Zablokowany
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Beatriz "Betty" Marcela Gonzalez
Emmy Rossum
homeprofilebiopermits
Obrazek
data i miejsce urodzenia
07/07/1990 I Ajax, Ontario, Kanada
zaimki
ona/jej
zawód
sierżant
miejsce pracy
Toronto Police Service Headquarters
orientacja
heteroseksualna
dzielnica mieszkalna
Greektown
pobyt w toronto
Urodziła się i dorastała w Ajax, niewielkiej miejscowości położonej niedaleko Toronto. Na czas szkolenia w akademii wyjechała do Aylmer, by po jej ukończeniu rozpocząć karierę policyjną w Mississauga. Z czasem jednak praca w mniejszym mieście przestała jej wystarczać, pragnąc rozwoju zawodowego i większych możliwości przeniosła się do Toronto, gdzie od dwóch lat służy w TPS.
umiejętności
Za kierownicą czuje się swobodnie i pewnie — bez trudu radzi sobie zarówno z samochodem, jak i motocyklem. W pracy jej największym atutem pozostaje uporządkowanie. Potrafi odnaleźć się wśród raportów, dokumentów i procedur, nie gubiąc przy tym żadnego szczegółu. Po ojcu odziedziczyła również miłość do tańca, a wraz z nią coś, co niewiele osób ma okazję w niej dostrzec — naturalną lekkość i swobodę ruchów, zupełnie niepasujące do jej na co dzień zdyscyplinowanego usposobienia.
słabości
Nadmierna uczuciowość i przywiązanie do ludzi, przez które nie zawsze potrafi zachować potrzebny dystans, stanowią jej największą słabość. W pracy bywa przez to przesadnie sztywna, mocno trzyma się zasad, a jej nieposkromiony charakter sprawia, że pod wpływem emocji potrafi gwałtownie wybuchnąć.
Numer na ekranie telefonu — z pozoru zwyczajny, niepozorny ciąg cyfr — pochodził z pracy. Mógł oznaczać kolejne polecenie, zmianę grafiku, rutynową rozmowę z kimś z komendy. A jednak już sam widok numeru sprawił, że coś w niej zastygło. Poczuła znajomy ucisk pod mostkiem, głęboki i zimny, jakby ciało rozpoznało zagrożenie o kilka sekund wcześniej niż umysł. Nie bała się odebrać. Bała się tego, co może usłyszeć po drugiej stronie. Bała się, że istnieją słowa, które potrafią jednym ruchem otworzyć drzwi, które przez cały czas próbowała zablokować.

— Sierżant Gonzalez? — Krótka pauza. — Jest pani wezwana do komendanta. Obecność obowiązkowa. Sprawa została ponownie otwarta...

Reszta rozpłynęła się gdzieś pomiędzy jednym oddechem a drugim. Słyszała głos, ale przestała słyszeć słowa. Wystarczył jeden zwrot. Ponownie otwarta. Jakby przez te dwa wyrazy ktoś cofnął wskazówki zegara o całe dwa lata. Nie potrzebowała nazwiska. Nie potrzebowała numeru sprawy. Nie potrzebowała żadnych wyjaśnień. Wiedziała.

Przez chwilę siedziała bez ruchu, z telefonem przy uchu, choć rozmowa już się skończyła. Patrzyła przed siebie, ale niczego naprawdę nie widziała. Świat nie zatrzymał się przecież ani na sekundę. Za oknem przesuwał się zwyczajny dzień, ktoś przechodził chodnikiem, samochód zwolnił na skrzyżowaniu, gdzieś w oddali zaszczekał pies. Wszystko było na swoim miejscu. Tylko ona nagle znalazła się gdzie indziej — w tamtym czasie, w tamtym budynku, w tamtym korytarzu, w tamtym jednym dniu, który miała już dawno zostawić za sobą.

Dwa lata.

Dwadzieścia cztery miesiące, podczas których człowiek może zdążyć nauczyć się na nowo własnego życia. Można przywyknąć do nowego rytmu, nowych obowiązków, nowej twarzy stojącej po drugiej stronie samochodowych drzwi. Można zacząć odkładać wspomnienia głębiej, coraz głębiej, aż przestają pojawiać się przy pierwszym odruchu, aż ich krawędzie tępieją i można uwierzyć, że naprawdę zniknęły.

Ona też próbowała.

