36 y/o
Indulge in local cuisine
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
Greetings, Himeros,
God of sexual desire, son of Aphrodite
Lay back, and feast
As this audio guides you
Through new and exciting positions
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy nie współpracowała z policją. Nie chciała w żaden sposób zaszkodzić znajomym, klientom czy po prostu podpaść niewłaściwym osobom. W zasadzie było to całkiem zabawne zważając na fakt, że jej była dziewczyna była policjantką i poznały się, gdy badała sprawę powiązaną z jednym z lokali, w których pracowała Attwood. Wtedy również nie pisnęła słowa ponad to, co faktycznie mogła bezpiecznie powiedzieć bez pogrążania kogokolwiek.[/akapi]
Także, tak. Ophelia mogła stwierdzić z całą pewnością, że akurat kablem nie jest i nigdy nie była. Przynajmniej dzięki temu nie narobiła problemów właścicielowi the Rapture, który musiałby się użerać ze zwiększonym zainteresowaniem policji.
Na pewno brakowało jej też obejścia w półświatku. Nie bawiła się w takie rzeczy. Zwyczajnie przymykała oko na pomniejszych dilerów w Tranzac, z których usług sama też korzystała. Nie miała jednak z nimi nic wspólnego, a gdyby ktoś ich przyłapał mogła się wyprzeć wszystkiego. Zwyczajnie nie chciała, aby takie rzeczy były załatwiane na widoku i wpływały na reputację jej klubu. To by było na tyle.
Teraz jednak siedziała naprzeciw jednego z gangsterów i zarzucała mu, że ma trefny towar, więc ma się z nim trzymać od niej z daleka. Chyba naprawdę powariowała. Zwłaszcza, że przyszła tu sama zamiast wziąć ze sobą kogoś z ochrony. Nie wiedziała czego się spodziewać, a angażowanie w to przedsięwzięcie któregoś z bramkarzy wydawało się dla niej niepotrzebne. Jakby pokazywała, że przygotowywała się na coś poza cywilizowaną rozmową.
- Jestem prostą kobietą bez wygórowanych potrzeb, panie Monroe - odpowiedziała na słowa o ugraniu czegoś dla siebie. - Wystarczy mi, aby mój klub znajdował się z dala od kłopotów.
Nie były to chyba szczególnie wygórowane wymagania. Może dodałaby coś jeszcze, ale skupiła się przez moment na zarysie broni, którą ujrzała za marynarką mężczyzny, który zgarnął ze stołu przygotowane przez nią papiery. Po raz kolejny przez myśl przeszło jej, że naprawdę wpakowała się w ogromne kłopoty.
- Jestem pewna, że ma pan sposoby na sprawdzenie jakości rozprowadzanych dóbr... Oraz na dotarcie do ich źródła - stwierdziła, próbując niejako odwołać się do sprawczości Vincenta.
Liczyła na to, że naprawdę coś zaradzi, bo podobna sytuacja naprawdę nie działała na korzyść któregokolwiek z nich. Vincent zdawał sobie z tego sprawę. Na pewno nie chciał utracić kogokolwiek ze swoich dotychczasowych klientów ani zrazić do siebie części z nich.
- Bez problemu. Widywałam go już wcześniej w Tranzac, więc wiem kim on jest - potwierdziła, bo nie sądziła, aby zidentyfikowanie dilera miało jej sprawić jakiekolwiek trudności.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastanawiał się gdzie kończyła się jej p r o s t o t a.
Bo choć ludzie często wyrażali się w ten sposób, rzadko kiedy prawda była tak nieskomplikowana, a ich przekonania tak czarno-białe. Zwykle wystarczyła odrobina presji, by nagle wyleciało z ich całe mnóstwo kolorów, o których wcześniej sami siebie by nie posądzali.
Attwood go intrygowała. I w ten sadystyczny może sposób zapragnął skrócić sobie drogę do odnalezienia prawdy, korzystając z jej jakże hojnej oferty pomocy. Skinął głową do jednego z mężczyzn zerkających przez zasłonę loży, czekającego na potwierdzenie i ten zniknął po drugiej stronie aksamitnego materiału, zostawiając ich chwilowo samych.
- Podejrzewam, że moi ludzie nie są jedynymi sprzedającymi w Tranzac - odparł, przyglądając jej się ponad krawędzią szklanki, z której znów upił małego łyka. - Czy to zawsze panią wysyłają, żeby poradziła sobie z problemami?
