24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
wide awake, gettin' half-past zero, it's gettin' heated so i leave the windows open
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była z siebie dumna. Wiedziała, że źle zrobili i nigdy nie planowała udawać, że można było patrzeć na to inaczej. Ani trochę nie dziwiły jej emocje Charlotte, ba, sama na jej miejscu rozniosłaby Lucasa jeszcze w tej samej sekundzie, w której błyskotliwie wytknął, że przecież się nie przespali. Tyle dobrego, że przynajmniej oszczędził szczegółów i nie wspomniał na przykład o tym, że było blisko, a fakt, że skończyło się na pocałunku zawdzięczali fantastycznemu wyczuciu czasu Marv.
Rzecz w tym, że nawet jeśli Indie uważała to uniesienie za całkowicie uzasadnione, wcale nie znaczyło to, że miała jakąkolwiek ochotę na nie pozwalać. Biorąc pod uwagę jak rzadko odmawiała sobie wszelkich awantur, całkiem imponujące, że do tej pory zachowywała spokój, ale ta względna ogłada wcale nie przychodziła jej łatwo. Wręcz przeciwnie, wymagała ogromnego poświęcenia — ledwo odpierała pokusę wtrącenia się w ich dyskusję, praktycznie całą swoją energię wkładając teraz w to, żeby nie poinformować Charlotte o tym, co tak naprawdę myślała o jej tonie i całej tej scenie.
Tyle tylko, że z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze, zwłaszcza kiedy Charlotte postanowiła znów zwrócić się do niej bezpośrednio i zadać szereg pytań, z których każde kolejne budziło w Indie jeszcze większą frustrację niż poprzednie.
Jara cie obijanie zajętych facetów, co? Pokręciła przecząco głową, zupełnie mimowolnie, bo to nie tak, że miała zamiar odpowiadać, niezmiennie nie chciała brać w tym wszystkim udziału, ale jakoś fizycznie nie była w stanie pozostawić tego zarzutu bez reakcji. Aż tak kręcił cię fakt, że nie mogłaś go mieć, że nagle zachciałaś? Kolejne milczące zaprzeczenie, jeszcze szybsze, pewniejsze, bo nie, tak się składa, że akurat ani trochę — sianie spustoszenia w cudzych życiach nie mogłoby kręcić jej ani trochę mniej. Wcale nie chciała być upadkiem bezpiecznej rzeczywistości Millera, choć finalnie dokładnie tym się dla niej stała: kataklizmem, samym pierdolonym okiem niszczycielskiego huraganu. Bezwzględną siłą destrukcji, szeregiem katastrofalnych strat i szkód, których ogromnej skali wbrew pozorom była dobrze świadoma, może nawet aż trochę za dobrze. Nigdy nie przestała pluć sobie w brodę za zniknięcie, pojęcia nie miała, jak je sobie wybaczyć i to chyba właśnie dlatego dopiero kolejne słowa Charlotte uderzyły w nią z jakąkolwiek realną siłą, znacznie większą niż jakakolwiek, nawet najbardziej uwłaczająca obelga.
I pewnie znowu spierdolisz, bo takie jak ty już tak mają…
Bała się, że miała rację.
Zupełnie szczerze bała się, że to prawda, że Charlotte nie myliła się wcale. Że kolejna katastrofa rzeczywiście była tylko i wyłącznie kwestią czasu — musiała być, bo przecież Indie tak już miała.
Pierdol się — warknęła w bezwarunkowym odruchu, instynktownie wysuwając się przy tym zza ramiona Lucasa, żeby móc powiedzieć jej to prosto w twarz. — Gówno o mnie wiesz. — Z miejsca porzuciła całą kulturę osobistą, zapominając o dotychczasowych próbach zachowywania zimnej krwi i swoich wcześniejszych pokojowych zamiarach. — Gówno wiesz i gówno rozumiesz. Nie masz pojęcia o czym mówisz.
Ach tak? — Charlotte podjęła natychmiast, tylko zachęcona faktem, że udało jej się znaleźć temat, który ewidentnie wywoływał w Caldwell aż takie poruszenie. — A co tu niby jest do rozumienia? — spytała kpiąco. — Po prostu przyznaj, że od początku chuj cię to wszystko obchodziło. Co, tyle dla ciebie znaczył, więc zniknęłaś? Taki był ważny, że aż musiałaś spierdolić bez słowa?
Instynktownie czuła potrzebę się bronić, w jakikolwiek sposób odeprzeć ten atak, ale nie bardzo wiedziała jak — nie miała odpowiedzi na żadne z tych pytań, więc po raz kolejny mogła tylko pokręcić głową.