Po przejściu do Toronto pracowała więcej. Wzięła na siebie nowe obowiązki. Nauczyła się polegać na nowym partnerze. Wróciła do zwyczajności z uporem człowieka, który wie, że nie może zatrzymać się zbyt długo nad tym, co go boli, bo wtedy ból zacznie dyktować mu warunki. Przekonywała samą siebie, że sprawa, która wybuchła w jej dawnej jednostce już za jej plecami, została zamknięta. Nie rozwiązana w sposób, który przyniósłby komuś ulgę — takie rzeczy rzadko kończyły się ulgą — ale formalnie zakończona. Akta zamknięto. Dokumenty uporządkowano. Zeznania spisano. Pieczęcie postawiono.

Papier miał swoją własną magię.

Potrafił sprawić, że coś, co jeszcze wczoraj było żywe, nagle stawało się przeszłością. Wystarczyło kilka podpisów, kilka dat, kartonowe pudło i półka w archiwum, by ludzki koszmar otrzymał numer referencyjny i został odsunięty od codziennego życia.

Ona chciała w to uwierzyć. Chciała wierzyć, że wraz z ostatnią kartką schowaną do teczki schowano również jego nazwisko. Tamten korytarz. Kajdanki. Spojrzenie, którego nigdy nie zapomniała. Chciała wierzyć, że wystarczyło powiedzieć prawdę.

Że kiedy położono przed nią dokumenty i zaczęto pytać, kiedy wracano do tych samych godzin, tych samych miejsc, tych samych ludzi, wystarczyło mówić spokojnie. Powiedzieć: nie wiedziałam. Nie widziałam. Nie byłam świadoma. Powiedzieć, że można pracować z kimś przez lata i nie znać całego jego życia. Że można ufać człowiekowi, z którym siedzi się w jednym samochodzie przez dwanaście godzin, i nie zauważyć chwili, w której przekracza granicę, zza której nie ma już powrotu. Uwierzyła, że prawda może być wystarczająca.

A przecież wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, zanim jeszcze przeniosła się do Toronto. Dzień, w którym po niego przyszli, zaczął się dla niej dzień wcześniej. Wtedy nadal pracowała w Peel Regional Police, w tej samej jednostce, w której razem zaczynali i przez lata budowali wspólną zawodową codzienność. Wieczorem dostała wiadomość. Niepełną i ostrożną. Sformułowaną tak, jak formułuje się informacje, których jeszcze nie powinno się przekazywać, ale których nie da się już całkowicie zatrzymać. Było w niej wystarczająco dużo, żeby zrozumiała, że coś się dzieje. Za mało, żeby wiedziała, jaki będzie finał.

Tamtego wieczoru nie zasnęła. Leżała w ciemności i patrzyła w sufit, jakby odpowiedź mogła pojawić się gdzieś pomiędzy cieniem a światłem ulicznej latarni. Co kilka minut sięgała po telefon. Ekran rozświetlał ciemność bladym prostokątem. Jego nazwisko było tam zawsze takie samo. Znajome, niemal banalne.

Wystarczyło dotknąć. Jeden gest. Jedno połączenie. Mogła go ostrzec. Ta świadomość była najgorsza. Nie to, że nie wiedziała, co zrobić. Wiedziała doskonale. Problem polegał na tym, że wiedziała również, co stanie się potem. Jeżeli by zadzwoniła, ostrzegłaby nie tylko jego. Ostrzegłaby człowieka, który przez lata wykorzystywał odznakę jak tarczę, a mundur jak przepustkę do świata, do którego nigdy nie powinien mieć dostępu. Ostrzegłaby człowieka, który brał pieniądze, zastraszał, wymuszał i wykorzystywał zaufanie ludzi, którzy patrzyli na niego i widzieli policjanta, a nie przestępcę.

Ale przez całe lata był dla niej czymś więcej niż policjantem. Był człowiekiem, którego znała jeszcze zanim nauczyła się naprawdę bać tego zawodu. Zaczynali razem, krótko po akademii, jako dwoje młodych funkcjonariuszy, zbyt naiwnych, by rozumieć, jak łatwo świat potrafi zabrudzić rzeczy, które wydają się czyste. Wierzyli, że odznaka ma ciężar moralny, a nie tylko fizyczny. Że kiedy człowiek zakłada mundur, coś w nim musi się zmienić. Że istnieją rzeczy, których po prostu się nie robi.

