—
Przywieź mi breloczek — odpowiedziała na jego deklarację. Wolała chwycić się czegoś przyziemnego, a w jej przypadku nawet – absurdalnego jak przywiezienie pamiątki. Breloczka czy magnesu na lodówkę. Tym zająć myśli, niż rozważaniem, że te jego słowa mogłyby być złożoną obietnicą bez pokrycia. Bo czy miał pojęcie o tym, ile to wszystko zajmie? Być może miał – nie podsłuchiwała jego rozmowy. Ale, nauczona jednym przypadkiem i zdrową logiką, wnioskowała że Damon nie dostał wielu informacji przez telefon. Te mogły być podsłuchiwane, połączenia przechwytywane.
Jak ona ruszała na misje wojskowe to nie wracała po paru dniach. Nawet jak pakowała się na misję dla samego Renoir, to przecież to się przeciągało. Może tylko dlatego, że dawano jej czas na trening i adaptację, ale istniało prawdopodobieństwo, że i on coś takiego dostanie.
Więc mogło go nie być naprawdę długo.
A to oznaczało powrót do samotności. Do smutnej, szarej rzeczywistości.
Nie odpowiedziała na jego kolejną wypowiedź, będąc bardziej myślami w jego geście niż w słowach. Choć nie opuściła spojrzenia, to była świadoma tego, że jego palce przesunęły się po jej skórze w dość subtelnym, nienachalnym geście. Takim, który nie sprawiał, że jej ciało podnosiło alarm. Co najwyżej przyspieszało delikatnie bicie serca.
I przez chwilę tylko pojawiła się myśl, aby cały ten układ przesunąć na tyle, aby zaczepić o jego dłoń palcami, ale zadeptała koncept szybciej, niż w ogóle się pojawił.
—
Spadaj już — powiedziała po chwili ciszy, jaka rozciągnęła się między nimi. Nie chciał troski, czułość była dla niego niezręczna, więc dostał prosty, czysty komunikat. Aby spadał. Nie wypowiedziała tego oczywiście z agresją czy złośliwością; było to zaczepne, a jedynie podszyte tą niewygodną dla niego czułością.
Kiedy zamknął za sobą w końcu drzwi, poczuła jak jej oddech staje się cięższy, a płuca z wolna stają się jak z betonu. I stała przez parę dobrych minut patrząc się w punkt, w którym jeszcze chwilę temu go widziała. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, bo z chwili na chwilę weszła po prostu w inną rzeczywistość. Jeszcze cięższej niż parę miesięcy temu. Bez June, bez Damona, bez Texa.
Więc jej dom przestał być
Domem.
~*~
Męczyła się z każdym kolejnym dniem. Jeszcze w dniu jego wyjazdu dostała od Damona SMS-a z dokładnym miejscem, do którego lecieli. Samo serce Kalabrii. Nie pytała czemu tam, jedynie napisała, aby dał znać, jak już będą na miejscu.
Nie dał znać. Ani tego samego dnia, ani później. Wolała założyć, że po prostu zajął się tym swoim zadaniem i nie miał czasu na coś, co pewnie w jego świecie uchodziło za bezsensowną pisaninę. Nie mówiąc już o tym, że miał nie być przyzwyczajony do tego, że ktoś się o niego martwi. Zostawiła to więc i próbowała zająć się sobą. Nie chciała mu smarować kolejnych wiadomości, bo wyszłoby głupio. A nie chciała też go wytrącać z równowagi, kiedy pewnie był zajęty głównie zadaniem i nie myślał o niej. Która została tutaj. I się martwiła. Jedyne co, to kazał jej się zbytnio nie martwić.
Łatwo powiedzieć.
Po dziesiątym dniu, bez żadnego „żyję” ani bez żadnego „zajęty” zwyczajnie zaczęła się niepokoić. Próbowała do niego dzwonić już wcześniej, ale jej połączenia się odbijały bez skutku. To jednocześnie ją martwiło, ale jednocześnie pozwalało myśleć, że być może po prostu, jako technologicznie upośledzony, nie pomyślał że musi włączyć roaming, aby móc kontaktować się z krajem innym niż Włochy. Ale jednocześnie coś rezonowało jej pod czaszką. Niewytłumaczalne uczucie niepokoju.