I ty serio się na to nabierasz? Aż taki głupi jesteś? — rzuciła drwiąco Charlotte, tym razem w kierunku Lucasa. — Co, naprawdę myślisz, że tym razem będzie inaczej? Że jej się zaraz znów nie znudzi? Chcesz w to wierzyć? Śmiało, wierz, ale potem nie dzwoń do mnie kiedy znów zostaniesz sam — syknęła, po czym znów przeniosła uwagę z powrotem na Indie. — Coś ci poradzę — nachyliła się w jej kierunku. — Następnym razem nie wracaj. Uwierz, zrobisz wszystkim wielką przysługę — szepnęła kąśliwie, przy tym wszystkim mając jeszcze czelność poklepać Caldwell po ramieniu w ironicznym geście spoufalenia.
No i to się Indie nie spodobało. Bardzo.
W pół sekundy miała Charlotte pod najbliższą ścianą, pod którą popchnęła ją w tym samym momencie, w której poczuła na sobie jej dłoń.
Chyba mnie kurwa z koleżanką mylisz — wycedziła, ewidentnie niewiele (o ile w ogóle) przy tym myśląc. W innym przypadku może w porę zorientowałaby się, że wcale nie chciała rozgrywać tego w ten sposób, ale gniew przysłaniał priorytety i skutecznie odbierał jej zdolność logicznego myślenia. Jak zawsze.
Widać tak już miała.

lucas ᥫ᭡ ₊ ⊹ ˑ ֶ 𓂃
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
Lucas jest człowiekiem, którego wszędzie pełno. Wulkan energii, który chociaż przeszedł w życiu poważną kontuzję, która wywaliła mu całe życie, wciąż bierze z niego to co najlepsze. Do tego jest durny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Pierdolona Charlotte.
Nie powinien tak myśleć o kobiecie, którą kiedyś kochał.
A jednak myślął.
Jednak miał ją za skrajną wariatkę, kiedy zjawiła się w jego mieszkaniu, używając kluczy, które dorobiła sobie za jego plecami, tylko po to, żeby mu nawtykać. Jakby nie zrobiła tego wystarczająco dużo razy po tym, jak to Lucas przyznał jej się do tego, że zjebał, że zdradził. Wiedział, że to było złe, a jednak był na tyle głupi, że łudził się, że jakoś to będzie; że po tym wszystkim, wciąż będą mogli być przyjaciółmi, a przynajmniej traktować się na poziomie zwyczajnie l u d z k i m.
Charlotte jednak była innego zdania.
Już od pierwszych chwil w mieszkaniu na parkdale pluła jadem, nie zważając na słowa. Wyrzucała z siebie wszystko, co tylko nawinęło się jej na język, nawet nie przejmując się tym, że mogła tym kogoś urazić. Lucas patrzył na to wszystko po części z niedowierzaniem. Znał ją torcie ponad rok, okej, może to nie było dużo, ale kurwa był z tą kobietą przez większość tego czasu, dzielił z nią łózko i prawie każdy dzień — kiedy z niej zrobiła się taka szajbuska? Czy może zawsze nią była, a on po prostu był ślepy? Zawsze widział Char jako kompletne przeciwieństwo Indie: stonowana, spokojna, odpowiedzialna, ten typ co pierwsze myślał, a potem mówił. A tu? Tu wyszedł z niej jakiś pieprzony demon, który w dodatku doskonale wiedział, jakie sznurki pociągnąć, żeby zabolało.
Już zapomniałeś jak było, kiedy zniknęła? — spojrzała na niego swoimi wielkimi, zielonymi oczami. — Przecież mi opowiadawałeś, Lucas. Mówiłeś, że w życiu nie czułeś się tak zdradzony i samotny, jak po tym, jak ona cię zostawiła! — uniosła się, a on złapał więcej powietrza w płuca i na moment przymknął oczy. Faktycznie jej o tym mówił. I nagle jak na zawołanie poczuł znowu te emocje, poczuł ten strach, który wtedy miał w sercu, aż obejrzał się przez ramię na Indie, czy dalej tam stała.
Ale teraz… już tak nie jest. To chciał powiedzieć, jednak dziewczyny nie dały mu dojść do słowa. A dokładniej jego była, która momentalnie doskoczyła do Caldwell i bez żadnego zawahania zaczęła ciskać w nią słownymi pociskami. Jak jeszcze Miller był w stanie umiarkowanie reagować na wcześniejsze występki rudowłosej, tak wraz ze zdaniem następnym razem nie wracaj, aż huknął zakupami o ziemie, pewnie rozbijając w środku przynajmniej jednego browara.
Charlotte! — krzyknął stanowczo, próbując ją skarcić. Ale co z tego? Co on jeden mógł, jak temperament Indie zadziałał przed nim. Zdążył jedynie złapać oddech, a Caldwell już rzuciła się na rudowłosą, przybierając ja do ściany. Miller patrzył na to z szeroko otwartymi oczami. Charlotte też była w szoku, bo z początku tylko otworzyła szeroko oczy.
