40 y/o
For good luck!
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
may the bridges I burn light my way
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

raphael valencourt


Inteligencji.
Słowa, które padły, sprawiły, że uśmieszek na moment zniknął z jej twarzy. Minimalne drgnięcie kącika ust, które jeszcze chwilę wcześniej zdradzało rozbawienie i cynizm towarzyszący jej przy czymś tak brutalnie oklepanym jak miłość, po prostu zgasło. Nie dlatego, że ją zaskoczył. Bardziej dlatego, że trafił w miejsce, do którego zazwyczaj nikt nie próbował nawet sięgać.
Połechtało to ego Williams. Może nawet bardziej niż samo zainteresowanie, bardziej niż dotyk, który przecież stymulował, przypominał o fizyczności tej chwili, ale nadal pozostawał tylko dotykiem. Jednym z milionów, których w swoim życiu pozornie już doświadczyła. Nie była bowiem kobietą świętą, choć nigdy nie pozwalała sobie również na używanie słowa „łatwa”. Skoro w świecie wciąż tak chętnie zdominowanym przez mężczyzn ilość romansów nikomu szczególnie nie przeszkadzała, dlaczego to ona miałaby pozwalać się zamknąć w jednym z tych wygodnych określeń? Była wolną kobietą, świadomą swoich mocnych stron, swoich umiejętności i tego, czego chce. Nie potrzebowała niczyjej zgody, by z tego korzystać.
A jednak zawsze występował ten sam problem.
Dotyczył właśnie tej kobiety o blond włosach, w tajemniczej złotej masce, która tak bezczelnie igrała z ogniem, a mimo to ryzyko wydawało się niczym w porównaniu z tym, co mógł zaoferować jej ten młodszy mężczyzna, ten c u d c h ł o p i e c bez maski, który najwyraźniej pod tą całą pozorną lekkością skrywał znacznie więcej.
Początkowo wszystkie relacje wydawały się przyjemne. Stymulujące i ciekawe. Każdy nowo poznany mężczyzna - najpierw mąż, później kochankowie – przynosił ze sobą coś nowego. Inną twarz, inny głos, inne dłonie.
Z czasem jednak słuchanie po raz kolejny komplementów w rodzaju: „masz ładne nogi”, „lubię długie włosy”, „w niebieskich oczach można utonąć”, zaczęło ją najpierw irytować. Później nudzić. Obecnie już tylko mdlić.
Do tego stopnia, że niemal od razu potrafiła rozpoznać kolejny początek miałkiej, byle jakiej relacji. Kolejne imię, które najpewniej wypadnie jej z pamięci po kilku dniach. Kolejny mężczyzna zachwycony tym, co widzi, ale zupełnie niezdolny zainteresować się tym, czego nie widać.
Inteligencji.
Niebieskie oczy zabłysły, przypominając w tym momencie niebezpieczny kawałek lodu. Dostrzegała, jak jego spojrzenie pociemniało. Jak zmieniło się coś ledwie zauważalnego, a jednak wystarczającego, by pojęła, że nie ma przed sobą pierwszego z brzegu arystokraty pozbawionego rozumu, wyuczonego etyki i dobrych manier, który potrafiłby bez zająknięcia recytować poematy i fragmenty dramatów w pierwotnym wydaniu.
Nie.
Rozmawiała z człowiekiem znacznie bardziej świadomym. Rozumnym. Uważnym.
A przez to również zdecydowanie bardziej niebezpiecznym.
Pozwoliła poprowadzić się dalej, do cienia pod arkadami. Muzyka, choć wciąż rozbrzmiewała gdzieś za ich plecami, przestała wypełniać przestrzeń między nimi. Stała się jedynie przytłumionym tłem, czymś odległym i prawie nieistotnym.
Powróciła do miejsca, które z pozoru wydawało się bezpieczniejsze. Do miejsca, w którym planowała pozostać przez cały wieczór, a z którego została wyciągnięta niemal na sam środek teatru z poruszającymi się jak w zegarku kukłami w piórach, atłasach i maskach.