A nie miała już zobowiązań tutaj, w Toronto, nie pracowała jeszcze więc…
Ledwie kilka godzin później była już w samolocie lecącym do Bari (niestety nie „na Bali”). Stamtąd miała złapać tylko zasięg w lokalnej sieci, aby się połączyć, opierdolić go przy okazji, a potem wypić kawę i wrócić, aby nie wyjść na desperatkę, która pojechała prosto do Kalabrii bo facet jej nie odpisywał, ale jako że po wylądowaniu połączenia w włoskiej sieci dalej wyrzucało, to całe uczucie w czaszce zaczęło narastać.
Durna pała była w pociągu z Bari do wskazanego wcześniej, miasta Lamezia Terme, w którym mieli być. Oczywiście po drodze przerobiła wszystkie logiczne i mniej logiczne scenariusze, które miały mieć miejsce. I sięgnęła po stary kontakt. Taki, do którego nie chciała pisać na początku – bo wydawało się to głupie. Ale teraz, kiedy była na miejscu i dalej było głucho, nie wydawało się aż takie głupie. Krótka rozmowa, powołanie na starą przysługę, trochę przekonywania. Aż po czacie dostała na telefon ostatnią znaną lokalizację telefonu sprzed paru godzin. Niewielkie, nadmorskie miasteczko, kilkadziesiąt minut drogi od stolicy regionu.
Gdy przesiadała się na stacji głównej Lamezia Terme, przesiadając się do tego, który miał zabrać do miejsca docelowego, analizowała rejestry przesłane z BTS (ale nie chodziło o zespół koreański) i coraz mocniej jej to wszystko nie pasowało. Do Pizzo dotarła już grubo po zmierzchu. I szczerze – to była pora, w którym najmniej lubiła wychodzić na nieznane ulice, w dodatku sama. Ale czego się nie robi dla… no, kolegi. Własnego uchodźcy. Własnej znajdy.
Dość długo kluczyła po wąskich, brukowanych uliczkach. Kompletnie nieświadoma, że Damon w tym czasie zbierał kolejny wpierdol na zapleczu u rzeźnika. Kolejne przesłuchanie, tym bardziej brutalne. Tym bardziej bezwzględne. W dodatku takie, na które nawet jakby chciał, to nie miałby odpowiedzi. A przynajmniej nie wszystkie.
Nie wiedziała też, że był co
sesję podwieszany za ręce na haku rzeźniczym, w wielkiej chłodni i to tylko po to, by schłodzić jego ciało i aby ów chłód podrażnił receptory przez co kolejne przesłuchanie było jeszcze bardziej bolesne od poprzedniego.
Poddałaby się, gdyby nie to, że wśród mroku w jednym z przyulicznych sklepików mrugnęło światło. Miała wrażenie, że była przeczulona, bo przecież ktoś mógłby pracować, gdyby nie to, że sklep – konkretniej masarnia – wyglądała już na dawno nieużywaną a jej lokalizacja rażąco pokrywała się z tym, co dostała z BTSa.
Światło błysnęło tylko na chwilę i zgasło. A potem znów. Jakby wzzierało się zza otwieranych i zamkanych dalej drzwi, daleko za kontuarem sprzedawcy, w głębi sklepu. I nie wiedzieć czy prowadziła ją bardziej intuicja czy może desperacja. Może coś zupełnie innego. Bo, zaskakująco – drzwi były otwarte. Choć świadomie uchyliła je bardzo powoli, jak gdyby spodziewając się tego charakterystycznego dzwonka nad wejściem, który wcześniej zwiastował przybycie klienta. Ledwie wślizgnęła się do środka a uderzył w nią chłód. Zimno, jak z lodówki. Mróz, który wkradał się do głównego pokoju przez niedomknięte drzwi za ladą.