Ty głupia k… — zaczęła, unosząc w górę dłoń z długimi szponami, pewnie z zamiarem zamachu na twarz Indie, jednak tym razem Lucas już użył mózgu, a zaraz i nóg. Znalazł się przy nich, oplatając dłoń wokół brzucha Caldwell i jednym ruchem odciągnął ją na bok. Odrzucił nawet, sam wciskając się przed Charlotte, a jej paznokcie zadrapały mu szyję.
Wystarczy — warknął, kompletnie tracąc cierpliwość. — Wyjdź — nie miał zamiaru traktować jej z szacunkiem, kiedy ona nie okazała go ani jemu ani jego… Indie. Nigdy nie pochwalał takiego zachowania, ale tym razem był wyjątkowo rozjuszony, szczególnie, że rozdarła mu skórę swoimi szponami.
Nigdzie nie idę.
Jak to kurwa nie idziesz? — spojrzał na nią jak na wariatkę.
No nie idę, przyszłam po rzeczy — cmoknęła pewna siebie i bezczelnie zrobiła krok w jego stronę, odbijając się od ściany. Uderzyła piersiami o jego klatkę piersiową, która już i tak falowała nerwowo.
Jakie rzeczy? — a on dalej nie rozumiał, bo co ona niby tu mogła mieć? Przecież ostatnim razem podobno zabrała wszystko, co miała.
No na przykład tą czerwoną bieliznę, którą mi kupiłeś… — ciągnęła, chociaż jej spojrzenie od razu zjechało na Caldwell, a dwuznaczny uśmiech wymalował się na twarzy zdobionej piegami.

Indie :przytulon:
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
wide awake, gettin' half-past zero, it's gettin' heated so i leave the windows open
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ty głupia k...
W pewnym miała nadzieję, że Charlotte nie tylko dokończy, ale i rzeczywiście z powodzeniem zamachnie się jako pierwsza. Wówczas mogłaby nie tylko zupełnie bezkarnie odwdzięczyć się jej pięknym za nadobne i zrobić to, na co miała ochotę już od dłuższej chwili, ale przy okazji też wygodnie obarczyć ją całą winą za eskalację konfliktu. No, dobra, może nie całą, a większością, bo szarpnięcie jej za fraki i przybicie do ściany rzeczywiście mogło nie być najbardziej rozsądnym, pacyfistycznym posunięciem na jakie można było się w tej sytuacji zdobyć. Sama nie do końca wiedziała jakie miała w tym wszystkim zamiary, ale wcale nie było to zaognienie sporu, pełnoprawna chryja wbrew pozorom była ostatnim na co miała w tej chwili ochotę, zwłaszcza po usłyszeniu tych wszystkich boleśnie trafnych przytyków, ale była już na tyle rozemocjonowana, że chwilowo nie miałaby nic przeciwko przejściu do rękoczynów. Nic a nic, więc Charlotte miała farta, że interwencja Lucasa przyszła o właściwym czasie, bo gdyby to jej łapsko faktycznie dosięgnęło w tamtym momencie twarzy Caldwell... no, nie wiadomo, czy w ogóle byłoby co sprzątać.
Między innymi dlatego Indie była Millerowi za tę interwencję szczerze i dogłębnie wdzięczna — pilnie potrzebowała czerwonej kartki oraz okazji, by wziąć kilka głębokich oddechów i spróbować opanować przemożną chęć mordu, którą skutecznie budziło w niej każde słowo Charlotte. Tak też zresztą zrobiła, mimo, że wybitnie ciężko było biernie przyglądać się ich dalszej wymianie zdań — trudniejsze od odmówienia sobie natychmiastowego powrotu prosto pod ścianę było tylko stulenie pyska, zwłaszcza kiedy rudowłosa oznajmiła wszem i wobec, że nigdzie się nie wybierała. I tak jak to Indie jeszcze była w stanie przemilczeć, tak kolejnego komentarza już nie, nie kiedy towarzyszył mu tak bezczelnie cwany uśmiech.
Aaa, stara, no to przecież trzeba było tak od razu, że skończyły ci się czyste gacie — podjęła więc bez mrugnięcia okiem. — Czuję totalnie, ale wiesz, że te brudne też można prać, nie? W pralce normalnie, jak resztę ciuchów. Nic skomplikowanego, ale jak chcesz to mogę ci kiedyś pokazać, żaden problem — zaoferowała się jakże życzliwie, tonem prawie tak cukierkowym jak uśmiech, który zdobił przy tym jej twarz, tylko szerszy i promienniejszy odkąd zauważyła, że skutecznie grała Charlotte na nerwach.
Dobra, zamknij się już — odwarknęła jej z wyraźną frustracją w głosie.