Półmrok.
Miejsce z pozoru odosobnione, lecz wcale niedające prywatności.
Kilka osób odprowadziło ich wzrokiem, kiedy nieznajomy mężczyzna prowadził ją właśnie tam, a czerwone suknie, falbany i twarze zaczerwienione od tańca, śmiechu i alkoholu rozsuwały się przed nimi niczym morze przed młodym, zdecydowanie niezbyt dobrze pasującym do tej metafory Mojżeszem.
Samo określenie wydało jej się niemal absurdalne, szczególnie chwilę później.
Gdy znaleźli się w cieniu. Gdy ponownie poczuła fizyczne zbliżenie. Jego unoszącą się klatkę piersiową, ciepło ciała i płynne, choć wciąż kontrolowane pchnięcie, które doprowadziło ją plecami do chłodnego filaru. Kamień zetknął się ze skórą pod cienką warstwą peleryny i przez sekundę to właśnie ten kontrast zwrócił jej uwagę bardziej niż wszystko inne.
Ciemność źrenic zwiększyła swoją średnicę, przysłaniając większość jasno niebieskich, niemal lodowatych tęczówek. Czy jednak czerń jej oczu świadczyła o słabości? Czy może o czymś zupełnie przeciwnym? O gotowości do sprężystego ataku, którą miały w zwyczaju koty, gdy przez kilka sekund nieruchomieją, zanim zdecydują się zrobić krok?
Bycia interesującym.
Kolejny raz kącik jej ust drgnął w ten jej własny, lekko kąśliwy i zaczepny sposób. Pozwoliła, by musnął jej usta podczas mówienia. By ich oddechy znowu się wymieszały. By bliskość, jeszcze przed chwilą niemal przypadkowa, stała się świadomym wyborem obojga.
Ona jednak nie poszła dalej. Przesunęła dłońmi wzdłuż jego ramion. Wolno, lecz tym razem już nie delikatnie. Bardziej wyczuwalnie. Po przedramieniu ręki, którą trzymał ją przy szyi. Przesunęła ją dalej, aż materiał ubrania się skończył, a opuszkami palców ponownie mogła dotknąć skóry. Wyłapać pod nią rytm żył.
P u l s.
Nie potrafiła inaczej. Nie mogła oddać mu pełnej kontroli, nawet jeśli przez tę jedną krótką chwilę pozwalała sobie udawać, że wcale jej nie potrzebuje.
Celowo chciała, żeby to dostrzegł. Nie zamierzała być jedynie częścią czyjejś gry. Jeżeli miała w niej uczestniczyć, chciała przynajmniej wiedzieć, gdzie znajdują się granice.
– Kto więc jest bardziej inteligentny? – zapytała zaczepnie, ciągnąc dalej tę kokieteryjną grę słów, celowo przybierając pozę niewiniątka, które absolutnie wymaga poprawy. Blef był czytelny, szczególnie w chwili, gdy kącik jej ust drgnął ponownie.
Pozwoliła, by jego kolano znalazło się między jej nogami. Pozwoliła złotej masce poruszyć się przy każdym oddechu, przez moment mniej połyskującej, a jednak wciąż łapiącej subtelne odbicie światła świec. Plecy prostowały się stopniowo. Sztywniały z każdym kolejnym centymetrem jego bliskości.
Uniesiona noga, spleciona wokół jego biodra, odsłoniła smukłą łydkę pachnącą drogimi perfumami sprowadzanymi na zamówienie. Nuta serca, składająca się z absolutu pomarańczy i akordu jaśminu sambacowego, mieszała się z bazą kawy, wanilii i paczuli. Zapach był ciepły, niemal ciężki, a jednak nieprzytłaczający.
Skóra połyskiwała subtelnie nawet w słabym świetle, drobinki kosmetyku odbijały blask świec przy każdym najmniejszym ruchu. Fałdy czarnej sukni, czarnej niemal jak dziura w otchłani, opadły gładko, osuwając się z uniesionej nogi i odsłaniając fragment szczupłego uda.
