Wiedział. Oczywiście, że wiedział. Wystarczyło jedno spojrzenie na króliczą maskę, jeden rzut oka na sposób, w jaki została wprowadzona w sam środek tej galerii ludzkich masek, aby zrozumieć, że nie był to przypadek, lecz znak przeznaczony dla kogoś, kto potrafił go odczytać. I kto został zaprogramowany, aby na niego odpowiadać. A kto miał nim być, jeśli nie on sam? Ten, dla którego kobieta o spiczastych uszach była każdym odłamem koszmaru, jak i podświadomych oraz świadomych pragnień? Oczywiście, że wiedział, co znaczyło pojawienie się tak wymownego symbolu w pełnej sali innych triggerów. Nie jego własnych, lecz mających działać na innych
gości. Wśród ciężkich zapachów perfum, alkoholu, wosku i kosztownej skóry, pośród kryształowych kieliszków i szeptów ludzi, których nazwiska otwierały drzwi zamknięte przed całymi narodami. Królik miał działać na niego. Miał przywoływać skojarzenia, budzić niepokój, uruchamiać w jego głowie określone obrazy, a jednocześnie pozostawać dostatecznie niewinny, aby nikt nie mógł zarzucić gospodarzom niczego poza zamiłowaniem do surrealizmu. Dla Raphaela było jednak inaczej. Dla niego była jednym z najwcześniej zapamiętanych kodów. Odkąd zobaczył ją jako dziecko w swojej sypialni, stał się tym, który szedł za Białym Królikiem. Był więc Alicją i zdawał sobie z tego sprawę, że chciano, aby wpadł w dziurę mającą wciągnąć go do świata całkowitego zapomnienia. Była królikiem, symbolem,
j e g o symbolem, a jej słowa jedynie to potwierdzały. Miał ją ścigać, aż sam nie został zaprowadzony ku miejscu koszmaru. I tak. Wiedział, jak miało się to zakończyć. I nie było od tego ucieczki. Nie dzisiaj…
Mimo to trwał we własnej przyjemności tak długo, jak to było możliwe. Było w tym coś z jego osobliwej filozofii hedonistycznej: świadomość, że każda chwila ulgi była jedynie pożyczką, którą później należało spłacić z odsetkami. Nie łudził się, że noc mogła skończyć się inaczej. W świecie Valencourtów, w świecie Wielkiego Planu przyjemność nigdy nie była przeciwieństwem cierpienia. Była jego zapowiedzią. Im bardziej coś zachwycało, tym większą podejrzliwość budziło w jego umyśle. Nie zamierzał jednak uciekać, sadomasochistycznie dając się wyciągać tam, gdzie miało wkrótce zaboleć.
Czy kobieta przy nim to rozumiała, czy nie? Nie miało to znaczenia. Odgrywała rolę. Pełniła funkcję. Nic więcej. Kiedy przyciągnęła go bliżej, nie uczyniła tego gwałtownie; raczej zacieśniła dystans z konsekwencją osoby, która znała już kierunek prowadzonej gry. Uścisk jej ciała w odpowiednich punktach wzmocnił się, zupełnie jakby próbowała wycisnąć ostatnie milimetry, jakie ich dzieliły. Zupełnie jakby miała dokonać fuzji na ich organizmach, zanim stały się jednym. Czy jednak nie na tym polegał tańczący z nimi od początku spotkania zwerizm?
Raphael poczuł ciężar jej obecności, ciepło i rytm oddechu, a potem tę osobliwą zmianę, która następowała zawsze wtedy, gdy człowiek przestawał być obserwatorem, a zaczynał uczestniczyć. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że sala wraz ze wszystkimi jej dekoracjami, maskami i spojrzeniami została odsunięta gdzieś daleko. Pozostała muzyka, ruch oraz świadomość, że ktoś prowadził go dokładnie tam, dokąd sam od początku podejrzewał, że zostanie poprowadzony. Dokąd na dobrą sprawę prowadził się sam.