Oj, no dobrze, już dobrze — machnęła ręką w uspokajającym geście, dopiero teraz pozwalając sobie zrobić krok z powrotem w ich kierunku. — Daj spokój, przecież tak sobie tylko żartuję — cmoknęła pobłażliwie, kręcąc głową jakby z politowaniem. — Ale tak serio, skąd ten pośpiech? — Może nie powinna była iść w zaparte, ale i tak nie potrafiłaby sobie przerwać — zbyt wiele radości sprawiał jej fakt, że teraz dla odmiany to ona podnosiła rudowłosej ciśnienie. Kurwa, i to jeszcze jak. Aż nie potrafiła sobie odmówić tego przesadnie kąśliwego tonu. — Myślałam, że zdążyliśmy już wszyscy razem wspólnie ustalić, że już ci się w najbliższym czasie nie przydadzą, nie?
Dobrze wiedziała, jak bezczelne i nie na miejscu były z jej strony te słowa, ale na tym etapie naprawdę chuj ją to obchodziło. Może nie czuła się z nimi dobrze, ale poczucie winy wynagradzał fakt, że ta prowokacja musiała całkiem jej się udać, skoro oburzenie Charlotte było nie tylko głębokie, ale również natychmiastowe.
Ale masz kurwa tup...
Ta, no, straszny, wiem. Przejebana sprawa. — Z czystej złośliwości weszła jej w słowo tylko i wyłącznie po to, żeby móc z nieopisaną satysfakcją przyglądać się jej narastającej frustracji. Sposobowi, w jaki z niedowierzaniem wpatrywała się najpierw w nią, a za chwilę w Lucasa, w którym finalnie postanowiła utkwić pełne wyrzutu spojrzenie.
Rozniosę ją — oznajmiła, ciężko powiedzieć komu — sobie, Millerowi, nieistniejącej widowni... Cholera wie. — Zaraz ją kurwa rozniosę, przysięgam — obiecała uroczyście.
A próbuj, śmiało. Chętnie to zobaczę — zachęciła ją bezczelnie beztroskim tonem, ewidentnie nie traktując gróźb Charlotte zbyt poważnie. Jedynym realnym zagrożeniem które widziała w jej osobie były tylko te długie pazury i fakt, że dobrze wiedziała jak w kilka słów doprowadzić do szewskiej pasji, poza tym — raczej niewiele więcej. — To jak będzie, wypierdalasz sama, czy mam zacząć pomagać? — spytała z pełną powagą, w pełni gotowa podjąć się tego zadania i w dowolnym momencie osobiście wywlec Charlotte z mieszkania Lucasa. Czy to za fraki, czy za te jej rude kudły, wszystko jedno, byle szybko, bo propozycja (obietnica? groźba??) pomocy wcale nie była żartem — już dawno temu skończyła jej się do tego wszystkiego cierpliwość, więc miała szczery zamiar wziąć sprawę we własne ręce, teraz, zaraz. Najchętniej z miejsca przeszłaby do konkretów, ale poczuła się zobowiązana wcześniej rzucić Millerowi porozumiewawcze spojrzenie i skorzystać z tej okazji, żeby zaapelować niemalże błagalnie: — Skończmy to, ktoś to przecież kurwa musi skończyć. Albo ja, albo Ty, wybieraj.

lucas ✮ ⋆ ˚。𖦹 ⋆。°
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
Lucas jest człowiekiem, którego wszędzie pełno. Wulkan energii, który chociaż przeszedł w życiu poważną kontuzję, która wywaliła mu całe życie, wciąż bierze z niego to co najlepsze. Do tego jest durny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lucas nigdy nie był konfliktowy.
Pomimo natury sportowca zawsze wybierał rozwiązania, które opierały się na rozmowie i kompromisie nad siłę. Stronił od ustawek, ignorował zaczepki i po prostu robił swoje. Nawet kiedy jeszcze grał zawodowo w kosza nigdy nie dał się ponieść do tego stopnia, żeby kogoś uderzyć. Pełnił przeważnie rolę mediatora. Albo po prostu kolesia, który potrafił każdego zagadać i zamącić do tego stopnia, że po dziesięciu minutach ludzie kompletnie zapominali, o co właściwie się kłócili.
Tutaj również planował zastosowanie tą praktykę, jednak sprawy wymknęły się spod kontroli szybciej niż Miller zdążył mrugnąć. Wystarczyło jedno zdanie od Charlotte, żeby w Indie zapłonął prawdziwy ogień. W pierwszej kolejności przejawiał się jedynie nadmiernym sarkazmem. Uwaga o brudnej bieliźnie była jednocześnie tak bardzo nie na miejscu i tak zabawna, że Miller musiał zacisnąć usta w wąską linię, żeby przypadkiem nie wybuchnąć śmiechem. Jeszcze tego by brakowało. Szczególnie, że Charlotte wcale nie było do śmiechu.
Krzyczała głośno.
Tak głośno, jak Lucas chyba jeszcze nie słyszał.