Pozwoliła, by pytanie przez chwilę po prostu między nimi wisiało. Potem uniosła podbródek, odsuwając głowę nieznacznie do tyłu. Blond pukle opadły miękko na ramiona, muskając jej skórę, a przy okazji jego dłoń.
Zbliżyła się ponownie. Najpierw muskając nosem jego nos. Później porcelanowy policzek. Jeszcze trochę dalej, aż dotarła do ucha.
– Ten, który daje się zainteresować… czy ten, który staje się obiektem zainteresowania? – zapytała cicho. Kolejna zaczepka. Kolejna zagadka. Pozorny bełkot dla kogoś, kto słuchał wyłącznie słów, a nie tego wszystkiego, co dzieje się pomiędzy nimi.
Zacisnęła mocniej palce na jego nadgarstku. Tym samym, którego dłoń wciąż spoczywała przy jej szyi. Drugą przesunęła wyżej, nad zgięcie w łokciu, przyciągając go jeszcze bliżej. Pewniejszym ruchem, choć nadal pozbawionym brutalności. Noga zacisnęła się mocniej na jego biodrze. Nie odsunęła głowy. Trwała przy jego uchu, przeciągając chwilę i pozwalając, by ciepły oddech otulił jego szyję, policzek i skórę za uchem. A potem zrobiła coś znacznie bardziej subtelnego niż kolejny pocałunek. Przesunęła ustami po linii jego ucha, niemal drażniąco, zatrzymując się tuż przy nim.
– Ostrożnie – szepnęła. – Króliki mają p a s k u d n y zwyczaj uciekać w momencie, kiedy ktoś myśli, że już je złapał.
Dopiero wtedy odsunęła się o kilka centymetrów. Powróciła do konfrontacji twarzą w twarz. Do błysku w oku, które mimo pochłaniającej je czerni wciąż miało w sobie fragmenty lodowego noża, mrożącego wszystko, co próbowało podejść zbyt blisko. Lecz mimo tej wyzywającej postawy nadal pozostawała damą.
W powolnych, kontrolowanych ruchach nie było nic z kobiety prostej czy łatwej do zdobycia. Była raczej kobietą, która mogła pozwolić komuś się zbliżyć, ale nigdy nie oddawała mu prawa do decydowania, co wydarzy się dalej. Nie grała według niczyich zasad. A przynajmniej tak zawsze sobie powtarzała.
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Wiedział. Oczywiście, że wiedział. Wystarczyło jedno spojrzenie na króliczą maskę, jeden rzut oka na sposób, w jaki została wprowadzona w sam środek tej galerii ludzkich masek, aby zrozumieć, że nie był to przypadek, lecz znak przeznaczony dla kogoś, kto potrafił go odczytać. I kto został zaprogramowany, aby na niego odpowiadać. A kto miał nim być, jeśli nie on sam? Ten, dla którego kobieta o spiczastych uszach była każdym odłamem koszmaru, jak i podświadomych oraz świadomych pragnień? Oczywiście, że wiedział, co znaczyło pojawienie się tak wymownego symbolu w pełnej sali innych triggerów. Nie jego własnych, lecz mających działać na innych gości. Wśród ciężkich zapachów perfum, alkoholu, wosku i kosztownej skóry, pośród kryształowych kieliszków i szeptów ludzi, których nazwiska otwierały drzwi zamknięte przed całymi narodami. Królik miał działać na niego. Miał przywoływać skojarzenia, budzić niepokój, uruchamiać w jego głowie określone obrazy, a jednocześnie pozostawać dostatecznie niewinny, aby nikt nie mógł zarzucić gospodarzom niczego poza zamiłowaniem do surrealizmu. Dla Raphaela było jednak inaczej. Dla niego była jednym z najwcześniej zapamiętanych kodów. Odkąd zobaczył ją jako dziecko w swojej sypialni, stał się tym, który szedł za Białym Królikiem. Był więc Alicją i zdawał sobie z tego sprawę, że chciano, aby wpadł w dziurę mającą wciągnąć go do świata całkowitego zapomnienia. Była królikiem, symbolem, j e g o symbolem, a jej słowa jedynie to potwierdzały. Miał ją ścigać, aż sam nie został zaprowadzony ku miejscu koszmaru. I tak. Wiedział, jak miało się to zakończyć. I nie było od tego ucieczki. Nie dzisiaj…
Mimo to trwał we własnej przyjemności tak długo, jak to było możliwe. Było w tym coś z jego osobliwej filozofii hedonistycznej: świadomość, że każda chwila ulgi była jedynie pożyczką, którą później należało spłacić z odsetkami. Nie łudził się, że noc mogła skończyć się inaczej. W świecie Valencourtów, w świecie Wielkiego Planu przyjemność nigdy nie była przeciwieństwem cierpienia. Była jego zapowiedzią. Im bardziej coś zachwycało, tym większą podejrzliwość budziło w jego umyśle. Nie zamierzał jednak uciekać, sadomasochistycznie dając się wyciągać tam, gdzie miało wkrótce zaboleć.