Byli wtedy młodzi i przekonani, że uczciwość jest odporna na wszystko. Trafili do tej samej jednostki w Peel Regional Police i szybko zaczęli pracować razem. On był jej partnerem podczas pierwszych interwencji. Człowiekiem, który wiedział, jak podać jej broń na strzelnicy, zanim jeszcze nauczyła się wykonywać ten ruch bez patrzenia. Człowiekiem, który stał obok niej podczas najgorszych telefonów i najdłuższych nocy. Który potrafił rozładować napięcie jednym spojrzeniem. Który znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy potrzebuje ciszy, a kiedy czyjejś obecności.

Przez lata wspólnej służby zdążyli zbudować coś, co z czasem przestało mieścić się w prostym słowie „partner”. Był jednym z tych ludzi, których obecność człowiek zaczyna traktować jak część krajobrazu własnego życia. Tak oczywistą, że dopiero jej brak uświadamia, jak wiele miejsca zajmowała. Był częścią jej pierwszych lat w mundurze, pierwszych poważnych interwencji, pierwszych sukcesów i porażek. Człowiekiem, którego traktowała jak członka rodziny — nawet jeśli nigdy nie łączyło ich pokrewieństwo.

Kiedy po kilku latach służby w Mississauga zdecydowała się na przejście do Toronto, nie miało ono nic wspólnego z nim. Chciała się rozwijać. Chciała większego miasta, większej odpowiedzialności, nowych możliwości. Toronto miało być kolejnym etapem jej kariery, miejscem, w którym będzie oceniana przede wszystkim przez pryzmat własnej pracy. Przeszła procedurę dla doświadczonych funkcjonariuszy, przedstawiała dobrą historię służby i nie było żadnego dowodu, który pozwalałby uznać ją za współwinną czegokolwiek. Jeśli pojawiały się pytania, pozostawały tylko pytaniami. Nie mieli podstaw, żeby zamknąć przed nią drzwi.

Wydawało jej się wtedy, że zostawiła dawną jednostkę za sobą. Że razem z miastem, nowym mundurem i nowym partnerem rozpoczęła rozdział, którego nic nie będzie już łączyło z poprzednim. Nie wiedziała jeszcze, że człowiek, od którego zaczynała swoją karierę, właśnie buduje pod powierzchnią życia coś, co któregoś dnia miało wrócić do niej z siłą, której nie potrafiła przewidzieć.

Telefon leżał obok niej. W końcu go nie dotknęła. Nie zadzwoniła. Nie ostrzegła. Nie dlatego, że była bezlitosna. Dlatego, że po raz pierwszy musiała przyznać przed samą sobą, że człowiek, którego traktowała jak członka rodziny, stanął po drugiej stronie granicy, której nie mogła przekroczyć razem z nim.

Następnego dnia pojechała do Mississaugi. Nie musieli tłumaczyć jej, dlaczego. Wiedziała, zanim jeszcze przekroczyła próg budynku. Sprawa, która dotyczyła człowieka, z którym zaczynała służbę, była teraz również jej sprawą — przynajmniej na tyle, na ile funkcjonariusz może stać się częścią śledztwa tylko dlatego, że przez lata siedział obok niewłaściwego człowieka w jednym radiowozie.

Pamiętała ten budynek. Pamiętała chłód klimatyzacji, zapach papieru i kawy, jasne światło odbijające się od ścian. Pamiętała korytarze, po których kiedyś przechodziła bez najmniejszego zastanowienia, z poczuciem, że właśnie tutaj zaczyna się jej życie, tutaj mieści się jej praca, tutaj należą jej najlepsze i najgorsze dni. Teraz każdy z tych samych szczegółów wydawał się obcy. Jakby przestrzeń, którą znała na pamięć, nagle przestała należeć do niej.

Nie zobaczyła go wtedy. Dowiedziała się tylko, że został zatrzymany.

A jednak, kiedy usłyszała te słowa, coś w niej pękło. Jakby sam dźwięk jego nazwiska wystarczył, by ciało dopowiedziało resztę. Przez krótką chwilę miała przed oczami obraz, którego w rzeczywistości nigdy nie widziała własnymi oczami — jego sylwetkę pomiędzy dwoma funkcjonariuszami, dłonie skute metalem, ramiona napięte, twarz pozbawioną dawnej pewności. Wiedziała przecież, że to tylko wyobrażenie. A mimo to pamiętała ten obraz tak, jakby naprawdę tam była.

