three
l'enfer, c'est les autres
Przebudził się już w drugim samolocie, bez pamięci samej przesiadki, jednak nie było to nic nowego. Leif znał nawyki swojego pracodawcy podobnie jak reszta załogi i nie robili tego po raz pierwszy. Podróże były dla Raphaela czymś naturalnym, niemal bardziej naturalnym niż pozostawanie w jednym miejscu; nie przywiązywał się do geografii, ponieważ geografia była dla ludzi, którzy musieli dokądś należeć, podczas gdy on od dawna należał przede wszystkim do własnych decyzji. Wykorzystywanie okazji przelotu do własnych, hedonistycznych przyzwyczajeń również nie wydawało mu się niczym niezwykłym. Codzienność nie miała granic — nie należała jedynie do ziemi, wody czy powietrza. Była złożeniem setek czynników, przestrzeni, ludzi, pieniędzy, substancji, informacji, ciszy i nagłych impulsów, które dla przeciętnego człowieka pozostawałyby całkowicie od siebie odseparowane, podczas gdy dla Raphaela wszystkie stanowiły jeden organizm, jedną wielką maszynę, której działanie można było obserwować tylko wtedy, gdy człowiek nauczył się patrzeć na nią z odpowiedniej wysokości. Zasięg Valencourta nie ograniczał się więc do jednej płaszczyzny. Nie był człowiekiem jednego domu, jednego miasta ani nawet jednego kontynentu. Jego życie składało się z przejść. Samolot był tylko kolejnym pokojem, samochód — korytarzem, hotel — poczekalnią, a prywatna rezydencja, choć należała do niego bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce, pozostawała zaledwie kolejnym punktem, w którym przez kilka godzin można było odłożyć ciężar świata.
Po kilku godzinach był już przytomny, lecz po wylądowaniu, po wejściu do auta i podczas podróży do Szesnastej Dzielnicy Paryża wciąż pozostawał nieobecny. Nie odczuwał przy tym zniecierpliwienia wobec Prowadzącej; przeciwnie, jej obecność była dla niego niemal równie pozbawiona znaczenia jak mijane za szybą fasady. Nie patrzył na nią. Nie musiał. Z ciemnymi okularami na twarzy odpowiadał poprawnie, lecz z opóźnieniem, jakby każda myśl potrzebowała dodatkowej chwili, żeby przebyć drogę pomiędzy świadomością a ustami. Miał ciężkie powieki, problemy z oceną czasu i charakterystyczne poczucie, że myśl pojawiała się sekundę później, niż powinna. Nic jednak, do czego nie nawykł. Znał własne ciało wystarczająco dobrze, aby rozpoznać jego stan bez konieczności nazywania go. Wiedział, że za kilka godzin wszystko miało być na swoim miejscu. Umysł miał odzyskać ostrość, dłonie przestać być ciężkie, świat odzyskać swoje proporcje, a rzeczy, które teraz wydawały się oddalone o kilka centymetrów za szybą, znowu miały znaleźć się dokładnie tam, gdzie powinny. Nie martwiło go to. Martwił go raczej fakt, że wciąż pamiętał wiadomość od ojca.
Od opuszczenia pokładu G700 nie odezwał się do niej słowem. Nie dlatego, że chciał ją ukarać ciszą. Kara wymagała zaangażowania, a on nie miał go dla niej. W kamienicy każde z nich ruszyło w swoją stronę — Leif pozostał u jego boku, podczas gdy francuscy pracownicy zajęli się Glass. Raphael nie interesował się szczegółami organizacji tego przejścia. W jego świadomości było ono jedynie kolejnym etapem pomiędzy jednym zamkniętym pomieszczeniem a drugim. Kiedy samochód wjechał głębiej w Szesnastą Dzielnicę, zaczął jednak odzyskiwać zainteresowanie otoczeniem. Paryż nocą posiadał tę szczególną właściwość, której nie posiadało większość miast: nawet jego bogactwo wyglądało jak coś starego, niemal zmęczonego własnym pięknem. Za szybą przesuwały się kamienne fasady, balkony, drzewa, żelazne ogrodzenia i wysokie okna, za którymi ktoś jadł kolację, ktoś kłócił się z kimś, ktoś spał, a ktoś inny prawdopodobnie podejmował decyzję, która miała następnego dnia zmienić cudze życie. Raphael patrzył na to wszystko z obojętnością człowieka, który wiedział, że każda z tych prywatnych historii była znacznie bardziej skomplikowana, niż pozwalała przypuszczać fasada. Tego nauczył się bardzo wcześnie: dom nigdy nie oznaczał bezpieczeństwa. Dom oznaczał jedynie miejsce, w którym sekrety miały własne pokoje.
Wylatując z Bahamów, była szósta rano. Na ziemi paryskiej była dwudziesta pierwsza i ta różnica czasu nie wydawała mu się już różnicą. Po kilku godzinach snu nie miał ochoty na więcej odpoczynku. Nie miał także jasności umysłu, aby angażować się w nocne życie europejskiej stolicy.