Czy kobieta przy nim to rozumiała, czy nie? Nie miało to znaczenia. Odgrywała rolę. Pełniła funkcję. Nic więcej. Kiedy przyciągnęła go bliżej, nie uczyniła tego gwałtownie; raczej zacieśniła dystans z konsekwencją osoby, która znała już kierunek prowadzonej gry. Uścisk jej ciała w odpowiednich punktach wzmocnił się, zupełnie jakby próbowała wycisnąć ostatnie milimetry, jakie ich dzieliły. Zupełnie jakby miała dokonać fuzji na ich organizmach, zanim stały się jednym. Czy jednak nie na tym polegał tańczący z nimi od początku spotkania zwerizm?
Raphael poczuł ciężar jej obecności, ciepło i rytm oddechu, a potem tę osobliwą zmianę, która następowała zawsze wtedy, gdy człowiek przestawał być obserwatorem, a zaczynał uczestniczyć. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że sala wraz ze wszystkimi jej dekoracjami, maskami i spojrzeniami została odsunięta gdzieś daleko. Pozostała muzyka, ruch oraz świadomość, że ktoś prowadził go dokładnie tam, dokąd sam od początku podejrzewał, że zostanie poprowadzony. Dokąd na dobrą sprawę prowadził się sam.
Króliki mają p a s k u d n y zwyczaj uciekać w momencie, kiedy ktoś myśli, że już je złapał.
Monarch.
Słowo pojawiło się w jego głowie natychmiast, niemal bez udziału świadomości. Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech, niemal psychodeliczny w swojej naturze; bardziej podobny do grymasu niż do rozbawienia. Bo czyż nie miał racji? Chwila przyjemności za godziny napięcia. Odrobina zapomnienia w zamian za pamięć, która wracała później z podwójną siłą. Wymiana tak absurdalna, że rozsądny człowiek powinien ją odrzucić natychmiast, a jednak Raphael znał ją lepiej niż znamiona na swoim ciele. Całe jego życie było serią podobnych transakcji. Nigdy nie otrzymywał niczego bez ceny. Nigdy nie pozwalano mu uwierzyć, że prezent może być naprawdę prezentem. Nawet piękno miało rachunek.
Spojrzał na kobietę, odsuwając nieco twarz, zupełnie jakby chciał się jej dobrze przypatrzyć. Przez chwilę nie widział już maski. Widział Królika, który miał wykonać swoją rolę, niezależnie od tego, czy znał wszystkie jej konsekwencje. I wtedy przemknęła przez jego myśl ciekawa, niemal współczująca refleksja: czy ona również wiedziała, dokąd prowadziła ta ścieżka? Być może nie. Być może znała jedynie pierwszy krok. Być może ktoś powiedział jej, że ma założyć maskę, zejść do sali, znaleźć odpowiedniego mężczyznę i wypowiedzieć odpowiednie słowa, pozostawiając resztę tym, którzy siedzieli gdzieś poza zasięgiem jej wzroku. Tym, których znał doskonale. Tym, którzy go wychowywali. Tym, którzy nigdy nie mieli utracić nad nim kontroli.
