but I’m not leavin you
let’s ditch it all just say the word
Serio chciała spędzić z nim miły wieczór. Wiedziała, że tamta sytuacja nie do końca została między nimi wyjaśniona, bo za każdym razem, gdy próbowali podjąć próbę jakiejkolwiek głębszej rozmowy, kończyło się tak, że lądowali w swoich ramionach. Tym razem miała nadzieję, że może ta
randkocośpodobnego sprawi, że Thallman zauważy, że gryzło ją to, jak atmosfera między nimi tak nagle przeskakiwała z jednej skrajności w drugą. Dobra, nienawidzili się. To już było wiadome. Ale fajnie było się nienawidzić i całować ze świadomością, że nie ma kolejnego argumentu wiszącego między nimi. Zamiast tego był opryskliwy i usilnie próbował jej pokazać, jaki to nie jest in charge of everything, himself included. Mkay. Uniosła brew, zerkając na niego w dół, po czym wzruszyła ramionami.
- No dobrze, skoro ci wygodnie - dodała, zanim usiadła obok niego i wręczyła mu bransoletkę pokoju. No bo w taki sposób od razu będzie wiedział, że była sorry i nie musiała mówić mu całej reszty, co nie? XD
and when these lights burn out
i hope we’ll look back and smile
Spojrzała na niego przez dłuższą chwilę, zanim zaśmiała się na jego słowa, przewracając oczami.
- A nie jest udane? Przecież tutaj jesteś, Thallman. - Chwyciła od niego blunta i zaciągnęła się, trzymając dym odrobinę dłużej w płucach, zanim go wypuściła.
- Chyba muszę robić coś dobrze. - Wsunęła włosy za ucho i posłała mu słodki uśmiech.
- Widzisz? Jesteśmy teraz matching. - Wysunęła nadgarstek w jego kierunku, chwaląc się swoim dziełem, no bo nie była aż taka artsy, okay? Serio się starała! Przyglądała mu się, gdy położył się na trawie, czekając na jego odpowiedź.
- Okej, więc? - zapytała, gdy ogłosił, że się zastanowił. Dobra, przynajmniej zaraz uzyska odpowiedź.
Kaching. Progres.
Eh. Znowu ten jebany screenshot.
Fucking knew it. Była gotowa wyjąć ten telefon i usunąć to zdjęcie, ale już serio nie wiedziała, co ma robić w tej sytuacji, poza powiedzeniem mu jeszcze raz prosto w twarz, że…
- Przepraa… - Nie dał jej dokończyć. Uchyliła lekko usta w szoku, gdy uniósł dłoń przed jej twarzą, co tylko jeszcze bardziej ją wnerwiło, bo co to w ogóle było za gest w jej kierunku? Zanim jednak zdążyła mu to wypomnieć, wypowiedział kolejne słowa, wcale na nią nie patrząc.
''Wyobraź sobie, że cię pamiętają, Rosenhall.''
Słysząc te słowa opuszczające jego usta, ścisnęło ją w gardle, a nieprzyjemne ciepło wraz z kontradykcyjną gęsią skórką przeszło przez całe jej ciało. Cholera. W końcu Albert był najlepszym przyjacielem Chrisa. Wiedziała, że nienawidził jej za to, co się stało, ale jakaś naiwna część niej miała nadzieję, że może po tych wszystkich udawanych randkach, zostawaniu we dwójkę późno po pracy, powrotach ze zmian i długich spacerach, jednak zbliżyli się do siebie chociaż w najmniejszym skrawku. Teraz doszło do niej, że wciąż wszyscy uważali ją za wroga. Za osobę, która przyczyniła się do śmierci biednego Christophera Jacobsa. Idealnego przyjaciela, syna, kochającego chłopaka, który zginął tragiczną śmiercią przez dziewczynę, która kazała mu jechać pod wpływem.
Kurwa.
Poczuła pieczenie pod powiekami i odwróciła wzrok, przez moment wpatrując się w pary, które obserwowały gwiazdy promieniujące na ciemnym niebie. Po chwili spojrzała na kartkę, którą położył jej na kolanach, wciąż nic nie odpowiadając. Uniosła coś serwetkopodobnego, rozprostowała skrawek i ujrzała swój portret naszkicowany długopisem.
Podwójne kurwa.
Mieszał jej w głowie. Doprowadzał jej serce do nieregularnego bicia, które wytrącało ją z kontroli. Mówił jedno, a robił drugie. Nawet nie zorientowała się, kiedy blunt między jej palcami zaczął powoli dogasać. Zerknęła na niego dopiero wtedy, gdy wyjął jej go z dłoni..
Potrójne kurwa.