Wyglądała na osobę wyznaczoną do takiego stanowiska i, patrząc na jej bezpośredniość i pewną b u t ę, z którą wtargnęła do Rapture i zażądała spotkania z nim, musiała być również w tym całkiem dobra. Wiedział jednak, że inni mogli nie mieć do osób o jej usposobieniu tyle cierpliwości, co on.
Inna sprawa, że gdyby była mężczyzną, prawdopodobnie również nie miałby tej cierpliwości i dawno temu przerzucił obsługiwanie jej na własnego managera. Płeć piękna miała u niego niejedną zaletę i zdecydowanie większą szansę na bycie wysłuchanym - zakładając, że to wysłuchania u niego poszukiwały.
Nagłe poruszenie rozległo się gdzieś za czerwoną zasłoną. Do wnętrza loży dotarły jakieś głosy sprzeciwu, po których nastąpiła szamotanina nim wreszcie ręka ochroniarza sięgnęła do materiału i gwałtownie go odsunęła.
Przy wejściu do loży stanęła trójka młodych chłopaków, z wyglądu dość podobnie do siebie. Dwójka z nich miała przy sobie plecaki, trzeci, stojący najbardziej po lewej stronie, ocierał właśnie tłuste palce z frytek w materiał własnych spodni.
- Panno Attwood - zaczął miękko, nie zerkając nawet w stronę trójki dilerów. - Czy jest w stanie wskazać pani osobę, która sprzedawała zanieczyszczony towar w pani klubie?
Stojący na środku chłopak drgnął, słysząc to pytanie. Jego wzrok przeniósł się z Monroe na siedzącą naprzeciw kobietę, ręce mocniej zacisnęły na jego plecaku. W głębi jego spojrzenia błysnęło prawdziwe, czyste przerażenie gdy skierowała ku niemu własne. Usta zacisnął w wąską linię i powoli, bardzo powoli, pokręcił delikatnie głową z wyraźnym błaganiem, by go nie wydawała.
Pozostała dwójka zerknęła zaskoczona po sobie, nie wiedząc, o co w ogóle chodzi.

Ophelia Attwood
36 y/o
Indulge in local cuisine
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
Greetings, Himeros,
God of sexual desire, son of Aphrodite
Lay back, and feast
As this audio guides you
Through new and exciting positions
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na razie nie zależało jej na niczym innym poza spokojem w klubie i policją, która przestawała interesować się tak żywo jej lokalem. To była obecnie jej największa potrzeba. Nie wspominając o tym, że w innych okolicznościach raczej obawiałaby się pertraktowania z przestępcami wszelkiej maści. Nigdy nie było wiadomo, kiedy można się nimi sparzyć.
Czuła niemal wewnętrznie, że chociaż mogła odnieść wrażenie, że jest sama z Vincentem to jednak wszędzie wokół czają się jego ludzie, którzy byli gotowy do tego, aby w każdej chwili wkroczyć do akcji na polecenie szefa.
Denerwowała się nieco tym wszystkim, nie mając pojęcia jak to wszystko może się dla niej skończyć. Przez moment pomyślała, że jeden nieprzemyślany ruch, a wszystko skończy się dla niej tragicznie. Na razie jednak wciąż prowadzili sobie kulturalną rozmowę, a ta wydawał się zmierzać w odpowiednim kierunku.
- Dobrze pan podejrzewa. Nie jest ich wielu, ale mają się nie rzucać w oczy i nie sprawiać problemów - wytłumaczyła, bo póki wszyscy bawili się dobre to nie miała nic przeciwko prochom w klubie. - Ten problem jednak jest na tyle poważny, że nie godziło się wysyłać kogoś innego.
Nie chciała tego załatwiać przez pośredników. To był jej obowiązek. To ona dbała o interesy oraz reputację klubu. Nie zamierzała pozwolić na to, aby taki numer powtórzył się w jej klubie, bo wtedy już na pewno byliby zrujnowani. Jeden trup mógł się zdarzyć każdemu. Potencjalnie. Dwa? To już sprawiało, że człowiek zaczynał się zastanawiać dwa razy przed pójściem w dane miejsce.
Szczerze powiedziawszy to nie miało dla niej większego znaczenia czy rozmawia bezpośrednio z Monroe czy może z kimś, kto mu podlega tak długo jeśli dana osoba posiadała odpowiednią moc sprawczą, żeby ukrócić cały ten proceder. Chociaż faktycznie uderzanie do osoby znajdującej się na samym szczycie takiego łańcucha wydawało się być najlepszą opcją.