Gdy cofała twarz, sunąc własną przez jego policzek, przysunął się nieco, aby podtrzymać na dłuższy moment ciepło jej skóry na swojej. Tylko po to, by znów patrzyli na siebie w pełnym wyzwaniu.
- Dopiero jak spełnisz swoje zadanie - powiedział w końcu, poszerzając uśmiech, aby białe zęby nie zatańczyły w ciemnościach ciężkiej draperii. Nie była to groźba. Nie musiała nią być. Raphael nie należał do ludzi, którzy musieli podnosić głos, aby zaznaczyć granicę. Wystarczała świadomość, że rozumiał sytuację. Jeżeli rzeczywiście miała zadanie, zapewne oczekiwała innej reakcji. Człowiek, którego należało zwabić, powinien podążać bezrefleksyjnie. Powinien dać się prowadzić symbolom, półsłówkom i obietnicy tajemnicy. Tymczasem Raphael nie tylko widział mechanizm, ale zaczął się nim bawić. Jeśli była jednak profesjonalistką, mogła nie zwrócić na to żadnej uwagi.
Nie miało to jednak znaczenia. Wszak właśnie w tym znajdował przyjemność. Nie w tym, że ktoś próbował go kontrolować. W tym, że świadomie wchodził w pułapkę, wiedząc, że była pułapką. To różniło niewolnika od gracza. Niewolnik wierzył, że nie miał wyboru. Gracz wybierał nawet wtedy, gdy wszystkie dostępne możliwości prowadziły do cierpienia.
Raphael uśmiechnął się ponownie, tym razem spokojniej. Muzyka nadal płynęła zza arkady, a światła wielkiej sali przesuwały się po złoceniach i maskach. Cały ten przepych był jednym wielkim żartem: ludzie kupujący wyspy, pałace, obrazy i całe życia innych ludzi przebrali się tej nocy za postacie z bajki o dziewczynce, która podążyła za królikiem do świata pozbawionego logiki.
A on? On znał już zakończenie. Czekał jedynie na pojawienie się Czerwonej Królowej.

Celeste Williams
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
40 y/o
For good luck!
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
may the bridges I burn light my way
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

raphael valencourt


Przedłużające się ruchy, łaknienie czystej w swej postaci cielesności i fizycznego kontaktu oraz przeciągający się dotyk elektryzowały ciężkie już powietrze między nimi. Napięcie zdawało się osiadać na skórze jak cienka warstwa wilgoci, przenikać pod ubranie, pod mięśnie, głębiej, aż do samego rdzenia, tam, gdzie rozsądek zwykle przegrywał z tym, co pierwotne. Sala wokół nich nadal żyła własnym rytmem, choć dla Celeste dźwięki zaczynały brzmieć jakby zza grubej kotary. Muzyka płynęła gdzieś z dalszej części pomieszczenia, ciężka i leniwa, przeplatana śmiechem, szelestem sukien i cichym brzękiem kieliszków odkładanych na srebrne tace. Setki świec drgały w wysokich kandelabrach, rzucając na ściany poruszające się cienie. Złote zdobienia, aksamitne kotary i ciemne drewno mebli połyskiwały w półmroku, tworząc wrażenie, jakby cała sala została wyjęta z innej epoki i zawieszona pomiędzy snem a czymś znacznie mniej niewinnym.
Przyjemność, która jeszcze przed chwilą rozchodziła się po jej ciele, nie była jednak wystarczająca, by całkowicie ją omamić. Nawet wysokoprocentowy alkohol, podawany gościom pod pozorem niewinnej hojności gospodarzy, nie zdołał spowolnić jej myśli. Celeste nigdy nie pozwalała sobie na całkowitą swawolę. Nie wtedy, gdy nie wiedziała, komu ufać, a tym bardziej teraz, gdy znajdowała się pośród ludzi, których nazwisk nie znała i których twarze znikały za maskami równie łatwo, jak ich prawdziwe intencje.