Później pokazano jej fotografie z zatrzymania. Niewiele. Kilka ujęć, kilka dokumentów, kilka beznamiętnych stron, które opisywały człowieka, jakby nigdy nie był kimś, kogo znała od pierwszych dni służby. Patrzyła na zdjęcia i miała wrażenie, że ogląda obcego. Kogoś, kto nosił tę samą odznakę, siedział obok niej w radiowozie, znał jej głos przez słuchawkę i wiedział, kiedy należy milczeć — a mimo to od dawna prowadził życie, o którym nie miała pojęcia.

Najgorsze było jednak to, że przez wszystkie kolejne pytania nie potrafiła przestać myśleć o jednej rzeczy. Nie o tym, co zrobił on. O tym, czego nie zrobiła ona. Powinna była wiedzieć? Powinna była zauważyć? Powinna była dostrzec coś pomiędzy jednym rozkazem a drugim, pomiędzy rutynową kontrolą a rozmową po służbie, pomiędzy setkami godzin spędzonych obok siebie? A może są ludzie, którzy przez lata potrafią być kimś jednym dla wszystkich wokół i kimś zupełnie innym w chwilach, których nikt nie widzi?

Nie znała odpowiedzi. Wiedziała tylko, że od tamtego dnia jej własne nazwisko zaczęło być wymieniane obok jego nazwiska.

To nie było oskarżenie. Jeszcze nie. Nie było nawet formalnym zarzutem. Tylko cień podejrzenia, tak subtelny, że można było udawać, iż go nie ma. Pytania były jednak wystarczająco chłodne, a spojrzenia wystarczająco długie, by zrozumiała, że sama prawda może nie wystarczyć. Że w zawodzie, w którym zaufanie jest równie ważne jak procedury, człowiek może zostać zraniony nie tym, co udowodniono, lecz tym, czego nie potrafiono wykluczyć.

Przesłuchania trwały godzinami. Te same nazwiska. Te same daty. Te same miejsca. Te same pytania zadawane na różne sposoby, jakby odpowiedź mogła się zmienić tylko dlatego, że pytanie zostało wypowiedziane innym tonem. Czy wiedziała? Czy podejrzewała? Czy nigdy niczego nie zauważyła? Czy naprawdę przez tyle lat niczego nie widziała?

Odpowiadała. Mówiła prawdę. Powtarzała ją tak długo, aż prawda zaczęła brzmieć w jej własnych ustach jak coś zimnego i wyuczonego. Nie wiedziałam. Nie widziałam. Nie byłam świadoma.

A przecież w środku wciąż miała tamtą noc. Telefon. Jego nazwisko na ekranie. Dłoń, która mogła nacisnąć przycisk połączenia. I własne palce, które tego nie zrobiły.

Wszystko to było prawdą. Ale prawda nie zawsze jest ulgą. Czasami jest tylko ciężarem, który łatwiej nieść, kiedy człowiek nada mu odpowiednią nazwę. A ona nazwała swoją decyzję nie zdradą, a obowiązkiem. Powiedziała sobie, że właśnie dlatego założyła mundur. Żeby nawet wtedy, kiedy boli najbardziej, potrafić odsunąć człowieka na bok i zrobić to, co należy.

Tylko że to, co należy, nie zawsze jest tym, z czym można spokojnie żyć.

Przez kolejne dwa lata próbowała. W Toronto miała nowe obowiązki, nowego partnera, inne ulice i inne nazwiska. Powoli nauczyła się nie wracać myślami do Mississaugi za każdym razem, kiedy słyszała słowo „przeszłość”. Zaczęła wierzyć, że może już nigdy nie będzie musiała tam wracać. Że jej dawna jednostka, człowiek, z którym zaczynała karierę, i wszystko, co wydarzyło się tamtego dnia, zostało zamknięte razem z aktami.

Nie wiedziała, jak bardzo chciała w to uwierzyć, dopóki nie usłyszała przez telefon dwóch słów: ponownie otwarta.

