The stars, the moon, they have all been blown out
You left me in the dark
No dawn, no day, I'm always in this twilight
In the shadow of your heart
Bała się.
W tej jednej krótkiej chwili, kiedy poczuła nagłe, silne przyciągnięcie i uderzył ją zapach alkoholu zmieszanego z potem oraz ciepły oddech na własnej szyi pomyślała sobie, że w zasadzie nie ma żadnych szans. Nie przestała walczyć, bo przez cały czas w głowie szukała sposobu na wyjście z tej nieszczęsnej sytuacji, tracąc jednocześnie czas na szarpaninę, z której nic nie wynikało.
— Wybaczcie, ale… — zamarła.
Po jednej pieprzonej nutce rozpoznałaby ten głos.
To było jasne.
Z w a r i o w a ł a.
Odbiło jej, wpadła w panikę i jej mózg uznał, że dobrze będzie przywołać w myślach kogoś, kto był jej bezpiecznym oparciem. Kogoś, kto kojarzył się ze spokojem i ochroną.
Pieprzenie!
Przecież od lat to nie on dbał o jej poczucie bezpieczeństwa. Gorzej, bo był tym kto je zaburzył. Osobą, która porzuciła ją w momencie, kiedy najbardziej go potrzebowała.
Postradała więc zmysły, tylko takie wytłumaczenie na to miała.
Serce waliło tak szybko, a z każdą chwilą zdawało się przyspieszać. W chwili, gdy zrozumiała, że nie są już sami ciało zareagowało wręcz natychmiastowo, jakby w jednej sekundzie opuściła gardę i pozwoliła, by panika zalała jej ciało. Świat wokół stracił na ostrości, za to wyraźniej słyszała swój przyspieszony i ciężki oddech. Oddech, który z każdą kolejną sekundą wykonywała z większym trudem, jakby coś zaciskało się na jej klatce piersiowej coraz mocniej, coraz ciaśniej.
Odcięła się, a wszystko co działo się wokół wydawało się nierealne. Zarejestrowała męską sylwetkę, więc ktoś naprawdę tutaj był, a jej umysł w stresie płatał jej okrutny żart, podkładając
jego głos pod jakiegoś przypadkowego człowieka na parkingu. To tylko bardziej mieszało jej w głowie. Kątem oka dostrzegła jak pijany hokeista kuli się, kaszle i słyszała jak przeklinając jej
wybawcę pakuje się do samochodu wołając na koniec. —
Jesteś skończona! Lepiej zacznij się rozglądać za nową pracą — ale do niej nie docierało zarówno to, jak i fakt, że została uratowana. Słyszała jak samochód rusza, ale ciało pozostało napięte. Fala gorąca zalała ją, a myśli szalały.
Paranoja, postradałam zmysły.
Żołądek wywrócił się na drugą stronę, poczuła jak ślina zbiera się w jej ustach. Była pewna, że zaraz zwymiotuje. Stała w miejscu obserwując męską sylwetkę, która schylała się po jej kluczyki, a jej umysł szedł w zaparte wmawiając jej, że to
on... ale to nie mógł być on. Nie po tym jak przez bite pięć lat uczyła się żyć bez niego, budując bezpieczny dom dla Daisy u boku kogoś innego.
Powinna czuć się już
bezpieczniej, dlaczego więc panikowała?
Dlaczego na myśl, że to mógł być
on czuła niepokój?
I ciekawość, ale mama zawsze powtarzała, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Nogi jej drżały, nie mogła się ruszyć, a zarazem czuła, że musi. Zrobiła jeden ciężki krok i potem drugi, a stukot jej obcasów przeciął ciszę, jaka na moment między nimi zapanowała. Zmuszała się do tego napędzana poniekąd myślą o powrocie do domu, ale jednocześnie chciała też udowodnić sobie, że stojący przed nią mężczyzna nie jest tym, za kogo go uważała. Że jest tylko wytworem jej
stęsknionej wybujałej wyobraźni i zszarganych nerwów. Zrobiła jeszcze jeden ciężki krok, a stojąc nad mężczyzną ułożyła drżącą dłoń na jego ramieniu.
Otworzyła usta, odetchnęła ciężko. —
Dziękuję… — z trudem z siebie wydusiła, a potem zsunęła dłoń z ramienia i wysunęła ją otwartą w jego stronę. —
Mogę? Kluczyki… — o b o j ę t n a, taka chciała być i dokładała wszelkich starań by tak brzmieć. Rolę życia teraz odgrywała, bo jedyne czego teraz potrzebowała to tego, by spojrzał w jej stronę. Chciała, by spojrzał w jej oczy, bo musiała upewnić się, że to szaleństwo.
Potrzebowała tego, by wrócić do codzienności, którą niecałe pięć lat temu sobie obrała. Do życia całkiem
normalnego.
Prawda była taka, że prowadziła całkowicie zwyczajne życie od… zawsze. Jej rodzice byli przeciętną rodziną, zarabiali wystarczająco na utrzymanie rodziny oraz by opłacić coroczne wspólne wakacje. Posiadali nieduży dom, ale wystarczający dla ich trójki, a i tak liczył się ogród, a tego mieli pod akurat dostatkiem. W szkole bywało różnie, miewała okresy w których była jedną z lepszych uczennic, a potem przychodziły chwile, gdy odwalała głupoty i zrywała się z lekcji, ale nigdy sztywno nie trzymała się zasad, więc można się było tego po niej spodziewać. W pracy dawała z siebie wszystko, ale jak na młodą dziewczynę przestało popełniała gafy, wdawała się w romanse, niekiedy zaszalała zarywając noc i zasypiając do pracy dnia następnego. Popełniała błędy, które nie kosztowały zbyt wiele. W ogólnym rozrachunku była całkowicie zwyczajna, a jednak w tej jej prostocie i normalności
on najwyraźniej zobaczył coś niezwykłego. Może coś, czego w jego skomplikowanym życiu mu brakowało.
Życiu, które być może wykracza o wiele dalej, daleko poza przestrzeń ich kampera.
Życiu człowieka, o którym prawdopodobnie nie miała bladego pojęcia.
Życiu, do którego
już nigdy nie należała.
A jednak pomimo tych pięciu lat nieobecności wciąż wszędzie go widziała. W tłumie go szukała. W lęku potrzebowała. Musiała upewnić się, że ten, który kucał przed nią z kluczykami w ręce to nie był
on,
a potem wznowić terapię.
Nate 𖹭