Słuchał jego chrapliwego kaszlu i patrzył, jak próbuje wycierać krew z ust, wykrzywiając przy tym gębę w jakimś krzywym uśmiechu. Czuł, jak ten pieprzony woreczek z towarem w kieszeni waży z każdą sekundą coraz więcej. Głód w żołądku skracał mu lont, a ten chłopak, zamiast po prostu zamknąć się i zbierać siły, zaczynał nawijać jak najęty. Zrobiło mu się go na sekundę żal, ale zaraz odsunął tę myśl. Nie przyszedł tu roztrząsać czyichś traum. Sam miał własne bagno. Potem wyjechał z kolejną mądrością – że przecież nie umiera, więc to chyba nie jest nagłe ratowanie życia, a na koniec palnął z tym durnym śmiechem, żeby dzwonił po karetkę dopiero, jak postanowi go dobić albo pozbawić przytomności, bo nie chce, żeby jego ciało zjadły bezdomne psy. Zaśmiał się chrapliwie, z oczu leciały mu łzy, a on stał nad nim i zastanawiał się, czy tamci kolesie nie uszkodzili mu mózgu. Był żałosny i kompletnie ok odklejony, ale z jakiegoś powodu wylewał z siebie potok słów, jakby panicznie bał się ciszy. A kiedy wypalił z pytaniem, czy jest lekarzem i że to byłby dopiero plot twist, Stellan nie wytrzymał. Lekarzem, kurwa? On? Bezdomny ćpun ze strzykawką w kieszeni? Przewrócił więc tylko oczami.
-
Lekarzem? Pojebało cię do reszty? - rzucił opryskliwie, kręcąc głową. -
Prędzej wykończę cię tym staniem, niż cokolwiek wyleczę. I zamknij się z tą karetką, nikt tu nie będzie po nikogo dzwonił.
Gdy porównał go do Batmana, i gadać, że to było miłe, odważne i bohaterskie, poczuł, jak skręca go w żołądku. Nie był żadnym pieprzonym bohaterem z komiksów, bie miał drogiego wdzianka, nie walczył ze złem, po prostu zadziałał w nim jakiś durny odruch, którego nie zdołał jeszcze zabić. Schylił się i chwycił go ostrożnie za ramię, pomagając mu usiąść prosto przy ścianie. Znowu syknął z bólu, a kiedy rzucił, że po prostu zbłądził i dopytywał, czy w Toronto na każdym kroku czają się tacy gangusi w alejkach, zrezygnowany pokręcił głową. Kiedy wykrztusił swoje pytanie, czy jego imię w ogóle ma jakieś znaczenie, złożył ręce na klatce piersiowej i spojrzał na niego z góry.
-
W sumie? Żadnego - rzucił chłodno, z cwaniacką nawijką, do której zdążył się już przyzwyczaić na ulicy. -
Równie dobrze mogę na ciebie wołać gówniarz, szczeniak albo po prostu ofiara losu. Pasuje do ciebie idealnie, zważając na to, jak tu wylądowałeś. Nie myśl sobie, że jak odgoniłem tych trzech gości, to nagle jesteśmy kumplami od serca. Mówię ci, jak jest. Jesteś po prostu kolejnym gówniarzem, który spierdolił sprawę i wpadł po same uszy.
A potem padły słowa o imieniu, że brzmi bogato i dostojnie, i że wygląda jak jakiś młody książę z filmu. Trafił w samo sedno, co go totalnie zmieszało i przez głowę przemknęła mu nagła myśl: czy ten cały Oscar przypadkiem nie jest gejem? Sypał komplementami, a Stellan miał wrażenie, że zamiast bać się oprychów, szczeniak ocenia, czy jest w jego typie. Jeszcze tego by brakowało, żeby w tym całym szambie musiał go podrywać pobity gówniarz. Zrobiło mu się gorąco, a w przełyku stanęła mu gorzka klucha. Gdyby tylko wiedział, ile kasy jego starzy wydawali na jego zachcianki i jak wyglądało jego życie, zanim na własne życzenie stoczył się w rynsztokowe szambo, spaliłby się ze wstydu. Przełknął ślinę, maskując zmieszanie złośliwym parsknięciem i machnięciem ręki.
-
Zamknij już gębę z tymi filmami, młody, bo od tego twojego pierdolenia głowa mnie boli bardziej niż ciebie żebra - mruknął z irytacją, żeby odciągnąć jego uwagę od swojej osoby. -
Żaden ze mnie książę, a ten zaułek to nie bajka z Disney’a. A co do gangusów... To jest Toronto, jak skręcasz w nieoświetloną uliczkę po zmroku, to nie oczekuj, że spotkasz tu panienki z kwiatuszkami, a ty z tą swoją delikatną buźką wyglądasz jak chodzący cel.