Jeszcze nie miał. To „jeszcze” było dla niego wystarczające. Raphael nigdy nie składał obietnic własnemu ciału, których nie zamierzał dotrzymać. Wiedział, że noc może jeszcze należeć do niego. Teraz jednak doceniał urywki spokoju i nie zamierzał ich pomijać. Kiedy wysiadł z samochodu, spojrzał na budynek swojej paryskiej rezydencji i przez chwilę zatrzymał wzrok na jego fasadzie. Nie była to ostentacyjna posiadłość w znaczeniu, jakie zwykle przypisywano ludziom jego nazwiska. Nie było monumentalnej bramy, przez którą trzeba było przejechać kilometrami, ani kolumnady mającej przypominać wszystkim przechodniom, że jej właściciel posiada więcej niż oni. Kamienica miała coś znacznie bardziej niebezpiecznego: dyskrecję. Wysoka, elegancka fasada łączyła kilka odmiennych rytmów architektonicznych, jakby budynek przez lata obrastał kolejnymi warstwami cudzych ambicji. Ciemny dach mansardowy, rząd charakterystycznych okien, kamienne obramowania, wysokie drzewa przy ulicy i ciężkie czarne ogrodzenie tworzyły całość, która z perspektywy ulicy wydawała się bardziej europejskim dziedzictwem niż prywatnym azylem człowieka, który potrafił jednym podpisem przesunąć miliony dolarów z jednego miejsca na drugie. Raphael lubił właśnie tę sprzeczność. Dom nie krzyczał, że należy do niego. Dom pozwalał, aby człowiek sam doszedł do tego wniosku. Za żelazną bramą zaczynała się przestrzeń, w której Paryż stawał się odległy, choć znajdował się zaledwie kilka metrów dalej. Drzewa tworzyły naturalną zasłonę, ich liście poruszały się nad ogrodzeniem, a kamienne elewacje sąsiednich rezydencji sprawiały, że cała ulica przypominała scenografię z epoki, w której bogactwo nie musiało jeszcze udowadniać swojej wartości poprzez wysokość wieżowca. Raphael przeszedł przez wejście bez słowa. Znał ten dom w sposób, w jaki znało się własne ciało: pamiętał odległości, skrzypnięcia, kąty światła, miejsca, w których nocą można było stanąć i przez kilka minut nie być widzianym przez nikogo. A jednak nie zatrzymał się w środku.
Kilka godzin później wyszedł na dach. Nie po to, aby oglądać Paryż. Paryż widział zbyt często. Wyszedł, żeby patrzeć ponad nim. Kosmiczna przestrzeń Wszechświata miała dla niego tę przewagę nad ludźmi, że nie domagała się żadnych odpowiedzi. Nie pytała o nazwisko, pieniądze, rodzinę, Aukcję ani Prowadzącą. Nie interesowała jej reputacja Valencourtów. Gwiazdy nie wiedziały, kim był Alastair. Nie wiedziały, co zrobił Raphael. Nie wiedziały, co zamierzał zrobić. Była to jedna z niewielu przestrzeni, w której nazwisko nie posiadało żadnej wartości. Siedział więc sam, z dala od oczu innych, Leifa, służby, Prowadzącej, od ludzi, którzy zawsze czegoś chcieli, czegoś oczekiwali lub coś oceniali. Wiatr poruszał jego włosami. Pod nim Paryż trwał w swoim zwyczajnym, eleganckim chaosie. Samochody przesuwały się ulicami. Gdzieś daleko rozbłyskiwały światła. Ktoś prawdopodobnie otwierał butelkę wina. Ktoś zamykał drzwi. Ktoś całował osobę, której rano miał żałować. Miasto robiło to, co miasta robiły od zawsze: pozwalało ludziom wierzyć, że ich dramat był wyjątkowy.
Raphael wyciągnął telefon. Zignorował wiadomość od DuPont. Potem zobaczył maila od własnego ojca. Sam widok imienia Alastaira wystarczył, aby poczuł nieprzyjemnie podchodzący kwas żołądkowy pod samo gardło. Nie otworzył wiadomości od razu. Patrzył na ekran, jakby przez tę krótką zwłokę mógł zmienić jej treść. Oczywiście nie mógł. Alastair nie należał do ludzi, których można było odsunąć od siebie przez brak odpowiedzi. Milczenie również było dla niego komunikatem. Brak reakcji również posiadał znaczenie. Raphael wiedział o tym doskonale. Wiedział też, że zakup Prowadzącej miał przyciągnąć uwagę. Właśnie tego chciał, a zarazem właśnie tego najbardziej się obawiał. Jego ojciec nie widział w swoim dziecku rozpuszczonego dziedzica nepotystycznej machiny. Przynajmniej nie naprawdę. Taki Raphael istniał wyłącznie na powierzchni — młody Valencourt, który mógł pozwolić sobie na wszystko, ponieważ nazwisko otwierało mu drzwi, zanim zdążył położyć dłoń na klamce. Dla większości świata był właśnie taki: rozpieszczony, inteligentny, niebezpiecznie uprzywilejowany. Lecz najważniejsi gracze przewidywali ruchy. Nie byli ludźmi, których można było oszukać tanim teatrem. Przechodzili tę samą antyczną szkołę, co on. Zostali uformowani przez podobne zasady, przez ten sam system, w którym człowieka najpierw pozbawiano złudzeń, a następnie dawano mu władzę w zamian za lojalność. Modelowali go na swoje podobieństwo, a mimo wszystko Raphael podjął się walki z systemem, który go wychował. Z siłami tak skrajnie większymi od niego, że sam pomysł zwycięstwa był niemal absurdalny.