Słyszała to zamieszanie, ale nie odważyła się na to, aby spojrzeć w jego kierunku dopóki zasłona nie została odciągnięta przez ochroniarza. Wiedziała, że to był ten moment, w którym należało zainteresować się tym, co miało się za chwilę zadziać w pomieszczeniu.
Wiedziała o co chodzi zanim jeszcze Monroe zapytał ją o to, który z nich pojawił się w Tranzac. Ophelia nie miała, co do tego większych wątpliwości. Może i każdy z młodzików wyglądał pod pewnymi względami nieco podobnie do siebie, ale nawet jeśli nie byłaby tego pewna to diler sam się zdradził ze swoją nerwową reakcją.
Widziała to błagalne spojrzenie. Sama jeszcze nie wiedziała, co dokładnie go czeka. Niemniej już o czymś zdecydowała i nie zamierzała się z tego wycofać. Wykonała więc krótki ruch głową w kierunku winowajcy.
- Środkowy - odpowiedziała nieświadoma tego, że właśnie wydaje na niego wyrok śmierci.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyrok zapadł po wypowiedzeniu jednego słowa.
Środkowy chłopak zachłysnął się powietrzem, jakby cały ten czas je wstrzymywał w oczekiwaniu na słowa kobiety. Panika rozlała się po jego mimice gdy wzrok Monroe powoli skręcił w jego stronę, ramiona opadły, jakby sam kręgosłup ugiął się pod jego ciężarem. Jeszcze przez krótką chwilę tkwił tak, nie poruszając się, może myśląc, że kobieta zmieni zdanie bądź jej słowa okażą się bezwartościowe - ale gdy ta minęła, Vincent skinieniem głowy wskazał na ochroniarza, a ci chwycili pozostała dwójkę i odciągnęli ją w tył.
- To nieporozumienie - wydukał, orientując się, że został sam, wciąż nie mając na tyle odwagi by spróbować uciec. - N-nie wiem o co chodzi.
Jego zaprzeczenie wzbudziło w nim irytację. Odsunął się, spoglądając w jego stronę, jego wzrok zsunął się na trzymany w jego dłoniach plecak. Jakby podchwytując go, jeden z ochroniarzy wyszarpnął go z ramion chłopaka.
- Panna Attwood twierdzi, że sprzedawałeś w jej klubie trefny towar, Ricky - odrzucił beztrosko, podczas gdy ochroniarz otwierał plecak w tle i zerkał do środka. Skinieniem głowy potwierdził, że w środku tkwiły narkotyki. - Czy to prawda?
- Jak to, kurwa... - żachnął się od razu, sięgając defensywnie do swojego plecaka, lecz ochroniarz trzymał go z dala. Jego wzrok stał się oskarżycielski gdy przeniósł go na Ophelię. - Chyba ci się coś pomyliło. Ja nie sprzedaję w Tranzac, robi to Miles.
Ostry ton jego głosu działał mu na nerwy. Wskazał skinieniem głowy na ochroniarza, który trzymał plecak należący do chłopaka - mężczyzna wcisnął mu go do rąk. Oddanie mu go stworzyło pewne pozory, od których przez jego twarz przemknął wyraz ulgi, jednak nie zagościł na nim za długo.
- Może pani zrobić Ricky'emu trochę miejsca? - zagadnął do Ophelii, wskazując kanapę, na której siedziała. Były tylko dwie w loży, jedną zajmował on, drugą ona - tymczasem chciał, by Ricky dołączył do nich i usiadł, nim zacznie się tłumaczyć.
- Panie Monroe, ta suka kłamie - wydusił z siebie chłopak nerwowo i, niezależnie od tego czy blondynka przesunęła się głębiej w lożę, czy nie, wcisnął się na siedzenie, przysadzając na krawędzi kanapy bądź normalnie przy stoliku. - Nigdy bym tego panu nie zrobił.
Wzrok Vincenta powoli przesunął się w stronę Attwood, ale odrobina rozbawienia majaczyła na jego ustach, w wygiętych w górę kącikach.
- Ma pani pewność?