Dwie rzeczy uderzyły w nią, kiedy przekroczyła próg do kolejnego pomieszczenia. Intensywniejsze zimno. I smród. Rozkładającego się mięsa. To drugie nie było zaskoczeniem, gdy jej wzrok zarejestrował w mroku, rozbitym jedynie delikatnym światłem jej wyświetlacza – nie tak ostrym jak latarka – stare, podgniłe tusze zwierząt hodowlanych podwieszone w rzędach pod sufitem.
I teraz już chyba tylko Jezus kazał jej iść dalej w to bagno, przeglądając rząd po rzędzie. Bo nikt normalnie nie wlazłby do środka i nie siedziałby w pomieszczeniu takim jak to dłużej niż to konieczne. Albo była naprawdę, naprawdę zdesperowana.
Albo po prostu wypruta z nadziei.
Ale jej paranoja lub wytrwałość były wynagrodzone. Choć ciężko to było nazwać nagrodą. Widok zmroził jej krew w żyłach i sprawił, że na moment, na ułamek sekundy, jej serce zwyczajnie zapomniało że ma pracować. A potem ścisnęło się tak mocno, że aż zabolało. Wśród starych, podgniłych świńskich trucheł, zawieszona była jej
świna zguba. Choć na pierwszy rzut oka mogłaby pomyśleć, że to po prostu kolejne martwe, wypatroszone zwierzę – bo tak bardzo nie przypominał siebie. Całe ciało miał pokryte zaschniętą, czarniejącą krwią – w niektórych miejscach tak grubą, że tworzyła skorupę, pękającą przy każdym, minimalnym drgnięciu zawieszonego ciała. Przez tę warstwę nawet ciężko było określić jak wiele mu zrobiono, ale jednocześnie ta sama warstwa zdradzała, że naprawdę wiele. Że nie był bity czy kopany, tylko katowany z premedytacją. Nie byłby tak obficie pokryty krwią, gdyby nie był gęsto usiany ranami. A nawet jeśli nie miał na sobie koszulki – hehe – to ciężko było stwierdzić w mroku, jakie dokładnie miał rany.
Ledwo widziała jego usta, które było rozcięte, wyharatane od kącika aż po policzek. Ale widziała jego oczy. Półprzytomne, mętne spojrzenie, które reagowało na światło, a to znaczyło, że jeszcze żył.
Będąc w wojsku i na misjach, pracując później jako ratownik medyczny, widziała różne rzeczy, ale czegoś takiego – nigdy. To było w zasadzie nic przy widoku urwanych kończyn czy wyprutych flaków. Nic w przypadku tego, jak przyjeżdżała w miejsce fatalnego wypadku motocyklisty, który skończył w kawałkach.
Ale to może przez tę różnicę, że tego motocyklisty nigdy nie poznała, a tego mężczyznę tutaj znała bardzo dobrze.
Dotknęła delikatnie zalepionej krwią skóry na jego policzku, chcąc wyczuć jak bardzo wychłodzony był. Nie było źle, ale nie było dobrze. Nie wiedziała, że on tu sobie tak nie dyndał cały czas, tylko systematycznie był zabierany na kolejną
sesję.
Nie miała czasu się rozckliwiać, bo po pierwsze – jego stan był niepewny, wciąż się wychładzał (a chociaż niska temperatura spowalniała ewentualne wykrwawianie się, to w takich warunkach ryzykował k o l e j n y m zakażeniem. No i była świadoma tego, że to miejsce nie było bezpieczne. Z drugiego końca korytarza widać było wzierające się pod szparą między podłogą a drzwiami światło. To samo, które ją zwabiło. Które pewnie wpuszczono do środka, kiedy szli go
odwiesić.
A to znaczyło – że nie byli tu sami. A ona nie była super smutnym cywilem, który sam składał wojskowych. Może sama była wojskowa, ale nie na takie warunki. I nie była piechotą. Tylko pilotem.
Damon Tae