjaciółek w jej domu, gdzie przygotowała poczęstunek na plotki i oglądanie filmów!
No ale właśnie - nie była już sama. Jej mieszkanie nie było wiecznie puste. Zaczynało bardziej tętnić życiem, gdzie z całą pewnością jeszcze się przyzwyczaja ono do tego zgiełku - zupełnie jak i ona sama. Bo to, że jest w związku to mimo wszystko coś niecodziennego dla Prudence, lecz nie narzekała. Nowe doświadczenia wzbogacają, a ona lubiła zdobywać kolejne cenne rady i lekcje od życia.
Niemniej - skoro nie przebywa w tym mieszkaniu sama, choć to też nie tak iż są tutaj codziennie - będąc tu u niej, a tu u niego - musiała uzupełnić lodówkowe i
spiżarkowe zapasy, bo właśnie… ostatnio nawet więcej gotowała. Nie z przymusu, nie że Hunter od niej tego wymagał - a zwyczajnie tego chciała. Czy właśnie powoli i nieświadomie stawała się więźniem swoich własnych ambicji oraz pragnień, doprowadzając do tego iż z czasem nawet nie dostrzeże tego, że staje się przysłowiową kurą domową zamiast nowoczesną kobietą sukcesu z własnym gabinetem i zasobami? Wydaje mi się, iż to akurat nie dotknie Prudence, bowiem nie myślała o zmienianiu czegokolwiek w swoim życiu - będąc wciąż tą samą, ambitną i pracowitą osobą, nie wiedząc jak inaczej mogłaby spożytkować ten czas, jaki wykorzystuje na pomaganiu drugiej osobie w przełamywaniu leków∑, strachów czy obaw.
Niemniej - zakupy w sklepie zdawały się trwać wiecznie, bo nie mogła niektórych produktów znaleźć na swoich miejscach. Mieli jakąś inwentaryzację, remanent czy cokolwiek, gdzie pozmieniali układy półek, a przez to Prudence miała lekkie kłopoty. Wyprawa do sklepu spożywczego, która zajmowała jej może maksymalnie pół godziny przeciągnęła się do godziny. Jeszcze samej sobie robiąc pod górkę, dzwoniąc do Huntera i podpytując czy czegoś nie potrzebuje, przez co kolejne produkty musiała poszukiwać na innych działach. No cóż - czego to się nie robi dla ukochanej osoby, prawda?
W końcu mogła być usatysfakcjonowana z tego, czego dokonała tuż po zapłaceniu przy kasie i posiadaniu spakowanych produktów w koszyku - teraz tylko pozostało przyjechać z nimi do bagażnika auta, zapakować i spokojnie wrócić do domu, żeby potem to wszystko rozpakować oraz poukładać.
Szkoda tylko, że pogoda nie była dziś jej sojusznikiem, bowiem gdy wchodziła do marketu, deszcz ustał i nie zapowiadał aby miał się rychło pojawić.
Teraz natomiast - wręcz ściana deszczu jawiła się przed nią na zewnątrz, gdy jeszcze chwilę stała pod daszkiem wejścia do budynku, na co pokręciła głową z niesmakiem.
Nie chciała jednak stać nie wiadomo ile czasu w oczekiwaniu na to, aż przestanie - nigdy się nie wie, kiedy to się wydarzy. Dlatego też przebiegła ów odcinek po parkingu, modląc się że nie przewróci się bądź w kogoś nie wpadnie czy nie najedzie na jakąś osobę wózkiem, otworzyła prędko auto, wrzuciła przemoczone torby do środka samochodu, zawiozła wózek na swoje miejsce i ostatecznie wylądowała na miejscu kierowcy w pojeździe. Odetchnęła z ulgą, choć jednocześnie była mocno przemoknięta. Cudownie. Tego właśnie było jej trzeba.
Ruszyła z miejsca dopiero po paru minutach, gdy jako tako się ogarnęła, kierując samochodem prosto do domu - tu już nieco nie przejmując się swoim wyglądem, skoro na pewno nikogo nie spotka, a do loftu nie miała daleko. To tylko przejażdżka windą i znalezienie się pod odpowiednimi drzwiami.
Cóż - liczyła, że tak będzie. I chociaż plan prawie był idealny, tak przemoknięte, papierowe torby zaczęły jej utrudniać życie. No i może fakt tego też, że napchała je po sam czubek, bo uznała iż nie potrzebuje jeszcze jednej. Tak więc przez pogodę oraz trochę swoją głupotę o mało co nie straciłaby ryżu na dzisiejszy obiad - znając swe szczęście, opakowanie rozwaliłoby się kompletnie po upadku i zderzeniu z chodnikiem, a ziarenka rozsypałyby się, zupełnie jakby ktoś go sypał dla młodej pary. Dzięki czyjejś pomocy na szczęście nic takiego się nie przydarzyło, a Prue odetchnęła z ulgą.
— Uzupełnianie domowych zapasów, wiesz jak to jest — odparła z uśmiechem i jednoczesnym zawstydzeniem z powodu wyjścia na fajtłapę bądź niezbyt mądrą osobę, skoro sądziła że dotrze z takimi wypchanymi - papierowymi! - torbami do domu bez żadnych problemów.
— Cześć, Jennifer, dawno się nie widziałyśmy — dodała, stawiając siatki na ziemi i robiąc sobie chwilę przerwy - na szczęście pod daszkiem, więc deszcz nie był jej już straszny - choć ten obecny nie był taki, jak ten przy wychodzeniu ze sklepu.
— I to naprawdę jakiś kawałek czasu minął od ostatniego razu… zabiegana przez pracę czy faceta? — zagaiła, spoglądając na kobietę rozpromieniona. Bo choć zazwyczaj mówi się, że nie da się dobrze żyć z sąsiadami, tak Prudence nie mogła się z tym stwierdzeniem zgodzić. A jednym z przykładów takich sąsiadów jest właśnie ona.
Ginny Wheeler