Kiedy powiedział, że wcale nie jest niezniszczalny, nazwał się kupą gówna i żartobliwie szturchnął go ramieniem, po czym od razu zsyknął z bólu, Stellan zrozumiał, że to całkiem bezbronny chłopak i chociaż twierdził, że nie jest księżniczką i nie trzeba go nieść, to wiedział, że sam nie zrobi nawet trzech kroków.
-
Dobra, stój spokojnie i nie świruj, zanim walniesz o beton - rzucił, robiąc krok w jego stronę. -
Złap się mnie za kark, tylko mocno i nie puszczaj. - Chwycił go pod ramię, biorąc na siebie większość ciężaru. Sam ledwo trzymał pion, nogi miał miękkie, pot zalewał mu oczy, a zęby zaciskał tak mocno, że aż strzelało mu w szczęce. W głowie miał tylko jedną myśl: dobić do kąta, rzucić go na szmaty, dać mu wody i w końcu wyciągnąć ten pieprzony woreczek ze strzykawką. -
Moja willa jest tam za śmietnikiem - rzucił przez zęby, ciągnąc go wolno przez ciemną alejkę. Każdy krok był drogą przez mękę, ból w jego własnym ciele mieszał się z ciężarem Oscara. -
Trzymaj się mnie i nie zemdlej. Drugi raz cię z tego dołka wyciągać nie będę, bo sam ledwo powstrzymuję się, żeby nie paść na pysk.
Gdy w końcu dotarli posadził go ostrożnie na kartonach, uważając, żeby nie uderzył plecami o ścianę.
-
Niezły pałac, co? - mruknął pod nosem, klękając przy nim. Wyciągnął z kąta butelkę z wodą, którą rano napełnił w miejskiej toalecie oraz resztki starej, ale czystej koszulki, która służyła za ręcznik. Polał szmatę wodą i spojrzał na chłopaka. W półmroku jego twarz wyglądała jeszcze gorzej niż pod latarnią. -
Siedź cicho - powiedział, przykładając mokrą szmatę do jego ran. Przez chwilę przemywał mu twarz w milczeniu, zmywając zaschniętą krew i brud. Jego dłonie, choć drżały z głodu narkotykowego, działały delikatnie. Nie chciał mu zadać więcej cierpienia, niż już dostał od tamtych skurwieli. W głowie powróciły wspomnienia z domu - kiedy był mały i rozwalił kolano na rowerze, matka też tak przy nim klękała z mokrym gazikiem. Odepchnął tę myśl najszybciej, jak mógł. Nie miał prawa tak myśleć. Był tylko bezdomnym ćpunem, który właśnie robił za ratownika medycznego dla obcego dzieciaka. Zrobił, co mógł. Odłożył szmatę na bok i sięgnął do kieszeni, macając plastikowy woreczek ze strzykawką. Spojrzał na Oscara. Chłopak siedział, oddychając nieco spokojniej. Poczuł, jak oblewa go fala wstydu. Miał wyciągnąć igłę na jego oczach? Zaćpać tuż obok dzieciaka, którego przed chwilą wyciągnął z opresji i który, szukał jakiejś nadziei? Z drugiej strony wiedział, że jeśli zaraz tego nie weźmie, to za pół godziny zacznie się zwijać w drgawkach na jego oczach, a wtedy wizerunek bohatera szlag trafi. Ulica zawsze stawiała go pod ścianą, ale dzisiaj ta ściana była wyjątkowo twarda.
Opadł plecami na ścianę budynku, nie dbając już dłużej o to, co Oscar co sobie o nim pomyśli. Jego ciało nie mogło czekać ani minuty dłużej - ręce trzęsły mu się tak mocno, że omal nie upuścił woreczka. Zaczął przygotowywać działkę z precyzją, do której przyzwyczaiła go ulica. Zacisnął pasek na przedramieniu, obnażając pokrytą bliznami skórę, po czym bez wahania wkłuł się w żyłę i wcisnął tłok do samego końca. To było to. Zbawienie. Błogi, lepki płyn rozlewający się po ciele w ułamku sekundy odepchnął głód, ból w mięśniach, wspomnienia o bogatym domu i calutki ten pierdolony wstyd. Świat wokół stracił ostre krawędzie. Był bezpieczny, wolny od własnej głowy, zatopiony w złudnym raju, za który sprzedał swoje życie, a poturbowany młodzik leżący obok stał się tylko odległym szumem na skraju świadomości.
Oscar Malone