Ulga. To uczucie zalało Luciena, kiedy wreszcie mógł ją przy sobie poczuć. Bez względu na to, jak bardzo Zoya próbowała walczyć z nim i ze sobą, nie miał zamiaru ją przed tym powstrzymywać. Skoro mieli względem siebie podobne odczucia, wiedział, jak było trudno zapanować nad tym, co się w niej kłębiło.
Nadmiar emocji i myśli, które wcześniej również i jemu mąciły w głowie, pod wpływem jej bliskości przyniosły mu spokój, a ten z kolei uformował zaskakujące, a przy tym bardzo wyraźne wnioski. Wewnętrzna potrzeba, by się nimi podzielić, była silniejsza od niego, sprawiając, że zaczął mówić.
Jej mina wyrażała wiele — od dezorientacji, przez zmęczenie i strzępki gniewu, które malowały się w jej bystrych, niebieskich oczach. Mimo niezadowolenia i próby wyswobodzenia się z jego rąk, trzymał ją mocno, zmuszając ją do posłuszeństwa.
Już wcześniej przejawiała niepokorność i ognisty temperament. Te prowokacje jednak zupełnie nie robiły na nim wrażenia, a już na pewno nie takiego, jakiego mogłaby oczekiwać. Mogła się na niego wściekać, boczyć i przed nim uciekać, ale to nie zmieniało tego, jak na nią patrzył.
Wbrew pozorom to nie
matka jego dziecka wysuwała mu się na pierwszy plan, gdy o niej myślał.
Przyjaciółka natomiast wydawała się sporym niedomówieniem, wszak tak określał Maggie i Ellie. Ciężko było nadać im konkretną metkę, kiedy to, co działo się między nimi, było niejasne. Niemniej chciał się przekonać, do czego właściwie ich to prowadziło.
Musiała usłyszeć to, co miał jej do powiedzenia. Teraz, kiedy ułożył sobie wszystko w głowie i zdobył się na odwagę, nie było już odwrotu. Nawet, gdy Zoya zdawała się nie chcieć tego słuchać, nie poddawał się, pozwalając wybrzmieć na głos kolejnym wyznaniom, które unosiły się w powietrzu między nimi. Był przy tym nad wyraz opanowany i pewny swego, bo trzymała go świadomość, że ich wcześniejsze zachowanie nie wzięło się
znikąd.
Ale następująca po chwili ciszy niejednoznaczna odpowiedź ciemnowłosej na ułamek sekundy zbiła go z tropu. Mimowolnie wciągnął powietrze nieco mocniej, zastanawiając się w myślach, czy niechęć do romansu z kimkolwiek spowodowana była nim, czy ciążą.
Zaraz jednak podniosła na niego spojrzenie, a wtedy w jej oczach dostrzegł gamę emocji, z których rozszyfrował lęk, wahanie, ale też coś znacznie cieplejszego — pewną ufność. W tej chwili kobieta wydała mu się tak niewiarygodnie krucha, że i jego jasne tęczówki odpowiedziały jej pełnym spokoju i ciepła spojrzeniem, które wzmocniło się, gdy położyła mu dłonie na biodrach i postanowiła kontynuować ostrożnym głosem.
Słuchał jej uważnie. Miała rację. Nie znali się. A posiadanie dziecka z kimś obcym zdecydowanie wykraczało poza strefę komfortu. Niemniej wyglądało na to, że… myśleli podobnie. Bo on też chciał ją poznać. Nie w głowie mu były inne kobiety i przelotne romanse, bo uważał, że
teraz powinien skupić się na tym, co ważne. Dla dobra dziecka.
Nie uciekł od niej wzrokiem nawet, kiedy urwała na chwilę i wbiła mu paznokcie w skórę, sprawiając, że na kilka sekund zaskoczony tym uszczypnięciem zacisnął mocniej szczęki. Przełknął zaraz ślinę, odpowiadając na jej uśmiech tym samym.
—
Jeszcze się o tym przekonamy — przyznał, zupełnie nie
przestraszony jej słowami. On też jeszcze nie był pewien, co to wszystko oznaczało, ale ciekawość zwyciężała nad wszelkimi obawami.
W tym momencie jeszcze nic nie zobowiązywało ich do tego, żeby naprawdę sprawdzić, czym była ta więź, którą odczuwali względem siebie. Czysta fascynacja? Pożądanie? Świadomość zostania rodzicami? Nie mogli stwierdzić tego na podstawie zaledwie czterech spotkań. Potrzebowali więcej czasu. Mieli na to siedem miesięcy, żeby zrozumieć, co do siebie czuli, zanim ich życia zmienią się na dobre i nie będzie już
czasu na docieranie się.