Dopiero jak spełnisz swoje zadanie.
Zdanie wróciło do niej niemal natychmiast, chłodne i wyraźne, jakby ktoś wypowiedział je ponownie tuż przy jej uchu.
Jakie z a d a n i e ?
Pod maską jej twarz pozostała spokojna. Właściwie złota osłona wcale nie była jej potrzebna. Celeste równie dobrze mogłaby stać przed nim bez niej, z tym samym nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Tylko przez ułamek sekundy w jej oczach przemknęło coś, czego zapewne nie zauważył: mieszanina rozczarowania i zaintrygowania. Rozczarowanie, że gra, która jeszcze przed chwilą wydawała się przypadkową wymianą spojrzeń, nagle miała własne zasady. Zaintrygowanie natomiast dlatego, że najwyraźniej te zasady zostały ustalone na długo przed jej przybyciem.
I właśnie wtedy odezwał się ten głos z tyłu głowy. Ten sam, który pojawiał się w głowie małego dziecka, kiedy chciało dotknąć rozgrzanego piecyka, choć raz już sparzyło sobie palce, a matka przez kolejne dni powtarzała, żeby nie robiło tego ponownie. Głos rozsądku. Cichy, uparty i boleśnie znajomy. Tym razem jednak Celeste nie odsunęła dłoni od płomienia. Przeciwnie. Zrobiła jeszcze pół kroku w jego stronę.
– M o j e zadanie? – powtórzyła cicho. Szept opuścił jej gardło niemal leniwie. Obserwowała jego twarz, wyraźnie pogłębioną przez cień. W jaśniejszym świetle sali wydawał się młodszy, niemal chłopięcy, z twarzą pozbawioną wszystkiego, co mogłoby budzić niepokój. Teraz jednak światło nie sięgało już jego rysów w ten sam sposób. Szczęka wydawała się bardziej wyraźna, spojrzenie ciemniejsze, a na twarzy pojawiło się coś, czego wcześniej nie widziała. Nie przypominał już chłopca. Przypominał kogoś, kto bardzo dobrze wiedział, co robi.
I zamiast strachu poczuła coś zupełnie innego. Przekonanie. Nie wiedziała jeszcze, skąd się wzięło, ale nagle była pewna, że jej przeczucia od początku miały sens. Za tą piękną, niemal niewinną twarzą bez maski rzeczywiście kryło się coś więcej. Mrok zdawał się być jego sprzymierzeńcem. Pozwalał mu znikać między cieniami, pojawiać się tam, gdzie najmniej się go spodziewano, i mówić rzeczy, których nie należało wypowiadać na głos.
Celeste jednak dawno przestała bać się ciemności. To nie ciemność była niebezpieczna. Niebezpieczne było to, co człowiek pozwalał jej w sobie ukrywać.
Och, najdroższa naiwności. Czemuż pojawiasz się teraz, w chwili, kiedy najbardziej nie powinnaś? Czemuż pchasz swe dziecię prosto w ramiona myśliwego, który czeka cierpliwie, aż zwierzyna poczuje się wystarczająco swobodnie, by na moment utracić czujność? Oczekując, aż wpadnie we wnyki czekające na niewinne stworzenie już dłuższy czas?
– Och, musisz mnie z kimś mylić, cud chłopczemruknęła. Przechyliła lekko głowę, w tym zwodniczym geście, którego niewinność była tylko pozorem. Złota maska znowu złapała blask świecy, przez moment lśniąc jak coś niemal świętego na tle ciemniejszych kątów sali. – Ale nie mam nic przeciwko temu, żeby zatrzymać cię w tym błędzie jeszcze przez kilka chwil – dodała ciszej. Zbliżyła się ponownie. Tym razem tak blisko, że mógł dostrzec jasny błękit jej oczu, pozornie chłodny, a jednak podszyty wyraźnym zainteresowaniem. Przez chwilę dzieliło ich zaledwie kilka oddechów. – I pozwolić, żebyś ostatnim, co robił tego wieczora, było spotkanie ze mną…
Jej usta ledwie musnęły jego wargi. Tak subtelnie, że równie dobrze mógłby uznać to za złudzenie. Skrzydła motyla dotykające powierzchni wody zostawiłyby po sobie większy ślad.