Może nie kłócili się często, jednak kiedy to się działo, zazwyczaj kończyło się na lekko podniesionym głosie, ale to? Nie poznawał jej. Charlotte zawsze wydawała mu się kobietą z klasą. Kimś, kto sprawiał wrażenie, że był ponad wszystkimi konfliktami, że ciężko było ja wyprowadzić z równowagi, a tutaj? Tutaj Indie rozkładała ją na czynniki pierwsze i wkurwiały każdą jedną komórkę w jej ciele. Ruda kipiała. Jej policzki przybrały ten sam kolor co włosy, a najgorsze w tym wszystkim było to, że Indie wcale nie odpuszczała.
Z defensywy przeszła w ofensywę, również powoli tracąc cierpliwość. On zaś czuł, że ze swojej strony już dawno stracił kontrolę nad sytuacją. Nie miał nic. Stał jak ostatni frajer, nie podejmując nawet dyskusji. Zamiast tego po prostu patrzył. Nie na Charlotte, jego głowa wcale tez nie błądziła z jednej na drugą. On był cały czas i bez sekundy przerwy wpatrzony w Caldwell. To jak waleczna była. Jak miała ripostę na każdy atak, ja nieustraszona była… Pięknie wyglądała w tym całym amoku.
I gdyby już nie był nią zauroczony, w tym właśnie momencie by się w niej zakochał.
W jej zadziorności W charakterze, którego tak kurewsko mu brakowało. W stanowczości, z jaką broiła swoich racji. I chociaż gdzieś w środku bał się, że lada moment dojdzie do rękoczynów, pozwolił sobie przeciągać ten moment ile tylko się dało, podziwiając widoki.
Dopiero kiedy Charlotte zaszła czerwienią, a jej oczy stały się zupełnie czarne, przepełnione nienawiścią, Lucas ruszył do przodu. Ostatnie czego chciał, to żeby Indie stała się krzywda. A może Charlotte? Biorąc pod uwagę jak nieustrszona była Caldwell? Nie ważne, która chciała której pierwsza przywalić, pośrodku w końcu pojawił się Lucas, rozdzielając je od siebie.
Wystarczy — warknął, wbijając swoje spojrzenie w pierwszej kolejności w ciemną zieleń swojej byłej dziewczyny, a zaraz potem błękit tej przyszłej (oby). — Pora się rozejść — jego głos był stanowczy. Zbyt długo stał z boku i się przyglądał. Tutaj trzeba było podjąć w końcu jakieś czynności, jak to Indie słusznie zauważyła. Zwrócił się do Charlotte. — Wyjdź.
Ale ta bielizn…
Kupisz sobie nową — wszedł jej w słowo, a następnie wyciągnął rękę przed siebie i zacisnął ją na nadgarstku rudowłosej. Nie mocno, nie był przecież żadnym agresorem, jednak na tyle, by móc szarpnąć ją w stronę wyjścia.
Lucas — próbowała jeszcze Charlotte, odwracając się w jego kierunku i tyłem kierując się do drzwi. — Jeszcze tego pożałujesz, zobaczysz. Ona zrobi ci dokładnie to samo co wtedy — Char nie była głupia. Wręcz przeciwnie. Doskonale wiedziała, jakie sznurki pociągnąć, żeby zabolało. Znała go już też nie od dziś, wiedziała przez co przechodził po utracie Indie. W pełnej świadomości chciała zasiać w jego głowie ziarno niepewności i może nawet trochę jej się udało? Nie na tyle jednak, by zachować swoje miejsce w mieszkaniu. Po kilkunastu sekundach wylądowała za drzwiami, a te zamknęły się z hukiem. I chociaż nie musiał tego robić, Miller zamknął zamki na górze, na tyle, a potem jeszcze sam oparł się o nie tyłkiem i docinał. Tak na wszelki wypadek.
Ja pierdole… — mruknął pod nosem, opierając ręce na kolanach i nachylając się do przodu. — Co za wariatka.

Indie ᥫ᭡.ִֶָ𓂃
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
wide awake, gettin' half-past zero, it's gettin' heated so i leave the windows open
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zamknięte drzwi i dźwięk przekręcanego zamka owszem, wiązał się z pewnego rodzaju ulgą, choć nawet nie w połowie tak dużą jak powinien — niby oficjalnie sygnalizował koniec całej tej przepychanki, bezpieczeństwo, ale wcale nie zwrócił Indie poczucia wewnętrznego spokoju. Chyba nieco naiwnie liczyła na to, że całe to ogromne napięcie miało opuścić mieszkanie Lucasa razem z Charlotte, ale nic bardziej mylnego. W jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób wciąż czuła się dokładnie tak, jakby nadal była pod jej atakiem albo chociaż jego groźbą. Wciąż czuła w sobie to charakterystyczne, nieustające napięcie, choć w teorii nie miała do niego już żadnych powodów, wciąż mieszały się w niej najbardziej sprzeczne emocje. Gniew wciąż zlewał się z żalem w jedną, niewyraźną całość, a Indie wciąż nie była w stanie powiedzieć, co tak naprawdę czuła najmocniej: złość, rozgoryczenie czy przejmującą bezsilność. Chuj, pojęcia nie miała, może wszystkie trzy na raz?