Ophelia Attwood
36 y/o
Indulge in local cuisine
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
Greetings, Himeros,
God of sexual desire, son of Aphrodite
Lay back, and feast
As this audio guides you
Through new and exciting positions
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie docierało do niej jeszcze w pełni to, co zrobiła. Nie miała bowiem najmniejszego pojęcia o tym jak sprawy się prezentowały w organizacji, którą zawiadywał Vincent. Nie wiedziała jak rozwiązywano takie sprawy, ani jak się prezentowała hierarchia. Czy Monroe stał na czele? A może miał nad sobą kogoś jeszcze? To jednak wydawało się nie mieć znaczenia w momencie, gdy to on zdawał się być osobą, która miała rozwiązać jej problemy.
Była pewna swego. Jego reakcja zdawała się działać na jego niekorzyść. Nawet jeśli ktoś miałby jakieś wątpliwości to jego zachowanie bardziej niż świadczyło o winie. Ophelia dodatkowo była nieugięta i nie zamierzała wycofywać się ze swoich słów, a właściciel the Rapture wydawał się wierzyć w jej osąd.
Jeszcze zdoła się przekonać o tym, że właśnie kogoś zabiła. Może i nie pociągnęła za spust, ale w tym momencie wydała na niego wyrok.
Podziwiała ten krótki pokaz siły. Vincent nie musiał używać słów, ani bardziej widocznych gestów do tego, aby jego ludzie podłapali sugestie oraz wiedzieli dokładnie, co powinni zrobić. Wiele jej to już mówiło na temat tego jak wszystko funkcjonowało w tym klubie.
- Miles? Mówimy o tym Milesie z tatuażem skorpiona na szyi? Nie widziałam go w Tranzac od dłuższego czasu. Ciebie z kolei jak najbardziej - odparła, aby pochwalić się znajomością tego drugiego dilera, który faktycznie zwykł handlować w jej lokalu, ale z jakiegoś powodu przestał się pojawiać.
Nie wnikała i nie nachodziła go. Pisał jej coś o problemach osobistych, gdy ostatnim razem napisała do niego z zamiarem kupna LSD. To byłoby na tyle. Potem pojawił się w jego miejsce wspomniany Ricky, któremu Ophelia z radością zrobiła więcej miejsca na kanapie, przesuwając się pod ścianę.
- Język. Nie wypada kląć przy damie. Zwłaszcza, gdy się jej ubliża - zwróciła mu uwagę, bo chłopak zdecydowanie się zagalopował, gdy zaczął oskarżać ją o to, że kłamie w żywe oczy.
Wciąż zachowywała spokój. Nie miała pojęcia dlaczego, bo chociaż w środku czuła się momentami wyjątkowo niepewnie, a czasem wręcz na skraju paniki to na zewnątrz wylewał się nienaturalny wręcz spokój. Może właśnie tak reagowała na sytuacje stresowe, co było zdecydowanie lepsze niż otwarte pokazywanie zdenerwowania.
- Stuprocentową - potwierdziła, ale na jej własnych ustach nie widać było ani śladu uśmiechu, gdy odpowiadała mężczyźnie na jego kontrolne pytanie.
Nie mogła się mylić.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miał bardzo mało sztywnych zasad w swojej organizacji.
Jego menadżer wytknąłby mu, że to przez to, że był człowiekiem wysoce nieprzewidywalnym, choć Monroe preferował słowo e l a s t y c z ny. W ich branży nie było mowy o całkowitej automatyzacji jakiegokolwiek procesu i wszystko, co działo się w Rapture na zapleczu podlegało ostatecznie na jego ocenie.
A jego ocena była, mówiąc oględnie, bardzo zależna od jego samopoczucia.
Nie tolerował jednak z d r a d y i przez zdradę postrzegał wszystkie działania na jego szkodę. Śmierć losowej dziewczyny w Tranzac nieszczególnie robiła na nim znaczenie i w żaden sposób nie szkodziła jego biznesowi. To, co szło za nią - sprzedawanie brudnych narkotyków przez jego człowieka - jak najbardziej.
Dlatego potrzebował pewności i dlatego pragnął wyciągnąć ją z Attwood nawet, gdyby zaprotestowała.
Na szczęście tego nie zrobiła, a jakby na potwierdzenie, jego głowa skinęła lekko w aprobacie - zaś głowa Ricky'ego natychmiast wystrzeliła w odwrotnym geście, starając się temu zaprzeczyć.
- Opróżnij plecak - zarządził na tyle miękko, na ile pozwalał mu na to ton jego głosu, nawykłego do żądań i przekleństw. Ricky drgnął nim zamarł, z dłońmi zaciśniętymi na przedmiocie, jakby nie dosłyszał tego polecenia choć przecież wybrzmiało głośno w loży.