Pamiętał wiadomość, jaką dostał nocą tuż przed rozpoczęciem Aukcji. Rozkaz. „Nie licytuj po to, aby wygrać.” Nie miało znaczenia, czy wysłał go ojciec, czy ktoś inny. Miał przestrzegać procedury. Miał się słuchać. Miał być taki jak do tej pory — pasywny. Człowiek, który wykonywał ruchy zgodne z oczekiwaniami innych, człowiek, którego można przewidzieć, ponieważ został odpowiednio wychowany — nawet jeśli w oczach innych był chaotyczny. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z jego odmiennych planów.
Po wygraniu Prowadzącej ojciec ani nikt z rodziny nie mógł w jakikolwiek sposób jej odebrać bez ujawnienia, że wydarzyło się coś, czego nie planowali. Nie mogli publicznie go złajać. Nie mogli wycofać się ani anulować transakcji. Wszystko musiało wyglądać wobec zewnętrznego świata jak zamierzona czynność. Jak plan, który Valencourtowie mieli w zamiarach od dłuższego czasu. To właśnie było piękno i przekleństwo ludzi takich jak jego rodzina: nawet kiedy ktoś popełniał błąd, natychmiast budowano wokół niego narrację, która sprawiała, że wyglądał jak część strategii. Władza nie polegała wyłącznie na tym, że można było robić wszystko. Polegała na tym, że można było sprawić, aby inni uwierzyli, iż wszystko, co się zrobiło, było zaplanowane.
Reperkusje miały nadejść. Raphael był tego świadomy. Był tego pewny. Nie wiedział jednak kiedy. I właśnie to „kiedy” było najgorszą częścią. Bo pierwszy raz od długiego czasu — bał się. Nie zamierzał kłamać przed samym sobą aż tak bardzo. Bał się ojca. Bał się ludzi, których nazwisk nigdy nie wypowiadano przy stole. Bał się konsekwencji własnego ruchu. Bał się również tego, że być może przecenił siebie. Jednak bardziej niż bólu gorsze było oczekiwanie. Ból, kiedy już się rozpoczął, posiadał pewną uczciwość. Trwał. Człowiek wiedział, że go doświadczał. Wiedział, gdzie się znajdował. Wiedział, że każda sekunda przybliżała go do końca. Wiedział, że ból, kiedyś miał się skończyć. Niepewność była natomiast okrutna, ponieważ nie posiadała granic. Mogła trwać godzinę albo rok. Mogła przybrać postać telefonu o drugiej w nocy, samochodu stojącego zbyt długo pod domem, nazwiska wypowiedzianego przy kolacji, którego nie powinno tam być. Mogła być niczym albo wszystkim. I właśnie dlatego potrafiła człowieka zniszczyć szybciej niż sam ból.
Architekci tego świata nie wzięli jednak pod uwagę, że był na to gotowy. Że stworzyli sylwetkę, która doskonale zdawała sobie sprawę, iż aby coś osiągnąć, trzeba było przejść przez piekło. Musiał zaryzykować. Jeśli coś miał zdobyć, miał to zdobyć ceną, której inni nie chcieli zapłacić. Nie dlatego, że uważał się za niezwyciężonego. Wprost przeciwnie. Wiedział, że mógł przegrać. Wiedział, że mógł zostać zniszczony, upokorzony, odsunięty, pozbawiony pozycji, a nawet tego wszystkiego, co dotąd uważał za własne. Ale istniała jedna rzecz, której nie zamierzał oddać: możliwość dokonania własnego wyboru. Oczekiwanie na zmiany było dla niego regresem, brakiem potencjału i zależnością od decyzji podejmowanych przez innych, a on był tego przeciwieństwem. Dlatego też nie mógł przegrać.
Nie chodziło już o Prowadzącą. Nie chodziło nawet o Aukcję. Chodziło o pierwszą rzecz, którą zrobił w życiu nie dlatego, że ktoś mu ją nakazał, lecz dlatego, że sam uznał ją za konieczną. I choć świadomość tej wolności budziła w nim strach niemal równie silny jak groźba konsekwencji, nie zamierzał się cofnąć. Spojrzał jeszcze raz na nocne niebo. Potem na ekran telefonu. Nazwisko ojca nadal tam było. Schował telefon do kieszeni i pozostał na dachu, zaciągając się dymem papierosowym, nieruchomy pośród paryskiej nocy, jakby chciał przez chwilę sprawdzić, czy Wszechświat rzeczywiście pozostawał obojętny wobec jego decyzji. Pozostał. I właśnie ta obojętność, paradoksalnie, dała mu więcej spokoju niż jakiekolwiek zapewnienie, jakie mógłby otrzymać od człowieka.
Sadie Glass