Następne słowa Zoi wraz z ujęciem jego ręki w obie dłonie i czającą się w oczach nadzieją sprawiły, że patrzył na nią przez kilka sekund w milczeniu, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że za całym jej temperamentem kryła się również bardzo pragmatyczna postawa. I to chyba urzekało go w niej najbardziej.
—
To jest do wykonania. Ale musimy jeszcze trochę popracować nad szczerością — przytaknął finalnie, zaciskając subtelnie palce w jej dłoniach i odwzajemniając jej łagodny uśmiech, by po chwili unieść swoją rękę i musnąć ustami wierzch jej dłoni w delikatnym pocałunku, jakby tym osobliwym gestem właśnie przypieczętował obietnicę.
Miał pełną świadomość tego, co stało na szali. Dziecko nie mogło odpowiadać za błędy swoich rodziców, musieli więc być ostrożni. Co nie zmieniało faktu, że oboje właśnie dawali sobie zielone światło.
—
Właściwie możemy zacząć pracować nad nią od teraz. Małymi krokami — uśmiechnął się bardziej łobuzersko, a jego oczy rozbłysły. Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, pociągnął ją w stronę pozostałych znajomych.
Przez całą drogę trzymał ją za rękę, w międzyczasie splatając ich palce ze sobą, i z uśmiechem na ustach, jakby nigdy nic, podszedł do grupki opalających się przyjaciół.
Nie dało się nie zauważyć tych uważnych spojrzeń, jakimi pozostali obdarzyli Luciena i Zoyę, ale mężczyznę wcale to nie obeszło. Zacisnął tylko dłoń mocniej na tej ciemnowłosej w niemym akcie otuchy, przy okazji nie pozostawiając wątpliwości co do ich
przyjaźni.
—
Wszystko w porządku, Luke? — zapytała Ellie, z cieniem uśmiechu spoglądając to na niego, to na Zoyę.
—
Teraz już w najlepszym — odparł, zerkając na moment na Weasley, zanim odwrócił wzrok z powrotem na resztę. —
Jesteście głodni? Chodź, Henry, ogarniemy jakieś żarcie — zaproponował swobodnie. —
Tylko bądźcie grzeczne, dobrze? — zastrzegł z uniesionymi zawadiacko kącikami ust, posyłając znaczące spojrzenie najpierw Zoi, potem dziewczynom. Zamierzał oczyścić atmosferę tak, jak tego chciała.
Następnie puścił dłoń ciemnowłosej i ruszył z Henry’m w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Gdy znaleźli się przy lodówce, żeby wyciągnąć z niej przygotowane przez Marię pizze i wstawić je do pieczenia, Lucien zdobył się na przeprosiny, uznając, że rzeczywiście
trochę go poniosło.
—
Czyli to nie jest tylko przyjaciółka, hm? — Henry uśmiechnął się pod nosem, teraz rozumiejąc znacznie więcej.
Spencer, czując mimowolnie poszerzający się na jego twarzy uśmiech, przygryzł wargę, po czym pokręcił przecząco głową. Mężczyźni tak naprawdę nie potrzebowali więcej wyjaśnień, żeby po chwili wszystko wróciło do normy.
Akurat w oczekiwaniu na podgrzanie rozprawiali o nowych ulepszeniach w aucie Henry’ego, kiedy Ellie z Zoyą przeszły obok, żeby porobić sobie zdjęcia przy barierce. Lucien na chwilę złapał kontakt wzrokowy z ciemnowłosą, a kącik jego ust drgnął nieznacznie ku górze. Miała na sobie jego koszulę.
Gdy zawołali wszystkich na pizzę, Ellie rzuciła uszczypliwą uwagę na temat braku kuchennych zdolności Luciena, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem, co całkowicie rozluźniło atmosferę. Lucien zrobił obok siebie miejsce dla Zoi i skinął na nią, żeby usiadła przy nim. Nie zamierzał już popełniać tych samych błędów, pilnował się, poza tym
chciał mieć ją blisko.
W pewnym momencie, całkowicie ukontentowany smakowitą pizzą, rozłożył się wygodniej na kanapie, opierając swobodnie ramię o oparcie, tuż za plecami Zoi. Z pozoru niewinnym gestem musnął palcami jej nagie ramię. Jej bliskość wydała mu się bardzo
na miejscu.
—
Hej, Luke, a gdzie Twój rolex?
Pytanie Henry'ego wyrwało go z zamyślenia. Bezwiednie spojrzał w kierunku lewej dłoni, którą obejmował Zoyę, unosząc ją demonstracyjnie na kilka sekund do góry, a przy tym
niedbale smagając skórę kobiety.
—
Zalał się — skrzywił się, ale w gruncie rzeczy w jego głosie pojawiła się jedynie odrobina żalu. Po prostu nie spodziewał się, że przyjdzie mu tak nieoczekiwanie pływać.
Zoyka