- Szefie, ale... - zaczął żałośnie, lecz jedno, ostre spojrzenie ze strony Monroe wystarczyło by w loży rozległ się dźwięk rozpinanego zamka błyskawicznego. - To nie tak, jak wygląda.
Słowa rzucone zapobiegawczo może miały załagodzić to, co nastąpiło potem - ale odniosły tylko odwrotny efekt. Gdy zwinięte torebki z białymi tabletkami wyleciały wraz z rulonami zarobionych pieniędzy z wnętrza jego plecaka natychmiast w oczy rzuciły się opakowania, w które opchnięte były narkotyki - inne niż te, w których Ricky je otrzymał.
- To nie jest towar, który dostałeś do wydania - wycedził, czując tę paskudną świadomość rozlewającą się po jego umyśle jak trucizna.
Z d r a d a.
Ricky panicznie przeniósł swój wzrok na narkotyki a później na siedzącą obok niego Attwood, jakby jej blond włosy upodabniały ja do jakiegoś anioła, który mógł wybawić go z tej opresji.
- Tamte folijki się zniszczyły, wrzuciłem je do swoich, no... - tłumaczył się, obracając głowę to do Monroe, to do niej. - To jest ten sam towar. Jest bezpieczny. Przysięgam.
Tandetny kształt wymalowany był na opakowaniach, który nie widniał na żadnych wyprowadzanych z Rapture. Bezczelne kłamstwo tylko mocniej rozjuszyło Monroe, który przeniósł swój wzrok na blondynkę - w ten n i e z n o ś n y sposób wydłużając tę mękę, która nagle zaczęła dotyczyć również jej.
- Czy według pani są to eski, panno Attwood? - zapytał u p r z e j m i e, choć jego zdaniem nie tylko folijki były inne, ale też kształt i rozmiar tabletek. - Kupiłaby je pani od Ricky'ego by rozprowadzić w Tranzac?
- Są bezpieczne, przysięgam - zarzekł się chłopak, odwracając na kanapie, na której siedzieli oboje. Chwycił za jedno opakowanie i wetknął Ophelii pod nos. - Proszę zobaczyć, pani Attwood.

Ophelia Attwood
36 y/o
Indulge in local cuisine
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
Greetings, Himeros,
God of sexual desire, son of Aphrodite
Lay back, and feast
As this audio guides you
Through new and exciting positions
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trudno było jej na ten moment powiedzieć coś więcej na temat Vincenta. Wydawał jej się przede wszystkim opanowany, pewny siebie i... konkretny. Wiedział dokładnie, co chciał robić, a jego ludzie podążali za każdym, nawet najbardziej subtelnie przekazanym, poleceniem. Sytuacja była na tyle poważna, że wymagała faktycznie zdecydowanych działań. Ophelia zdążyła się bowiem zorientować w tym, że Monroe nie miał pojęcia o działaniu jego człowieka, który za jego plecami niszczył mu interes lub próbował sobie dorobić jego kosztem.
Wszystko przebiegało w niezwykle łatwy do przewidzenia sposób. Rewizja była zdecydowanie potrzebna do tego, aby ustalić kto miał tutaj rację. Attwood była przekonana o tym, że niedługo stanie się oczywiste, że jej wersja była tą prawdziwą. Zwłaszcza, gdy Ricky tak wił się przed swoim przełożonym.
Nawet ona wiedziała, że nie był to ten sam towar. Na pewno nie wyglądał jak to, co rozprowadzał Miles. Parę razy korzystała z jego usług jeśli akurat znajdował się w pobliżu, a ją naszła ochota na coś konkretnego. Był solidnym człowiekiem. Godnym zaufania. Wzbudzał w niej zupełnie inne odczucia niż siedzący obok niej dealer, który łudził się, że jakimś cudem ktoś uwierzy mu w historię, że jakimś cudem wszystkie jego folijki uległy zniszczeniu.
Poza tym każdy wiedział, że wszystko, co mówiło się po wypowiedzeniu słów to nie tak jak myślisz było gówno warte.
Nie zaprzątała sobie kompletnie głowy tym, co próbował jej wmówić chłopak. Nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Zamiast tego spokojnie przejęła od niego opakowanie z tabletką, którą wyjęła z woreczka, aby móc jej się bliżej przyjrzeć pod niezbyt silnym światłem oświetlającym lożę.