Teraz słyszała własne kroki, ciche i miarowe, odbijające się od ścian. Każdy kolejny wydawał się zbyt głośny. Jakby budynek słyszał ją lepiej niż pozostali. Jakby wiedział, po co tu przyszła. Jakby pamiętał coś, czego ona przez cały czas próbowała nie pamiętać.

Szła powoli, choć nie miała powodu się spieszyć. Właściwie przeciwnie — każdy instynkt podpowiadał jej, żeby zwolnić jeszcze bardziej, odsunąć w czasie moment, w którym dotrze do drzwi gabinetu przełożonych. Wiedziała jednak, że nie może stać w miejscu. Musiała iść. Krok po kroku. Tak samo jak wtedy, kiedy po raz pierwszy wróciła do tego budynku po latach i zrozumiała, że miejsce, które kiedyś było początkiem jej kariery, potrafi również przechowywać najgorsze wspomnienia.

W żołądku rosło coś ciężkiego. Strach nie był już pojedynczą emocją. Był fizycznym stanem, który rozlewał się przez całe ciało. Trzęsły jej się lekko dłonie, choć starała się tego nie zauważać. Serce biło zbyt szybko. Czuła puls w skroniach. Pod językiem pojawiła się suchość. Miała wrażenie, że każdy kolejny oddech trzeba wykonać świadomie, jakby organizm zapomniał, jak robi się to bez lęku.

Najbardziej dokuczała jej niepewność. Nie wiedziała, czego dokładnie się boi. To było najgorsze. Gdyby znała pytania, mogłaby przygotować odpowiedzi. Gdyby znała zarzuty, mogłaby się bronić. Gdyby wiedziała, jakie mają dowody, mogłaby odnaleźć w głowie wszystkie fakty, daty, godziny, nazwiska. Ale niewiedza była pustką, w której wszystko mogło stać się prawdopodobne.

Czy znaleziono nowe dowody? Czy ktoś zaczął mówić? Czy pojawił się nowy świadek? Czy on, wychodząc na wolność, powiedział coś komuś? Czy zostawił po sobie coś, czego nie znaleziono za pierwszym razem? A może chodziło o nią. Może przez cały ten czas trwało ciche przekonanie, że wiedziała więcej. Że nie mogła być tak blisko i niczego nie zauważyć. Że uczciwa policjantka nie powinna aż tak długo pracować z człowiekiem, który brał łapówki, posługiwał się przemocą i przekraczał kolejne granice.

Mijała te same drzwi. Te same ściany. Te same miejsca, które dla wszystkich innych były pozbawionymi znaczenia punktami w przestrzeni. Dla niej każdy fragment był jak blizna. I może właśnie dlatego fakt, że dwa lata później wszystko wyglądało niemal identycznie, był bardziej dotkliwy niż gdyby coś się w tym miejscu zmieniło. Świat poszedł dalej. Ludzie poszli dalej. Jej służba poszła dalej. Tylko pamięć nie uznawała upływu czasu za wystarczający powód, żeby zapomnieć.

Korytarz ciągnął się przed nią spokojnie, obojętnie, jakby nigdy nie wydarzyło się na nim nic, co mogłoby odmienić życie dwóch ludzi. A ona pamiętała, że kiedyś przemierzała te same ściany jako młoda funkcjonariuszka, przekonana, że wie, kim jest człowiek idący obok niej. Potem wróciła tutaj jako świadek jego upadku. Teraz szła po raz kolejny — już jako ktoś, kogo przeszłość nie chciała wypuścić z rąk.

Dlatego kiedy stanęła przed drzwiami gabinetu przełożonych, nie poczuła się jak ktoś, kto wraca do pracy. Czuła się jak ktoś, kto wraca na miejsce dawnej rany.

Położyła dłoń na klamce. Serce uderzało jej ciężko, głucho. Jeszcze raz wciągnęła powietrze, wyprostowała plecy. Odznaka znajdowała się na właściwym miejscu. Mundur był nienaganny. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Tylko pod skórą nadal była tamta dziewczyna sprzed lat.

Ta sama, która zaczynała służbę w Mississauga z człowiekiem, któremu ufała bardziej niż wielu członkom własnej rodziny. Ta sama, która po latach przeniosła się do Toronto, wierząc, że zostawiła za sobą własny początek. Ta sama, która pewnej nocy patrzyła na jego nazwisko na ekranie telefonu i miała możliwość ostrzec go przed tym, co nadchodzi. Ta sama, która następnego dnia siedziała w budynku Peel Regional Police i po raz pierwszy naprawdę zrozumiała, że człowiek, którego znała niemal przez całe dorosłe życie, był kimś zupełnie innym, niż przez lata chciała wierzyć.