Znowu… znowu to robił. Dopierdalał jej, by chwilę później zrobić coś słodkiego, by po chwili znowu jej dopierdolić. Zamknęła na moment oczy, starając się uspokoić wewnętrznie, bo jedyne, na co miała w tamtym momencie ochotę, to odegrać się i powiedzieć mu wszystko, co ją wkurwiało. Wzięła głębszy wdech… wypuściła oddech spokojnie… Głębszy wdech iiii…
5 lat wcześniej
- Proszę pozwolić mi tam wejść, muszę z nią porozmawiać! - krzyknęła około pięćdziesięcioletnia kobieta, starając się przedostać do sali, w której leżała Thalia. Było to zaledwie tydzień po wypadku, w którym zginął Christopher. - Proszę tu poczekać… zapytam pacjentki - odparła pielęgniarka, odwracając się i zamykając za sobą drzwi. Podeszła do dziewczyny, uśmiechnęła się do niej delikatnie i wytłumaczyła, że matka Christophera potrzebowała się z nią zobaczyć. - Dobrze, proszę ją wpuścić - mruknęła obolała Thalia. Z pomocą pielęgniarki ustawiła łóżko do siadu, tak by mogła lepiej przyglądać się kobiecie. Matka Christophera była zazwyczaj spokojną osobą, a Thalia domyślała się, że może chciała po prostu zobaczyć, jak ona sama się czuła, albo zapytać, co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy. Nie spodziewała się takiej reakcji. Kobieta dosłownie wparowała do sali i zaczęła wykrzykiwać multum epitetów w stronę Rosenhall. - Zabiłaś go! To twoja wina! Upewnię się, że całe Oakville będzie wiedziało, jaką diablicą jesteś!
- Ale… to nie tak. Gdyby pani wiedziała… - Thalia próbowała się wytłumaczyć. - Co wiedziała?! Że zabiłaś mojego syna?! Że kazałaś mu prowadzić, chociaż wiedziałaś, że był po alkoholu?! Nie będziesz go oczerniała, kiedy nie może się bronić! Zniszczę cię, Rosenhall, zapamiętasz mnie! - Dorzuciła to, zanim została wyprowadzona przez personel, a Thalia? Siedziała wtedy roztrzęsiona i zszokowana całym zajściem. I w tamtym momencie przysięgła sobie, że nikomu nic nie powie. Zatrzyma tę tajemnicę dla siebie, bo przecież Christopher nawet nie mógł się obronić, no nie? A wszyscy i tak ułożyli sobie wersję zdarzeń, która nijak nie łączyła się z tym, co wydarzyło się naprawdę. W obawie o reputację jej rodziny, o to, co będą myśleli o niej bracia, z dnia na dzień wyjechała do Nowego Orleanu, starając się po prostu odciąć od wszystkiego i uciec od problemów. Tylko kto by pomyślał, że uciekanie od problemów wcale nie znaczy, że człowiek faktycznie się ich pozbywa.
Let’s leave it all this evening
Say fuck the world and make it last
Teraz, wpatrując się w ten świstek z rysunkiem, który wykonał dla niej Albert, czuła się tak jak wtedy. Tylko teraz, zamiast samej bezsilności, czuła również gniew. Gniew, który musiała na nim wyładować.
- Co pamiętają? - spojrzała na niego gniewnie.
- że zabiłam ci przyjaciela? - Nachyliła się do niego.
- że twój przyjaciel był na tyle idiotą, żeby wsiąść za kółko po pijaku i cholera wie po jakich narkotykach, które wziął tamtej nocy? - Zrobiła smutną minkę.
- Czemu go nie ochroniłeś, huh? Nie uratowałeś od tej niewdzięcznicy, która skazała go na taki koniec, a nie inny? - Spojrzała mu prosto w oczy, wyciągając blunta spomiędzy jego palców. Zaciągnęła się mocno, po czym wypuściła dym obok jego twarzy.
- No dalej, Thallman, powiedz mi… jak to jest pieprzyć byłą dziewczynę swojego zmarłego przyjaciela? - Wsunęła blunta z powrotem między jego palce. Cholera, starała się być tough, walczyć ze łzami zbierającymi się w jej oczach, ale nie mogła, dobra? Not at this moment.
- Mam dwie prace, Albert. Jakoś sobie poradzę. Już niedługo się mnie pozbędziesz. - Westchnęła, podnosząc się z trawy. Wsunęła serwetkę do torebki, bo pomimo tego, że była na niego zła, było jej cholernie przykro i czuła się tak, jakby zaraz miała zwymiotować od tych wszystkich emocji.. to poza wspomnieniami i zdjęciami, które razem zrobili w tym krótkim czasie 'tylko ze względu na udawane' randkowanie,
allegedly, był to pierwszy raz, kiedy dostała coś osobistego od chłopaka. Nawet jeśli był to fake boyfriend.. chciała zachować to dla siebie,
- Siedź tu sam - mruknęła, spoglądając na niego z góry. Odeszła od niego na jakieś kilkanaście metrów i położyła się na trawie, wpatrując się w gwiazdy. Raz po raz przymykała oczy na dłuższą chwilę, żeby się uspokoić i zaakceptować fakt, że stars were not aligned in her favour that evening.... a Thallman coraz bardziej stawał się jej osobistym
zaćmieniem. How fun, eh?
i wanna get the feeling that
we’ll be ok it’s not so bad
𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