No pierdolnięta... zdrowo — potwierdziła z krótkim przytaknięciem, niby to w wyrazie swojej szczerej, całkowitej zgody, ale finalnie nie zabrzmiała przy tym na pełną przekonania. Bynajmniej nie towarzyszyły jej już ta sama energia i pewność siebie, z którymi pyskowała Charlotte zaledwie chwilę temu. W głosie oprócz zdecydowania zabrakło też entuzjazmu, bo chociaż to wszystko powinno być jej triumfem, swojego rodzaju zwycięstwem, to jakoś wcale nie czuła się wygrana. Ani trochę. Nie potrafiła być dumna z siebie i osiągniętych w tym konflikcie rezultatów, nie kiedy miała nieodparte poczucie, że owszem, dała właśnie wspaniały popis, ale nie siły charakteru czy ponadprzeciętnej odwagi, tylko bezczelności i zwyczajnego, ordynarnego skurwysyństwa.
Źle jej z tym wszystkim było. Źle naprawdę, tak, że jak nigdy miała dziwną ochotę przyznać się do tego Lucasowi na głos, ale sama nawet nie wiedziała co takiego miałaby powiedzieć. Że jej przykro było? No było, pewnie, że było jej przykro, w kurwę nawet, ale co z tego? Zgadywała, że raczej nie jej jednej. Zresztą, nie było potrzeby tego mówić — wcale nie musiała obwieszczać, że może jednak troszkę jej to wszystko ciążyło, bo widać było. Przecież widać było i to na pierwszy rzut oka, jeśli nie po wbitym w losowy punkt ledwo obecnym spojrzeniu, to po sposobie, w jaki nie podjęła nawet jednej, nędznej próby zapełnienia ciszy, w której tymczasowo pogrążył się korytarz.
Milczała, bo myślała, wbrew własnej woli zaczynając przyswajać i przetwarzać wszystko to, co usłyszała właśnie od Charlotte, bo niestety, ale na jej słowa Indie odporna była tylko tak długo, jak nie miała czasu realnie przyjąć ich do wiadomości. Wystarczyło, że była czynnie zaangażowana w kłótnię i problem rozwiązywał się sam, bo po prostu brakowało sposobności na to, żeby brać je do siebie, ale teraz? Teraz przestrzeni na refleksję miała aż w nadmiarze, a im więcej czasu jej poświęcała, tym gorzej zaczynała się z tym wszystkim czuć. Absolutnie nie chciała dać sobie szansy na to, żeby jeszcze nie daj Boże się rozkleić, więc za chwilę w ramach usilnych prób przekierowania własnych myśli na inny, milszy tor, podniosła spojrzenie do góry, z powrotem na twarz Lucasa. Zrobiła to z jednoznacznym zamiarem przerwania ciszy, ale nie odezwała się od razu — wyraźnie widać było, jak przez kilka sekund intensywnie przekopywała własne myśli w poszukiwaniu właściwych słów, jakiejś mistycznej poprawnej odpowiedzi, która byłaby taktowna, jakkolwiek adekwatna, ale nie od dziś wiadomo było, że Indie nie była ani taktowna, ani adekwatna, więc... żadnym szokiem nie był fakt, że była w tych staraniach kompletnie bezskuteczna. Zaledwie cztery sekundy namysłu wystarczyły jej na dojście do wniosku, że chyba jednak wysrane miała w takt, zwłaszcza, że szybka rewizja priorytetów wskazywała inną, bardziej naglącą potrzebę.
Chodź na szluga, co? — Albo pięć, chociaż umówmy się, wcale nie proponowała tego wyłącznie dlatego, że aż tak bardzo chciało jej się jarać. Nie chodziło tylko o papierosa, ale o całą resztę też — o znajomy, uspokajający rytuał, o zadanie, w które mogła włożyć swoją nerwową energię, no i o to, że gdyby nie miała na podorędziu prostego, przyziemnego pytania, niewykluczone, że jeszcze długo nie wiedziałaby co powinna powiedzieć. Bardzo długo.

lucas 𐔌՞. .՞𐦯
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
25 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
Lucas jest człowiekiem, którego wszędzie pełno. Wulkan energii, który chociaż przeszedł w życiu poważną kontuzję, która wywaliła mu całe życie, wciąż bierze z niego to co najlepsze. Do tego jest durny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lucas miał co do tego wszystkiego, co się stało mieszane uczucia.