I może właśnie to było najgorsze. Nie kajdanki. Nie śledztwo. Nie pytania. Nie spojrzenia przełożonych. Najgorsza była świadomość, że czasami można przeżyć z kimś tysiące godzin, setki interwencji, dziesiątki nocnych zmian i całe lata zaufania, a mimo to nie wiedzieć, kim naprawdę jest człowiek siedzący obok.

Nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły. A wraz z nimi otworzyło się wszystko, co przez dwa lata próbowała nazywać przeszłością.

Ciekawostki
  • Betty dorastała w Ajax w ciepłej, zżytej rodzinie jako najmłodsza z trojga rodzeństwa. Jej rodzice, Antonio i Donna, prowadzili zupełnie różne, ale dobrze uzupełniające się życia — ojciec, urodzony już w Kanadzie syn hiszpańskich emigrantów, od lat prowadził w Ajax niewielki sklep budowlany, podczas gdy matka, Kanadyjka z pochodzenia, pracowała jako księgowa w lokalnym biurze rachunkowym, zajmując się przede wszystkim finansami małych firm i rozliczeniami podatkowym.
  • Jej dzieciństwo było spokojne i pełne zwyczajnych, rodzinnych chwil, choć od najmłodszych lat Betty miała jedną rzecz, której szczerze nie znosiła — własnych włosów. Kręcone pasma były dla niej źródłem kompleksów, dlatego przez lata niemal obsesyjnie je prostowała, przekonana, że tylko w takiej wersji wyglądają dobrze. Dziś podchodzi do nich z większym dystansem, choć nie bez rozbawienia zauważa, że loki, których kiedyś tak bardzo chciała się pozbyć, stały się modne
  • Paradoksalnie jej wygląd nigdy nie był problemem dla innych. Rysy, ciemne włosy i charakterystyczna uroda sprawiały, że już w młodości cieszyła się powodzeniem, nawet jeśli sama długo nie potrafiła w to uwierzyć. Z czasem nauczyła się patrzeć na siebie mniej surowo, a w swoich hiszpańskich korzeniach dostrzegła coś, co wcześniej próbowała ukrywać.
  • Choć jej ojciec urodził się w Kanadzie, a jego rodzice osiedli tutaj jeszcze w czasach ich młodości, Gonzalezowie nie zerwali więzi z Hiszpanią. Betty nadal ma tam dalszą rodzinę i od zawsze znała rodzinne historie związane z krajem, z którego pochodzi część jej korzeni. Sama zresztą wyraźnie odziedziczyła wiele po abueli — nie tylko wygląd, ale również temperament, dumę, upór i tę charakterystyczną nieustępliwość, którą rodzina rozpoznaje w niej od dziecka.
  • W związku ze swoimi korzeniami, poza angielskim, umie też język hiszpański w stopniu komunikatywnym. Używa go jednak głównie podczas rozmów z babcią i kuzynostwem ojca.
zgoda na powielanie imienia
nie
zgoda na powielanie pseudonimu
nie
Zgody MG
poziom ingerencji
wysoki
zgoda na śmierć postaci
nie
zgoda na trwałe okaleczenie
nie
zgoda na nieuleczalną chorobę postaci
nie
zgoda na uleczalne urazy postaci
tak
zgoda na utratę majątku postaci
tak
zgoda na utratę posady postaci
tak
Ostatnio zmieniony pt sie 14, 2026 12:47 am przez Beatriz Gonzalez, łącznie zmieniany 3 razy.
0 y/o
KREATYWNY KOTOROŻEC
0 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Witamy na forum Beatriz Gonzalez
Dobra wiadomość – Twoja karta postaci została zaakceptowana i możemy powitać Cię po tej stronie kanadyjskiej granicy! Przypominamy, że na rozpoczęcie rozgrywki masz 7 dni! W temacie kto zagra? możesz znaleźć użytkowników, którzy chętnie Ci w tym pomogą. Jednocześnie zachęcamy do założenia skarbonki, kalendarza i informatora. Powodzenia w Toronto!
gall anonim
niegrzeczni użytkownicy
Zablokowany

Wróć do „ladies”