- Zdecydowanie nie, panie Monroe - odpowiedziała szczerze. - W najlepszym wypadku wzięłabym próbkę, aby oddać ją do sprawdzenia zaufanemu człowiekowi. Zbyt wiele rzeczy się tu różni. Kształt, gramatura... Tylko kolor ten sam. W dodatku na opakowaniu widnieje logo, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Coś jakby symbol organizacji. Zakładam, że pan również go nie zna.
Zerknęła jeszcze w stronę Vincenta, gdy tylko zakończyła oględziny. Przesunęła folię w kierunku właściciela the Rapture, a po chwili ułożyła tabletkę tuż przed sobą. Zbyt wiele rzeczy jej w tym nie pasowało. Monroe również był wielce niezadowolony.
- A ty byś to wziął, Ricky? - zapytała jeszcze dealera, który najwyraźniej wziął sobie do serca jej słowa odnośnie szacunku. Tyle, że nie zaprzątała sobie nim zbytnio głowy, bo zaraz jej spojrzenie spoczęło na jednym z ochroniarzy. - Ma któryś z panów może nóż albo scyzoryk?
Nie wymagała od nich tego, aby podali jej ostrze do dłoni. Wystarczyło, że któryś z nich przekroiłby tabletkę na pół. Chciała zobaczyć czy jej wnętrze również na pierwszy rzut oka będzie odbiegało od tego do czego przywykła. Czy konsystencja będzie ta sama, czy ulotni się jakiś nieznany jej chemiczny zapach. Na razie bowiem jego eska różniła się od tych, które sprzedawali jego koledzy pod każdym możliwym względem.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Attwood była menadżerką ich konkurencji. Osobą, która mogła wykorzystać wiedzę, którą zdobyła na temat Rapture, jego samego czy jego sposobów działania. Cholera, mogła nawet wykorzystać wszystkie dowody, które zdobyła i zgłosić go na policję, skutecznie utrudniając mu życie.
A jednak tego nie zrobiła.
Z ciekawością obserwował reakcje kobiety, która przypadkiem stała się świadkiem wymierzanej poza zasięgiem wzroku publiki sprawiedliwości. Słuchał, jak wypowiadała się na temat narkotyków, dzieląc swoimi przemyśleniami - przemyśleniami, których pewnie nie potrafiłby stworzyć sam, bo nie uważał się za specjalistę. Obracał towarem, czasem w ramach rozrywki go próbował, nigdy jednak nie miał z nim na tyle styczności czy nie poświęcał mu wystarczającej uwagi, by się na tym znać.
Reakcje chłopaka na jej słowa podpowiadały mu jednak, że kobieta się na tym znała. Bardzo dobrze, nawet.
- N-nóż? Nie będzie potrzebny, ja... - zarzekł się chłopak, cofając na swoim siedzeniu z dala od kobiety gdy przez myśl przeszło mu zupełnie inne wykorzystanie ostrza niż to, które planowała Ophelia. Strach w jego oczach na moment nabrał innego wyrazu, innej barwy, stał się dzikszy, bardziej desperacki gdy Ricky założył, że Attwood mogłaby skierować scyzoryk ku niemu.
Monroe oderwał się od oparcia kanapy wyłącznie po to, by pochylić w dół i sięgnąć do cholewy buta, wysuwając z niej krótki, poręczny nóż. Położył go przed kobietą, pozwalając jej go zabrać choć dostrzegł, że ochroniarze tkwiący po drugiej stronie zasłony spojrzeli po sobie w wyraźnej gotowości do ingerencji, gdyby chciała zrobić coś nierozsądnego.
- Cóż, skoro jesteś pewny, że ten towar jest czysty, możesz to udowodnić - rzucił, podczas gdy kobieta oglądała tabletki bądź zabierała od niego nóż. Ricky, wciąż blady, oderwał swój wzrok od niej i przeniósł go z powrotem na Monroe. - Spróbuj.
Sięgnął do przodu, wymijając szklankę z resztką rozpuszczonego lodu i przesuwając woreczek z narkotykami w stronę dilera, który jakby w reakcji na to cofnął się odrobinę, a jego plecy zetknęły z kanapą.
- Ja... - zaryzykował, spoglądając po wszystkich wokół. Po Vincencie, który przyglądał mu się z beznamiętnym wyrazem twarzy, po Ophelii przystawiającej ostrze do narkotyku, aż po stojących obok ochroniarzy, z których jeden łypał w jego stronę groźnie.