Z jednej strony za grosze nie było mu szkoda Charlotte po tym wszystkim, co przed chwilą pokazała, to jak zwracała się do niego i Indie, jak wbiła do jego mieszkania z buta i zasiała kompletne spustoszenie… na to nie było usprawiedliwienia. A jednak niektóre rzeczy, które powiedziała, wcale nie mijały się z prawdą. Miała racje.
Bo to ona była przy nim, kiedy tęsknił za Indie. Kiedy nie umiał nie tracić dobrego humoru na rzecz jednego wspomnienia o niej. Kiedy szukał jej zawzięcie, jak ostatni idiota sprawdzając nekrologi, chcąc się upewnić, że wszystko z nią było okej. Zachowywał się swego czasu jak ostatni wariat, a Charlotte go takiego wzięła. 
Wyprowadziła go na prostą.
Sprawiła, że na moment zapomniał. 
Tylko co z tego, jak Caldwell znowu się pojawiła i wyjebała to wszystko do góry nogami? Ruda dobrze wiedziała, co powiedzieć, żeby zabolało. Była jedyną poduszką, w którą Lucas się przysłowiowo wypłakiwał, znała jego słabe punkty i nawet w furii, w jaką wpadła, wiedziała, że jego czułym punkte był strach, że Indie znowu zniknie. Wiedział, że nie. Czuł, że nie. A jednak to było silniejsze od niego. Siedziała w nim głęboko pewna nieprzepracowana trauma. To było coś, czego nie dało się wyzbyć po jednym zapewnieniu ze strony przyjaciółki, a może nawet nigdy.
Trwał oparty o chłodne drzwi przez dobre kilka minut. Ich ciężkie oddechy blindowały się ze sobą. Wyglądali przez moment jakby to ze sobą się pokłócili i tak tym zziaziali, chociaż prawda była zupełnie inna. Dał sobie chwile na na uporządkowanie głowy nie zadziałało, po czy mw końcu odbił się i wstał na nogi. Zawiesił niebieskie spojrzenie na Caldwell, a na jego twarz po raz pierwszy od kilku minut wyszedł delikatny uśmiech, gdy ta zaproponowała papierosa.
Szlug leczy wszystkie rany, tak kiedyś mówili, kiedy miewali głębokie rozmowy po zielsku o trzeciej nad ranem na plaży nad jeziorem. Może i finalnie nie uleczył w s z y s t k i c h, ale jakieś tam na pewno. Może tym razem też pomoże, a już na pewno nie zaszkodzi.
Idę — rzucił spokojnie i ruszył tuż za nią. Z kuchennego blatu zgarnął paczkę papierosów i zapalniczkę w jakaś żabę z zezem, którą znalazł podczas ich ostatniej wizyty w wesołym miasteczku. Rozsiadł się wygodnie na jednym z krzeseł przy szklanym stole, a następnie umieścił peta w ustach i od razu odpalił, by zaraz przesunąć cały zestaw w stronę Indie.
Dym przyjemnie zajął jego płuca. Przytrzymał go tam nieco dłużej niż zwykle, nawet na moment nie spuszczając z niej spojrzenie. Z jej przenikliwych oczu, pełnych ust i…
Ale jej powiedziałaś z tymi gaciami — wtrącił w końcu, pozwalają, żeby kącik ust uniósł się ku górze, nim zginał za smuga dymu. — I jak ją pchnęłaś na ścianę… — może nie jedna osoba nazwała by to czystym objawem agresji, poczuła się tym zgorszona i skarciłaby Indie za swoje zachowanie, ale on nie. Jemu to… autentycznie zaimponowało. Zawsze przecież lubił to, że była nieustraszona. Że za przyjaciół wskoczyłaby w ogień. W ogóle cała ta jej zadziorna strona bardzo mu się podobała.
Może dlatego po chwili zostawił papierosa w ustach i nachylił się w jej kierunku. Zacisnął długie palce na metalowej nóżce i nie ściągając z niej spojrzenia, przysunął ją do siebie bliżej, jakby nic nie ważyła. Krzesło szurnęło po kafelkach, a zaraz zetknęło się z tym Millera.
Wiesz o tym, że to co ona mówiła to brednie, prawda? — musiał ją o to zapytać. Tylko co dokładnie miał na myśli? To kiedy wytknęła Indie, że się kurwi, kiedy kazała jej znowu wyjechać i nigdy nie wracać, a może całokształt? Bo dla Millera to nic z tego nie miało znaczenia. Chociaż to, że za nią wył, kiedy Charlotte pojawiła się w jego życiu… — Każdy wie, że płakałem tylko na Królu Lwie — a jednak postanowił odwrócić do wszystko w żart. Znowu się do niej nachylił, tym razem szarpnął bezczelnie za jej nogi i zarzucił je sobie na kolana, układając na nich miękko dłonie. — Lucas Miller nie płacze za babami.
Chociaż za tą jedną faktycznie płakał.