Króliki mają p a s k u d n y zwyczaj uciekać w momencie, kiedy ktoś myśli, że już je złapał.
Monarch.
Słowo pojawiło się w jego głowie natychmiast, niemal bez udziału świadomości. Na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech, niemal psychodeliczny w swojej naturze; bardziej podobny do grymasu niż do rozbawienia. Bo czyż nie miał racji? Chwila przyjemności za godziny napięcia. Odrobina zapomnienia w zamian za pamięć, która wracała później z podwójną siłą. Wymiana tak absurdalna, że rozsądny człowiek powinien ją odrzucić natychmiast, a jednak Raphael znał ją lepiej niż znamiona na swoim ciele. Całe jego życie było serią podobnych transakcji. Nigdy nie otrzymywał niczego bez ceny. Nigdy nie pozwalano mu uwierzyć, że prezent może być naprawdę prezentem. Nawet piękno miało rachunek.
Spojrzał na kobietę, odsuwając nieco twarz, zupełnie jakby chciał się jej dobrze przypatrzyć. Przez chwilę nie widział już maski. Widział Królika, który miał wykonać swoją rolę, niezależnie od tego, czy znał wszystkie jej konsekwencje. I wtedy przemknęła przez jego myśl ciekawa, niemal współczująca refleksja: czy ona również wiedziała, dokąd prowadziła ta ścieżka? Być może nie. Być może znała jedynie pierwszy krok. Być może ktoś powiedział jej, że ma założyć maskę, zejść do sali, znaleźć odpowiedniego mężczyznę i wypowiedzieć odpowiednie słowa, pozostawiając resztę tym, którzy siedzieli gdzieś poza zasięgiem jej wzroku. Tym, których znał doskonale. Tym, którzy go wychowywali. Tym, którzy nigdy nie mieli utracić nad nim kontroli.
Gdy cofała twarz, sunąc własną przez jego policzek, przysunął się nieco, aby podtrzymać na dłuższy moment ciepło jej skóry na swojej. Tylko po to, by znów patrzyli na siebie w pełnym wyzwaniu.
-
Dopiero jak spełnisz swoje zadanie - powiedział w końcu, poszerzając uśmiech, aby białe zęby nie zatańczyły w ciemnościach ciężkiej draperii. Nie była to groźba. Nie musiała nią być. Raphael nie należał do ludzi, którzy musieli podnosić głos, aby zaznaczyć granicę. Wystarczała świadomość, że rozumiał sytuację. Jeżeli rzeczywiście miała zadanie, zapewne oczekiwała innej reakcji. Człowiek, którego należało zwabić, powinien podążać bezrefleksyjnie. Powinien dać się prowadzić symbolom, półsłówkom i obietnicy tajemnicy. Tymczasem Raphael nie tylko widział mechanizm, ale zaczął się nim bawić. Jeśli była jednak profesjonalistką, mogła nie zwrócić na to żadnej uwagi.
Nie miało to jednak znaczenia. Wszak właśnie w tym znajdował przyjemność. Nie w tym, że ktoś próbował go kontrolować. W tym, że świadomie wchodził w pułapkę, wiedząc, że była pułapką. To różniło niewolnika od gracza. Niewolnik wierzył, że nie miał wyboru. Gracz wybierał nawet wtedy, gdy wszystkie dostępne możliwości prowadziły do cierpienia.
Raphael uśmiechnął się ponownie, tym razem spokojniej. Muzyka nadal płynęła zza arkady, a światła wielkiej sali przesuwały się po złoceniach i maskach. Cały ten przepych był jednym wielkim żartem: ludzie kupujący wyspy, pałace, obrazy i całe życia innych ludzi przebrali się tej nocy za postacie z bajki o dziewczynce, która podążyła za królikiem do świata pozbawionego logiki.
A on? On znał już zakończenie. Czekał jedynie na pojawienie się Czerwonej Królowej.
Celeste Williams