- Jeśli masz rację, czeka cię przyjemny wieczór - kontynuował, przysuwając woreczek jeszcze bliżej jego krawędzi stołu. - A jeśli nie, wszystko wyrzygasz.
Ricky zawahał się, jego dłonie zacisnęły na krawędziach kanapy ale ostatnie słowa właściciela Rapture wreszcie go przekonały. Skinął głową, rozluźnił się nieco - na jego twarz wrócił nawet ten udawany uśmiech, którym próbował przekonać ich do swojej racji gdy sięgnął po jedną tabletkę. Obracał ją w rękach przez chwilę nim wsunął do swoich ust.
Monroe opadł z powrotem na oparcie kanapy i przeniósł spojrzenie na Attwood, przecinającą tabletkę obok. Nie musiał siedzieć obok niej by wiedzieć, że dragi były zmieszane z czymś, z czym nie powinny.
- Jaki werdykt, panno Attwood?

Ophelia Attwood
36 y/o
Indulge in local cuisine
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
Greetings, Himeros,
God of sexual desire, son of Aphrodite
Lay back, and feast
As this audio guides you
Through new and exciting positions
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zapewne mogłaby wiedzę o the Rapture wykorzystać na milion różnych sposobów. Zwłaszcza w momencie ich słabości, gdy doszło do podobnej wpadki, ale sęk w tym: że wcale nie chciała.
Byli dla siebie konkurencją, ale każdy z nich miał swoją własną klientelę. Lokale miały inny charakter i nie sądziła, aby któremukolwiek ubywało ze względu na sąsiedztwo tego drugiego. Nie zamierzała też iść na policję, bo niepotrzebne były jej problemy. Narobiłaby sobie jeszcze wrogów i pokazała, że jest kablem, a tego nie chciała. Chciała jedynie, aby podobna sytuacja do minionej nie powtórzyła się w jej klubie. Nie było to nic wygórowanego.
Nie była chemiczką. Nie miała jakiejś rozległej wiedzy na temat narkotyków, ale brała je na tyle często, aby wiedzieć jak niektóre z nich powinny wyglądać. Orientowała się również w części oznaczeń widocznych na woreczkach, a ten symbol widziała po raz pierwszy w życiu. Nowy gracz na narkorynku?
Nie wyprowadzała chłopaka z błędu. Nie tłumaczyła tego po co jej było ostrze. Skinęła głową Vincentowi w ramach podziękowania za nóż i ignorując spojrzenia ochroniarzy, sięgnęła po niego powoli. Nie planowała wyrządzić nikomu krzywdy. Zwyczajnie przekroiła tabletkę na pół i już wtedy wiedziała, że coś jest nie tak. Wydawała się być zbyt oleista w środku. Jakby dodano do niej coś jeszcze.
Pokręciła głową na ten widok. Wyraźny sygnsł dla Monroe, że to nie było to. Ją samą również kusiło, aby sprowokować chłopaka tekstem, że jeśli jest taki pewien to powinien sam zażyć tabletkę, ale zdawała sobie sprawę z tego jakie to będzie miało konsekwencje. Właściciel klubu jednak nie miał takich problemów.
Obserwowała to jak Ricky bierze tabletkę i, po zdecydowanie zbyt długim namyśle naznaczonym poważnymi wątpliwościami, wkłada ją do ust. Albo bał się Vincenta na tyle by zrobić wszystko, co ten mu kazał albi jednak był przekonany, że jego towar nie jest w stanie człowieka uśmiercić. Chyba, że liczył na to, że akurat jemu się poszczęści.
- Jeśli to jest to, co sprzedał w Tranzac to ma jakąś godzinę - poinformowała na tyle spokojnie na ile mogła.
Cała sytuacja coraz mniej jej się podobała. Nie przypuszczała też, aby mężczyźni byli gotowi zabrać dilera na płukanie żołądka, aby faktycznie pozbył się z organizmu tego świństwa. Na ten moment jedynie przyglądała się całemu towarzystwu, czekając na ich reakcję.

Vincent Monroe
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
and if you're low and fall apart, I′ll bring some peace back in your mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było w tym wszystkim coś niepotrzebnego.
Sytuacja wewnątrz loży przypominała przedstawienie, tragedię spisaną w trzech aktach, której Ophelia nawet nie powinna być częścią. To wszystko było wewnętrznymi sprawami Rapture, które powinny zostać załatwione za zamkniętymi drzwiami. Była wyłącznie posłańcem, który nie powinien być w to uwikłany.