Indie <3
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
wide awake, gettin' half-past zero, it's gettin' heated so i leave the windows open
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W ciszy przyjęła od Lucasa paczkę i zapalniczkę, odpalając własnego szluga i mrużąc delikatnie oczy wraz z pierwszym, głębokim zaciągnięciem. Jego słowa, pierwsze po dłuższej chwili zgodnego, obustronnego milczenia, skwitowała natomiast uśmiechem. Może lekkim, ale zupełnie szczerym, mimo, że nie rozumiała.
Dla niemal kogokolwiek innego, taki popis charakteru byłby dostatecznym powodem, żeby z miejsca sklasyfikować Caldwell jako zwykłą patusiarę, alternatywnie — uznać ją za niepoczytalną, równie (jeśli nie bardziej) zdrowo pierdolniętą co Charlotte. Znała to przecież już z autopsji, w końcu słyszała to niejednokrotnie: szkoda, po prostu szkoda, że buzię miała taką śliczną, a charakter taki paskudny. W oczach przeciętnego człowieka uchodziła za bezczelną, przepełnioną irracjonalnym gniewem awanturniczkę, której bardziej niż piątej klepki brakowało tylko jakichkolwiek ambicji czy perspektyw na przyszłość. Wiedziała to o sobie bardzo dobrze, bo zawsze była trochę zbyt, od dziecka. Zbyt głośna, zbyt wulgarna, zbyt impulsywna, zbyt wygadana albo zbyt trudna... już dawno temu musiała przywyknąć do świadomości, że mało kto widział w niej więcej niż tylko głupią, pyskatą gówniarę.
Ale nie on. Nie Lucas, przy którym nigdy nie czuła się zobowiązana udawać kogoś, kim wcale nie była. Nigdy nie musiała gryźć się przy nim w język ani przepraszać za zgorzknienie, nigdy nie kazał jej tłumaczyć się z intensywnej złości ani decyzji, które podejmowała będąc pod jej wpływem. Zawsze okazywał wobec nich zrozumienie, dokładnie tak, jak robił to teraz. Nie wiedziała dlaczego. Naprawdę nie rozumiała, co takiego w niej widział. W głowie jej się kurwa nie mieściło, więc zaciągając się dymem spojrzenie miała nadal trochę nieobecne, zamyślone, utkwione hardo gdzieś w horyzont, przynajmniej do momentu, w którym Miller jednym, zwinnym ruchem przysunął jej krzesło do swojego i skutecznie wyrwał ją tym samym z tego dziwnego letargu. Wówczas od razu podniosła na niego swój wzrok, przyglądając się Lucasowi z tą samą wnikliwością, co on jej — znajome rysy twarzy lustrowała prawie tak samo uważnie, jak słuchała jego kolejnych słów.
Wiem — zapewniła z krótkim kiwnięciem głowy, szybko, pospiesznie, niby bez zawahania, choć przecież było to z jej strony jawnym, perfidnym kłamstwem. Prawda była taka, że nie, nie wiedziała — wcale nie miała pewności, czy co do pewnych rzeczy Charlotte nie miała racji. Wybitnie rzadko zdarzało jej się realnie brać do siebie opinie ludzi, których nie uważała za swoich bliskich, ale... ciężko było machnąć ręką na słowa rudej, kiedy tak trafnie i boleśnie uderzyła nimi w Indie, która po usłyszeniu jej tyrady nawet bardziej miała poczucie, że w żaden sposób nie zasługiwała sobie na wybaczenie i zrozumienie Lucasa. Dlatego kiedy po tym wszystkim jeszcze miał siłę zdobyć się na odrobinę dowcipu i spróbować obrócić to wszystko w żart, coś w niej pękło. Po prostu. — Nie chciałam — rzuciła cicho, prawie że bezgłośnie, niemal dławiąc się na własnych słowach, kiedy zamiast opuścić usta utknęły w zaciśniętej nerwami krtani. Czuła się jeszcze żałośniej niż brzmiała, a chociaż za wszelką cenę próbowała zachować fason i nie stracić kontroli nad emocjami, z jej gardła bez ostrzeżenia wyrwał się... szloch. Cichy, kompletnie niekontrolowany szloch, który kazał jej natychmiast odwrócić spojrzenie i ze wstydem schować twarz w materiale jego koszulki. — Nie chciałam — spróbowała powtórzyć mimo wszystko, co, nawiasem mówiąc, w niczym nie pomogło. Pełnoprawnym rykiem zaniosła się jeszcze przed końcem swojego zdania, bo Lucas Miller może nie płakał za babami, ale wyglądało na to, że baby — czy im się to podobało, czy nie — niestety czasem płakały za Lucasem.
Częściej niż to sobie wyobrażał.

lucas 𑣲⋆
ʟᴇᴏ
wszytko, tylko nie ai slop i brak przecinków
ODPOWIEDZ

Wróć do „#7”