– ... w alkowie swoich wyobrażeń – odszepnęła.
Jej uścisk zelżał. Przez chwilę nadal stali w tej samej pozie, otoczeni ludźmi, którzy przechodzili obok nich, śmiali się i rozmawiali, zupełnie nieświadomi tego, co rozgrywało się kilka kroków dalej. Kelner przemknął między stolikami z tacą pełną kieliszków. Jedna z kobiet roześmiała się zbyt głośno. Ktoś gdzieś upuścił sztućce, a dźwięk metalu rozszedł się po sali. Zwyczajność tych drobnych dźwięków była niemal groteskowa wobec napięcia, które zdawało się gęstnieć pomiędzy nimi.
Czuła jego dłoń przesuwającą się z kolana wyżej, wzdłuż uda, lecz zamiast prostackiego gestu, przeszedł dalej i zatrzymał ją w talii. Ten sam tor, którym wcześniej podążał. Dotyk był ciepły i palący, pozostawiał po sobie ślad, który czuła mimo dzielącego ich materiału sukni, a jednak Celeste miała wrażenie, że jeszcze długo będzie czuła go pod skórą.
Nie powiedział nic. Nie musiał. Milczenie wystarczyło, by zrozumiała, że tej nocy nie pozna jego nazwiska. Nie dowie się, kim był naprawdę, dlaczego ją wybrał ani czego od niej chciał. Nie dowie się też, czy sama była przypadkowym elementem gry, czy może od początku znajdowała się na planszy, choć jeszcze chwilę wcześniej sądziła, że przyszła tutaj jedynie obserwować.
Uniósłszy dłoń, dotknęła własnych ust. Potem przyłożyła ją delikatnie do jego warg, pozostawiając tam pocałunek, którego właściwie nigdy między nimi nie było, choć los kilkukrotnie stwarzał ku temu okazję. Teraz oddawała go z własnej woli, jakby chciała udowodnić sobie, że nawet w tej grze nadal posiada coś, czego nie można było jej odebrać – decyzję.
– Żegnaj, cud chłopcze.
Cofnęła się o krok. Potem o kolejny. I w końcu zniknęła między ludźmi. Nie uciekła. Nie przyspieszyła nawet kroku. Po prostu rozpłynęła się wśród poruszających się sylwetek, ciemnych garniturów, błyszczących masek i kobiet w sukniach, których materiały przesuwały się po podłodze niczym fale. Jeszcze przez chwilę złota maska migotała gdzieś pomiędzy ramionami tańczących, aż wreszcie zgasła w tłumie.
Jak królik, który znika w gęstwinie. Tylko że tym razem Celeste nie była pewna, czy naprawdę uciekła. Może pozwolono jej odejść. A może właśnie na tym polegała cała zabawa.
Bo drapieżnik, który rzuca się na zdobycz zbyt wcześnie, odbiera sobie najlepszą część polowania. Zwierzyna smakuje przecież najlepiej wtedy, kiedy jeszcze wierzy, że została puszczona wolno. Kiedy zdąży odetchnąć, poprawić ubranie, wrócić do swoich ludzi i wmówić sobie, że nic się nie wydarzyło. Kiedy na moment opuści gardę. Dopiero wtedy łatwiej ją znaleźć, przyjemniej upolować.
Celeste szła dalej, nie oglądając się za siebie. Nie wiedziała, czy nadal była obserwowana, czy spojrzenie, którego nie potrafiła dostrzec, wciąż podążało za każdym jej krokiem. A może już dawno została ustawiona w odpowiednim miejscu, jak kolejny pionek na planszy, której zasady ustalono na długo przed tym, nim w ogóle przekroczyła próg sali.


Fin.
paprotka
braku inicjatywy, płytkości, AI, braku kontaktu, mylenia postaci z graczem, kręcenia dram na priv
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”