Ale czy posłaniec nie powinien mieć świadomości konsekwencji, jakie przynosił wraz ze swoimi wiadomościami?
Monroe nie wierzył w zachowanie czystych rąk. Jego własne były brudne, umoczone w krwi zbyt wielu ludzi, by był w stanie to zapamiętać. Jego partnerzy biznesowi, współpracownicy czy nawet przeciwnicy lubowali się w trzymaniu dystansu i wyręczaniu jego osobą. Politycy odwiedzali jego klub, prosili go o przysługi pragnąc, by ich dłonie mogły pozostać nieskazitelne, jakby wyłącznie dokonanie czynu kalało ich duszę grzechem, którego się bali.
Ale odpowiedzialność nigdy nie leżała wyłącznie w rękach kata.
A w przypadku ich małego przedstawienia, werdykt zapadł praktycznie od razu.
Widział sposób, w jaki chłopak wiercił się na kanapie. Dyskomfort, który wypełnił jego spojrzenie gdy tylko tabletka znalazła się w jego ustach. Jego wina była wymalowana na jego twarzy, w sposobie, w jaki mówił, w jaki, kurwa, o d d y c h a ł.
Prawda była taka, że werdykt Ophelii był wyłącznie formalnością.
Poczucie zdrady wypełniało jego żyły wściekłością, wciąż trzymaną w ryzach obojętnej mimiki. Powoli, tak jak kłamstwo poszukiwało ujścia z okowów udawanej szczerości Ricky'ego, wkradała się do sylwetki Monroe, do jego napiętej szczęki i palców, prostujących i zginających pod blatem stołu.
- Przepraszam - wyszeptał, w panice wywołanej przez słowa blondynki. - Przepraszam, j-ja potrzebowałem pieniędzy. Tak wychodziło taniej. Moja siostra, moja siostra jest chora. Nie stać nas na leczenie.
Każde następne słowo - podejrzewał, że fałszywe - coraz bardziej rozsierdzało go od środka. Sprawiało, że jego plecy oderwały się od oparcia kanapy, sylwetka pochyliła nieco w dół nad blatem stołu, gdy Ricky pierdolił jak najęty.
- Muszę to wyrzygać - błagał, ze strachem czyhającym w głębi spojrzenia, które przeniósł w stronę Attwood - jakby ona miała jakikolwiek wpływ na to, co działo się potem. - M-muszę...
- Nie mam godziny - odpowiedział powoli, leniwie, z mrokiem groźby zaszytym w brzmieniu jego głosu. - Nie wiem, jak ty, Ophelio.
Jego dłoń wsunęła się pod marynarkę, sięgnęła do chłodu schowanej za paskiem broni. Pistolet wysunął się z ukrycia i ze stukotem spoczął na blacie - obok niego, wystarczająco daleko od chłopaka i schowanej w potrzasku rogu loży kobiety na wypadek, gdyby któreś z nich wpadło na pomysł sięgnięcia po niego.
- Widzę tu dwadzieścia tabletek, Ricky - ponaglił go, z wzrokiem przesuwającym się po rozrzuconych tabletkach z woreczka, podczas gdy oczy chłopaka przybrały wielkość spodków.
- C-co? - żachnął się, przesuwając na kanapie z frustracją. Któryś z ochroniarzy zatrzymał go, jego ręka chwyciła za ramię chłopaka, uziemiając go w miejscu nim zdążył rzucić się do wyjścia. - N-nie mogę. Przecież nie chciałem nic złego. To tylko parę stów. N-nie możecie...
- Dwadzieścia - wycedził, sięgając do broni. Przesunęła się po blacie, jej lufa pomknęła w kierunku siedzącego naprzeciw chłopaka. - Chyba, że wolałbyś, żeby któryś z moich ludzi złożył twojej siostrze wizytę?
Groźba wybrzmiała w loży na kilka nieznośnie długich sekund. Po twarzy siedzącego naprzeciw z d r a j c y spłynęły strużki żałosnych łez gdy niemo załkał, drżącymi dłońmi sięgając do leżących naprzeciw tabletek.
Monroe odwrócił głowę, wzrok swój przenosząc na zamkniętą w potrzasku kobietę.
- Co Tranzac robi ze szkodliwymi dla interesu zdrajcami? - zagadnął, niemal beztrosko, gdyby nie schowana pod tą fasadą furia brzmiąca w jego głosie.

Ophelia Attwood
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”